Rand oglądał się kilkakrotnie za siebie. Po jakimś czasie widział już tylko łunę wśród chmur, a potem nawet ona zniknęła w mroku. Miał nadzieję, że Min nic się nie stało.
Gdy Strażnik zboczył wreszcie z ubitego traktu i zsiadł z konia, wokół nich panowały ciemności choć oko wykol. Zdaniem Randa do świtu brakowało zaledwie paru godzin. Spętali konie, nie zdejmując z nich siodeł i urządzili obozowisko pod gołym niebem.
— Godzina — uprzedził ich Strażnik, gdy wszyscy zaczęli otulać się w koce. On miał czuwać, gdy będą spali.
— Jedna godzina i zaraz ruszamy. Nikt więcej się nie odezwał.
Po paru minutach Mat przemówił do Randa ledwie słyszalnym szeptem.
— Zastanawiam się, co Dav zrobił z tym borsukiem. Rand milcząco pokręcił głową, a Mat zawahał się, aż wreszcie powiedział:
— Wiesz, Rand, myślałem, że już jesteśmy bezpieczni. Nic się nie działo, odkąd przeprawiliśmy się przez Taren, a poza tym znaleźliśmy się w mieście, otoczeni murami. Myślałem, że nic już się nam nie stanie. A potem ten sen. I Pomor. Czy kiedykolwiek będziemy bezpieczni?
— Nigdy, dopóki nie dotrzemy do Tar Valon — powiedział Rand. — Tak ona twierdzi.
— A tam? — spytał cicho Perrin i wszyscy trzej popatrzyli na ciemny kształt leżącej Aes Sedai.
Lan wtopił się w mrok, praktycznie mógł teraz być wszędzie. Rand ziewnął nagle. Pozostali wiercili się niespokojnie na ziemi.
— Chyba lepiej przespać się trochę — zasugerował. I tak na razie nie znajdziemy żadnej odpowiedzi.
— Myślę, że jednak powinna była coś zrobić — wyszeptał Perrin.
Nikt mu nie odpowiedział.
Rand przewrócił się na bok, bo uwierał go korzeń, spróbował położyć się na wznak, poczuł kamień, więc przekręcił się na brzuch, ale znowu przeszkadzał mu korzeń. Obozowisko nie zostało najlepiej ulokowane, nie przypominało tamtych miejsc, które wybierał dla nich Strażnik po drodze z Taren. Zasypiając zastanawiał się, czy korzenie wbijające się w żebra sprawią, że znowu przyśni mu się tamten sen, ale po chwili obudził go dotyk ręki Lana. Miał obolałe żebra, czuł jednak ulgę, że nawet jeśli coś mu się śniło, to nic nie pamięta.
Wśród resztek mroku przed świtem, zwinęli koce i przywiązali je do siodeł. Lan nakazał im znowu jechać na wschód. Tuż po wzejściu słońca zjedli w drodze śniadanie składające się z chleba, sera i wody. Mrugali przekrwionymi z niewyspania oczami i owijali płaszczami, chroniąc się przed wiatrem. Wszyscy, z wyjątkiem Lana. Jadł, ale nie miał ani przekrwionych oczu, ani się nie kulił. Przebrał się znowu w swój mieniący płaszcz, który trzepotał migocząc szarościami i zieleniami, dbał tylko o to, by ramię władające mieczem pozostawało swobodne. Jego twarz była nadal pozbawiona wszelkiego wyrazu, ale wzrok błądził gdzieś bezustannie, jakby w każdej chwili spodziewał się zasadzki.
18
Droga do Caemlyn
Droga do Caemlyn niewiele różniła się od Drogi Północnej, przebiegającej przez Dwie Rzeki. Była oczywiście znacznie szersza i bardziej zniszczona, ale nadal wyznaczał ją ubity trakt, po obu stronach porośnięty drzewami, które z pewnością nie byłyby czymś niezwykłym w Dwu Rzekach, szczególnie, że ich igły pozostawały zielone nawet zimą.
Sama okolica natomiast była inna, około południa napotkali już pierwsze niskie wzgórza, które miały im towarzyszyć przez następne dwa dni — droga niejednokrotnie je przecinała jeżeli były zbyt szerokie, aby je okrążyć i nie tak duże, aby wykopanie w nich tunelu stanowiło nadmierny wysiłek. Na podstawie zmieniającego się codziennie kąta, pod którym padały promienie słoneczne, łatwo było stwierdzić, że droga powoli skręcała na południowy wschód. Rand, tak jak pozostali chłopcy z Pola Emonda, zawsze marzył o posiadaniu starej mapy pana al’Vere. Teraz przypomniał sobie, że ta droga obiega jakieś wzgórza Absher, a potem dociera do Białego Mostu.
Co jakiś czas, na znak dany przez Lana, zsiadali z koni na szczycie jakiegoś wzgórza, skąd roztaczał się dobry widok na drogę i otaczający ich krajobraz. Strażnik rozglądał się uważnie dookoła, a pozostali rozprostowywali nogi, albo siadali pod jakimś drzewem, aby się posilić.
— Dotąd zawsze lubiłam ten ser — powiedziała Egwene trzeciego dnia po opuszczeniu Baerlon. Oparta plecami o pień drzewa, krzywiła się nad obiadem, który był taki sam jak śniadanie i kolacja. — Najmniejszej szansy na herbatę. Pyszną, gorącą herbatę.
Otuliła się szczelniej płaszczem i przesuwała bezskutecznie wokół drzewa, szukając osłony przed przenikliwym wiatrem.
— Herbata z płaskoliścia i korzeń delija — wyjaśniła Moiraine Nynaeve — są najlepsze na zmęczenie. Oczyszczają myśli i tłumią ból zmęczonych mięśni.
— Niewątpliwie pomagają — mruknęła Aes Sedai, obdarzając Nynaeve kosym spojrzeniem.
Nynaeve zacisnęła usta, ale ciągnęła dalej tym samym tonem.
— A skoro trzeba jechać bez snu...
— Żadnej herbaty! — powiedział ostro Lan do Egwene. — Żadnego ogniska! Jeszcze ich nie widać, ale jeden lub dwa Pomory i trolloki są gdzieś za nami i wiedzą, że podążamy tą drogą. Nie należy im wskazywać miejsca naszego pobytu.
— Ja o nic nie prosiłam — odburknęła Egwene. — Tylko narzekałam.
— Jeżeli oni wiedzą, że jedziemy tą drogą — spytał Perrin — to dlaczego nie pojedziemy na przełaj do Białego Mostu?
— Nawet Lan nie potrafi jechać tak szybko na przełaj, jak po drodze — wyjaśniła Moiraine, wchodząc w słowo Nynaeve — a już szczególnie nie przez wzgórza Absher.
Wiedząca westchnęła z rozdrażnieniem. Rand zastanawiał się, do czego ona zmierza, ignorowała Aes Sedai przez cały pierwszy dzień, a ostatnie dwa usiłowała z nią rozmawiać o ziołach. Moiraine oddaliła się od Nynaeve i mówiła dalej:
— Czy uważacie, że zbaczając z drogi umknęlibyście im? Przecież i tak musielibyśmy w końcu wrócić na trakt. Mogło by się wtedy tak zdarzyć, że wyprzedziliby nas, zamiast iść po naszych śladach.
Twarz Randa wyrażała wątpliwości, a Mat wymruczał coś o „długim objeździe”.
— Czy widzieliście dziś jakąkolwiek farmę — spytał Lan. — Albo choć dym z komina? Nie widzieliście, bo między Baerlon i Białym Mostem są tylko pustkowia. W Białym Moście musimy się przeprawić przez Arinelle. Tam jest jedyny most przecinający Arinelle, na południe od Maradon, które leży W Saldei.
Thom prychnął i dmuchnął przez wąsy.
— A jeśli mają już kogoś albo coś przygotowane w Białym Moście?
Z zachodu dobiegł ich przenikliwy lament rogu. Lan natychmiast rozejrzał się dookoła, a Rand poczuł, jak przenika go dreszcz. Potrafił jednak zdobyć się na spokój, aby ocenić, że ów dźwięk dobiega ich z odległości co najmniej dziesięciu mil.
— Nie można się przed tym uchronić, bardzie — powiedział Strażnik. — Musimy zaufać Światłości i szczęściu. Na razie wiemy z całą pewnością, że trolloki są tuż za nami. Moiraine otrzepała ręce.
— Czas ruszać — powiedziała i dosiadła białej klaczy. Pozostali również ruszyli do koni, poganiani następnym rykiem rogu. Tym razem odpowiedziały mu inne, a ich brzmienie dolatywało z zachodu, niczym pogrzebowa pieśń. Rand i pozostali chwycili wodze, gotowi natychmiast ruszyć do galopu. Wszyscy z wyjątkiem Lana i Moiraine. Strażnik i Aes Sedai wymienili przeciągłe spojrzenia.
— Prowadź ich, Moiraine Sedai — powiedział wreszcie Lan. — Powrócę, jak tylko będę mógł. Będziesz wiedziała, jeśli mi się nie powiedzie.
Położywszy dłoń na siodle Mandarba, wskoczył na grzbiet czarnego rumaka i pogalopował w dół wzgórza. Kierował się na zachód. Głos rogów zabrzmiał ponownie.