Mężczyzna z blizną patrzył na niego spode łba. Rand pomylił krok i poczuł, że się rumieni. Nie chciał zawstydzać tego człowieka, naprawdę nie chciał się w niego wgapiać. Odwrócił się do następnej partnerki i zapomniał o nim. A następną kobietą, jaka znalazła się w jego ramionach, okazała się Nynaeve.
Natychmiast pomylił krok i potknął o własne nogi, omal jej nie depcząc. Wiedząca tańczyła z gracją, nadrabiała tym jego niezręczność i przez cały czas się uśmiechała.
— Myślałam, że jesteś lepszym tancerzem — zaśmiała się, kiedy zmienili partnerów.
Ledwie zdążył się opanować, a już tańczył z kim innym, tym razem spotkał Moiraine. Jeżeli niezgrabnie tańczył z Wiedzącą, to było to niczym w porównaniu z tym, co odczuwał w obecności Aes Sedai. Moiraine gładko sunęła po podłodze, wirując fałdami sukni, natomiast on dwukrotnie omal się nie przewrócił. Uśmiechnęła się do niego współczująco, co było jeszcze gorsze niż ewentualna pomoc. Z ulgą przeszedł do następnej partnerki, mimo iż była to Egwene.
Dopiero teraz odzyskał równowagę. W końcu tańczył z nią od wielu lat. Nadal miała rozpuszczone włosy, ale związała je z tyłu czerwoną wstążką.
„Pewnie nie może zdecydować, czy zadowolić Moiraine, czy Nynaeve” — pomyślał z przekąsem.
Rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie zrobiła tego, a on nie chciał być pierwszym, który się odezwie. Nie po tym, jak uniemożliwiła mu wcześniejsze próby w pokoju jadalnym. Wpatrywali się w siebie dość ponuro i rozłączyli bez słowa:
Kiedy taniec wreszcie się skończył, chętnie usiadł z powrotem na ławce. Mat pośpiesznie włączył się w następny, Perrin zaś osunął na ławkę obok Randa.
— Widziałeś ją? — zaczął natychmiast go pytać. — Widziałeś?
— Którą? — spytał Rand. — Wiedzącą czy panią Alys? Tańczyłem z obydwiema.
— Z Aes... z panią Alys też? — krzyknął Perrin. — Ja tańczyłem z Nynaeve. Nawet nie wiedziałem, że ona to potrafi. U nas nigdy tego nie robiła.
— Ciekawe, co by powiedział Krąg Kobiet na widok tańczącej Wiedzącej? — zadumał się Rand. — Może ich się boi.
Po jakimś czasie muzyka, oklaski i śpiewy stały się zbyt głośne, aby można było rozmawiać. Kiedy tancerze okrążali izbę, Rand i Perrin klaskali wraz z innymi. Rand zauważył, że mężczyzna z blizną nadal wpatruje się w niego. Miał prawo być drażliwy z powodu takiej blizny, ale chłopiec zupełnie nie wiedział, co może teraz zrobić, aby jeszcze nie pogorszyć sprawy. Skupił się na muzyce i unikał patrzenia w jego stronę.
Tańce i śpiewy przeciągnęły się do późnej nocy. Posługaczki przypomniały sobie wreszcie o swych obowiązkach, Rand z radością wchłonął odrobinę gorącego gulaszu i chleba. Wszyscy jedli tam, gdzie akurat siedzieli lub stali. Rand zatańczył jeszcze trzykrotnie, a gdy trafiał na Nynaeve czy Moiraine, jego kroki były już znacznie pewniejsze. Tym razem pochwaliły go za dobry taniec, co spowodowało, że zaczął się dla odmiany jąkać. Tańczył również z Egwene. Patrzyła na niego ciemnymi oczami, przez cały czas wyraźnie miała ochotę coś powiedzieć, ale nie wymówiła ani słowa. On również milczał, z pewnością jednak nie patrzył na nią spode łba, o czym zapewnił go Mat, gdy usiadł znowu na ławie.
Mniej więcej o północy Moiraine wyszła z izby. Egwene, rzuciwszy jedno spłoszone spojrzenie w stronę Nynaeve, pośpieszyła za nią. Wiedząca obserwowała je obydwie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a potem zatańczyła raz jeszcze, zanim również wyszła. Odnosiło się wrażenie, że zdobyła punkt przeciwko Aes Sedai.
Wkrótce Thom schował swój flet do futerału i wdał się w dobroduszną sprzeczkę z tymi, którzy chcieli, by został dłużej. Lan przyszedł zabrać Randa i pozostałych.
— Musimy wcześnie wyruszyć — powiedział Strażnik, przysuwając się, aby go usłyszeli w tym hałasie — i potrzebujemy jak najdłuższego odpoczynku.
— Jeden człowiek cały czas się we mnie wgapia — powiedział Mat. — Ten z blizną na twarzy. Czy nie sądzisz, że to może być... jeden z przyjaciół, przed którymi nas ostrzegałeś?
— Z taką? — spytał Rand, pociągając palcem linię od swego nosa do kącika ust. — Na mnie też się patrzył.
Rozejrzał się po izbie. Ludzie wychodzili tłumnie, a ci, którzy jeszcze zostali, tłoczyli się wokół Thoma.
— Już go tu nie ma.
— Widziałem tego człowieka — powiedział Lan. — Zdaniem pana Fitcha to szpieg Białych Płaszczy. Nie mamy co się nim przejmować.
Może i tak było, ale Rand widział, że coś niepokoi Strażnika.
Zerknął na Mata, którego znieruchomiała twarz wskazywała jak zawsze, że coś ukrywa.
„Szpieg Białych Płaszczy. Czyżby Bornhald zawziął się na nas tak bardzo?”
— Jak wcześnie wyjeżdżamy? — zapytał.
Może uda im się zniknąć, nim coś się wydarzy.
— O pierwszym brzasku — odparł Strażnik.
Kiedy wyszli z głównej sali, Mat podśpiewywał sobie fragmenty piosenek, a Perrin co jakiś czas zatrzymywał się, aby przećwiczyć kroki, których dopiero co się nauczył. Dogonił ich wkrótce Thom, był w wyjątkowo dobrym nastroju. Twarz Lana natomiast nie wyrażała niczego, kiedy milcząc szedł w stronę schodów.
— Gdzie śpi Nynaeve? — spytał Mat. — Pan Fitch twierdził, że dostaliśmy ostatnie wolne pokoje.
— Ma łóżko — odparł sucho Thom — w pokoju pani Alys i Egwene.
Perrin gwizdnął przez zęby, a Mat mruknął:
— Krew i popioły! Nie chciałbym być w skórze Egwene za całe złoto Caemlyn!
Rand nie po raz pierwszy zapragnął, by Mat zastanawiał się dłużej. Poczuł, że uwierają go buty.
— Mam ochotę napić się mleka — powiedział. Może to mu pomoże zasnąć.
„Może tej nocy nie będę miał snów.”
Lan spojrzał na niego surowo.
— Coś tu się dzieje złego. Nie włócz się nie wiadomo gdzie. I pamiętaj, wyjeżdżamy niezależnie od tego, czy się obudzisz, by samodzielnie usiąść w siodle, czy też będzie cię trzeba do niego przywiązać.
Strażnik wszedł na schody, za nim pozostali. Ich rozbawienie nieco przygasło. Rand został sam na korytarzu. Spędziwszy tyle czasu wśród ludzi, poczuł się teraz naprawdę samotnie.
Pośpieszył do kuchni, gdzie jeszcze pracowała pomywaczka. Nalała mu do kubka mleka z wielkiej kamiennej stągwi.
Gdy wyszedł z kuchni, pijąc po drodze mleko, z drugiego końca korytarza ruszyła na jego spotkanie odziana na czarno postać. Dopadłszy go uniosła blade palce, by odrzucić ciemny kaptur, który osłaniał jej twarz. Pomimo ruchu płaszcz wisiał na niej nieruchomo, a twarz... Biała jak ciasto, przypominająca ślimaka pod skałą, twarz pozbawiona oczu. Od smoliście czarnych włosów aż po podpuchnięte policzki była gładka niczym skorupa jajka. Rand zakrztusił się i wylał mleko.
— Jesteś jednym z nich, chłopcze — powiedział Pomor chrapliwym szeptem przypominającym skrobanie kości.
Rand upuścił kubek i cofnął się. Chciał biec, ale zmusił stopy jedynie do stawiania pojedynczych, wolnych kroków. Nie mógł się wyrwać spod władzy tej pozbawionej oczu twarzy, nie mógł oderwać od niej wzroku, czuł kotłowanie w żołądku. Chciał wołać o pomoc, wręcz wrzeszczeć, ale jego gardło zdawało się wykute z kamienia. Każdy urywany oddech sprawiał ból.
Pomor sunął bez pośpiechu w jego stronę. Poruszał się z falistą, śmiertelną gracją, jak żmija, podobieństwo podkreślały czarne, zachodzące na siebie płytki zbroi na piersi. Wąskie, bezkrwiste wargi rozchylił okrutny uśmiech, przedziwnie wyglądający na tle gładkiej, białej skóry. Przy jego głosie, ton Wypowiedzi Bornhalda wydawał się serdeczny i pełen ciepła.