O tej porze ulice Baerlon były opustoszałe, tylko gdzieniegdzie zza szczelnie zamkniętych okiennic padały blade błyski światła. Wśród pędzących z wiatrem chmur to rozbłyskiwał, to bladł księżyc w ostatniej kwadrze. Co jakiś czas po pustych alejach ścigało ich szczekanie psa, ale oprócz stukotu kopyt i świstu wiatru wśród dachów, żadne inne dźwięki nie zakłócały nocnej ciszy. Jeźdźcy zachowywali głębokie milczenie, opatuleni w płaszcze, zatopieni we własnych myślach. Na czele szeregu jechał Strażnik, tuż za nim Moiraine i Egwene. Nynaeve trzymała się blisko dziewczyny, a pozostali tworzyli w tyle ciasno zbitą gromadkę. Wszystkie konie raźno jechały stępa, zgodnie z tempem nadawanym im przez Lana.
Rand bacznie obserwował mijane ulice, zauważył, że przyjaciele robią to samo. Ruchome cienie rzucane przez księżyc przypominały mu tamte cienie w końcu korytarza, które wchłonęły Pomora. Gdy w oddali rozległ się jakiś hałas, jakby turlanie beczki albo szczekanie psa, wszyscy nerwowo podnieśli głowy. Powoli, w miarę jak posuwali się przez miasto, gromadzili się coraz ciaśniej wokół czarnego ogiera Lana i białej klaczy Moiraine.
Przy Bramie Caemlyn Lan zsiadł z konia i załomotał pięścią do drzwi małego, kamiennego budynku stykającego się z murem. Po chwili wyłonił się z niego zmęczony dozorca, sennie przecierając twarz. Na dźwięk słów Lana jego senność zniknęła, dokładnie obejrzał wszystkich, którzy towarzyszyli Strażnikowi.
— Chcecie wyjechać? — krzyknął. — Teraz? Po nocy? Chyba jesteście szaleni!
— Przecież nie ma żadnego rozkazu gubernatora, który by tego zabraniał — powiedziała Moiraine.
Zsiadła z konia, ale nie podchodziła do oświetlonych drzwi.
— Pewnie, że nie. — Strażnik zmarszczył brwi, starając się rozpoznać jej twarz. — Ale bramy pozostają zamknięte od zmierzchu do świtu. Do miasta można wjechać tylko za dnia, taki jest rozkaz. A poza tym na zewnątrz są wilki. W zeszłym tygodniu zagryzły kilkanaście krów. Człowieka dopadną z równą łatwością.
— Nikt nie może wjechać, ale nie ma tu mowy o wyjeżdżaniu — stwierdziła Moiraine, jakby wszystko już zostało przesądzone. — Rozumiecie? Nie żądamy od was, abyście okazali się nieposłuszni względem gubernatora.
Lan wcisnął coś do ręki dozorcy.
— To za fatygę — mruknął.
— No myślę — wycedził dozorca.
Obejrzał zawartość swej dłoni, złoto błysnęło, zanim zdążył je wsunąć do kieszeni.
— Chyba rzeczywiście nic w tym rozkazie nie było o wyjeżdżaniu. Poczekajcie chwilę.
Cofnął się do środka.
— Arin! Dar! Chodźcie mi pomóc otworzyć bramę! Tu paru ludzi chce wyjechać. No już, bez gadania.
Z domku wyszło dwóch zaspanych dozorców, stanęli jak wryci na widok ośmioosobowej grupy. Ponaglani przez szefa poczłapali w stronę wielkiego koła, przy pomocy którego podnieśli wielką kratę, następnie z wysiłkiem otworzyli całą bramę na oścież. Korba i koło zapadkowe zaszczękały głośno, ale dobrze naoliwione zawiasy bramy obróciły się bezgłośnie. Zanim jednak dozorcy otworzyli w niej choćby szczelinę, z mroku przemówił do nich zimny głos.
— Co to ma znaczyć? Czy nie ma rozkazu, że bramy mają być zamknięte aż do wschodu słońca?
Spod cienia skrywającego domek dozorców wyłoniło się pięciu ubranych w białe płaszcze mężczyzn. Na głowy mieli nasunięte kaptury, dłonie wsparli na rękojeściach mieczy, złote słońca wyhaftowane na lewej piersi wyraźnie obwieszczały, kim byli. Mat wyszeptał coś niezrozumiale. Dozorcy przestali kręcić korbą i wymienili niespokojne spojrzenia.
— To nie jest wasza sprawa — powiedział zaczepnym tonem pierwszy dozorca.
Pięć białych kapturów obróciło się w jego stronę, więc skończył nieco uległej.
— Synowie nie mają tu władzy. Gubernator...
— Synowie Światłości — upomniał go łagodnie ten, który odezwał się jako pierwszy — dzierżą władzę tylko tam, gdzie ludzie podążają ku Światłości. Tam natomiast, gdzie panuje Cień Czarnego, tego prawa im się odmawia, czy tak?
Obrócił się w stronę Lana i uważnie przyjrzał Strażnikowi.
Ten nie poruszył się nawet, był zupełnie opanowany. Niewielu ludzi potrafiło patrzeć na Synów tak lekceważąco. Takim kamiennym spojrzeniem Lan mógł równie dobrze obdarzać pucybuta. W głosie dowódcy oddziału Białych Płaszczy zabrzmiała nuta podejrzliwości.
— A cóż to za ludzie, którzy opuszczają miejskie mury w nocy i to w takich czasach? Przecież zakradają się tu wilki, widziano nad miastem fruwający pomiot Czarnego.
Przypatrywał się opasce z plecionych rzemieni na czole Lana. — Jesteście z północy, zgadza się?
Rand zgarbił się w siodle. Draghkar. To musiał być on, chyba, że ten człowiek właśnie powiedział o czymś, co wcale nie było dziełem Czarnego. Po pojawieniu się Pomora w „Jeleniu i Lwie” można się było tego spodziewać. Na razie jednak przestał się nad tym zastanawiać. Zdało mu się natomiast, że rozpoznaje głos dowódcy.
— Jesteśmy podróżnikami — spokojnie wyjaśnił Lan. Nie powinniśmy was interesować.
— Synowie Światłości powinni interesować się wszystkim.
Lan lekko potrząsnął głową.
— Czy naprawdę chcecie kolejnych sporów z gubernatorem? Ograniczył już liczebność waszych szeregów w mieście, kazał nawet was przegnać. Ciekawe, co zrobi, jeśli się dowie, że nękacie uczciwych obywateli u jego bram?
Odwrócił się teraz w stronę dozorców.
— Czemu nic nie robicie? Otwierać!
Zawahali się, ale schwycili korbę. Nie zakręcili nią jednak ponieważ znowu przemówił Biały Płaszcz.
— Gubernator nie wie, co się dzieje za jego plecami. Nie widzi, ani nie czuje zła. Ale widzą je Synowie Światłości. Dozorcy spoglądali po sobie, otwierali i zaciskali dłonie, jakby żałując, że nie mają przy sobie włóczni.
— Synowie Światłości wyczuwają zło.
Biały Płaszcz omiótł wzrokiem jeźdźców.
— Wyczuwamy je i wyrywamy z korzeniami. Gdziekolwiek by się znajdowało.
Rand próbował się jeszcze bardziej skulić, ale swym ruchem zwrócił uwagę mężczyzny.
— A kogo my tu widzimy! Czyżby kogoś, kto nie chce, by go zauważono? Co to...? Aha!
Mężczyzna odrzucił kaptur z głowy i Rand zobaczył twarz, którą spodziewał się zobaczyć. Bornhald pokiwał głową z wyraźną satysfakcją.
— No, panie dozorco, uratowałem was przed wielkim nieszczęściem. To Sprzymierzeńcy Ciemności, którym właśnie zamierzaliście pomóc w ucieczce przed Światłością. Powinniście odpowiadać dyscyplinarnie przed gubernatorem, może oddamy was śledczym, aby wykryli, jakie intencje kierowały wami tej nocy.
Urwał, obserwując przerażenie dozorcy, które jednak w żaden sposób nie wywierało na nim wrażenia.
— Nie mielibyście na to ochoty, co? Zamiast ciebie, zabiorę tych łotrów do naszego obozu, aby można ich było wybadać w obliczu Światłości, zgoda?
— Zabierzesz mnie do waszego obozu, Biały Płaszczu?
Głos Moiraine dobiegł ich nagle ze wszystkich stron jednocześnie. Przedtem, na widok zbliżających się do ich grupy Synów, skryła się w cieniu.
— Wy będziecie mnie przesłuchiwać?
Kiedy zrobiła krok do przodu, spowił ją mrok, dzięki czemu wydawała się wyższa.
— Odważycie się zagrodzić mi drogę?
Jeszcze jeden krok i Rand głośno wciągnął powietrze. Była naprawdę wyższa, jej głowa znajdowała się na poziomie jego oczu, mimo iż siedział na grzbiecie konia. Cienie przywarły do jej twarzy niczym chmury burzowe.