Выбрать главу

— Niech Światłość będzie z tobą, ostatni Władco Siedmiu Wież — szepnęła ledwie słyszalnie Moiraine.

Wziąwszy głęboki oddech, zawróciła swą klacz na wschód.

— Musimy jechać — powiedziała i ruszyła wolnym, równym kłusem.

Pozostali, zwartą grupą, jechali tuż za nią.

Ran obrócił się raz, aby spojrzeć na Lana, ale Strażnik już zniknął pośród niskich wzgórz i bezlistnych drzew. Ostatni Władca Siedmiu Wież, tak go nazwała. Zastanawiał się, co to oznacza. Wydawało mu się, że nikt inny tego nie usłyszał, ale Thom żuł końce wąsów i marszczył w zamyśleniu twarz. Bard najwyraźniej wiedział wiele rzeczy.

Rozległy się rogi, po chwili dołączyły do nich następne. Rand poruszył się niespokojnie w siodle. Był pewien, że słyszy je już znacznie bliżej. Osiem mil. Może siedem. Mat i Egwene oglądali się przez ramię, a Perrin skulił się, jakby w obawie, że coś go zaatakuje od tyłu. Nynaeve podjechała do Moiraine, aby z nią porozmawiać.

— Czy nie możemy jechać szybciej? — spytała. — Te rogi są coraz bliżej.

Aes Sedai potrząsnęła głową.

— A dlaczego chcą, abyśmy wiedzieli, że tu są? Bo pogalopowalibyśmy do przodu nie zastanawiając się, co nas tam może czekać.

Utrzymywali stałe tempo. Dźwięki rogów rozlegały się w stałych odstępach czasu, za każdym razem coraz bliżej. Rand już miał przestać liczyć, ile bliżej, ale myśl o tym powracała za każdym razem, gdy słyszał mosiężny dźwięk. Pięć mil, pomyślał z niepokojem, kiedy nagle zza wzgórza wypadł galopujący Lan. Zrównał się z Moiraine, ściągając wodze swego wierzchowca.

— Co najmniej trzy tarany trolloków, każdym dowodzi Półczłowiek. Może nawet pięć.

— Jeżeli byłeś tak blisko nich — zaniepokoiła się Egwene — to mogli cię zobaczyć. Pewnie już nam depczą po piętach.

— Nie widzieli go — rzekła spłoszona Nynaeve i wszyscy skierowali na nią wzrok. — Przypomnijcie sobie, że ja jechałam po jego śladach.

— Cisza — zarządziła Moiraine. — Lan twierdzi, że za nami jest około pięciuset trolloków.

Wszyscy umilkli zaskoczeni, potem znowu odezwał się Lan. — Okrążają nas. Będą przed nami za niecałą godzinę.

— Skoro było ich tak wiele, to czemu ich nie wykorzystali w Polu Emonda? — mruknęła Moiraine, na poły do siebie. A jeśli nie, to skąd się tu wzięły teraz?

— Rozpraszają się, aby zajechać nam drogę — ciągnął Lan — przy czym wszystkie oddziały wysłały już zwiadowców.

— Dokąd chcą nas zapędzić? — zadumała się Moiraine. Jakby w odpowiedzi na jej pytanie z zachodu dobiegł ich przeciągły jęk rogu, któremu odpowiedziały inne, tym razem wszystkie były przed nimi. Moiraine zatrzymała Aldieb, reszta poszła jej śladem. Thom oraz wszyscy pozostali rozglądali się przerażeni dookoła. Rogi rozlegały się teraz jednocześnie z tyłu i z przodu. Rand pomyślał, że słychać w nich nutę triumfu.

— Co teraz zrobimy? — zapytała gniewnym tonem Nynaeve. — W którą stronę pojedziemy?

— Została nam tylko północ albo południe — powiedziała Moiraine, bardziej myśląc na głos niż odpowiadając Nynaeve. — Na południu rozciągają się wzgórza Absher, nagie i martwe, oraz rzeka Taren, przez którą nie ma jak się przeprawić. Jadąc na północ, możemy dotrzeć do Arinelle przed zapadnięciem zmroku, tam może napotkamy łódź jakichś handlarzy. O ile w Mradon rozkuli lód.

— Jest jedno miejsce, do którego trolloki nie pojadą powiedział Lan, lecz Moiraine wykonała gwałtowny ruch głową.

— Nie! — zawołała.

Ruszyła w stronę Strażnika, który pochylił ku niej głowę, aby pozostali nie słyszeli, o czym mówią. Znowu zagrzmiały rogi i spłoszony koń Randa zaczął wierzgać.

— Próbują nas nastraszyć — warknął Thom, usiłując uspokoić swego wierzchowca.

W jego głosie brzmiał gniew, a jednocześnie jakby przekonanie, że trolloki już zwyciężyły.

— Próbują nas nastraszyć, abyśmy popadli w panikę i rzucili się do ucieczki. Wtedy nas dopadną.

Egwene nerwowo obracała głową po każdym głosie rogu, patrząc najpierw przed siebie, potem za siebie, jakby wypatrywała pierwszych trolloków. Rand miał ochotę robić to samo, ale starał się jednak opanować. Podjechał bliżej do niej.

— Jedziemy na północ — zarządziła Moiraine.

Rogi zawyły przenikliwie, kiedy zboczyli z drogi i wjechali między okoliczne wzgórza.

Na niskich wzniesieniach droga cały czas podnosiła się i opadała, teren ani razu nie był płaski. Biegła po martwym poszyciu, pod nagimi gałęziami drzew. Konie wspinały się mozolnie na jedno zbocze, aby zaraz zejść z następnego.

Gałęzie chłostały Randa po twarzy i piersiach. Uschłe pnącza i winorośle czepiały się rąk, czasami oplatały nogi i strzemiona. Lament rogów rozbrzmiewał coraz głośniej i częściej.

Mimo iż Lan ostro parł do przodu, wcale nie posuwali się szybciej. Pokonywanie zboczy oznaczało każdorazowo spory wysiłek. A rogi były coraz bliżej.

„Dwie mile — pomyślał. — Może nawet mniej.”

Po jakimś czasie Lan zaczął badać wzrokiem kolejne odcinki drogi, a na jego twarzy po raz pierwszy zagościł niepokój. Raz nawet Strażnik stanął w strzemionach, aby obejrzeć się za siebie. Rand widział jedynie drzewa. Lan usadowił się z powrotem w siodle i odruchowo odrzucił płaszcz, uwalniając miecz, po czym podjął na nowo ostrożną obserwację lasu.

Rand spojrzał pytająco na Mata, ale ten tylko zrobił grymas w kierunku Strażnika i wzruszył ramionami.

— Tu gdzieś są trolloki — rzekł nagle Lan.

Pokonali kolejne wzgórze.

— To prawdopodobnie część zwiadu, idąca na czele większych sił. Jeżeli się na nich natkniemy, macie za wszelką cenę trzymać się mnie i robić to samo, co ja. Nie możemy zbaczać z drogi.

— Krew i popioły! — zaklął Thom.

Nynaeve podjechała bliżej do Egwene.

Jedyną kryjówkę mogli znaleźć wśród rzadkich zagajników iglastych drzew. Rand starał się patrzeć we wszystkich kierunkach jednocześnie, w jego wyobraźni szare pnie drzew, postrzegane kątem oka, zamieniały się w zaczajone trolloki. Rogi było już słychać coraz bliżej. Tuż za plecami, tego był pewien. Tuż za nimi i wciąż bliżej.

Wjechali na kolejne wzgórze.

Z przeciwnej strony wspinały się trolloki, niosąc w łapach tyki zakończone wielkimi zwojami lin albo długimi hakami. Było ich bardzo wiele. Szereg ginął poza zasięgiem wzroku, pośrodku, dokładnie naprzeciwko Lana, jechał Pomor.

Myrddraal zawahał się przez chwilę, kiedy na szczycie wzniesienia dostrzegł ludzi, ale zaraz potem wyciągnął miecz z czarnym ostrzem — na jego widok Rand poczuł mdłości i wykonał zamach nad głową. Szereg trolloków ruszył naprzód.

Lan trzymał miecz w ręku, jeszcze zanim Myrddraal zdążył się poruszyć.

— Trzymajcie się mnie! — krzyknął.

Mandarb pogalopował w dół zbocza, w stronę trolloków.

— Za Siedem Wież! — zawołał.

Rand poczuł ścisk w gardle, ale pognał swego siwka do przodu, wszyscy pozostali ruszyli w ślad za Strażnikiem. Ze zdziwieniem odkrył, że ściska w ręku miecz Tama. Porwany okrzykiem Lana, zdobył się na własny:

— Manetheren! Manetheren!

— Manetheren! Manetheren! — podjął jego zawołanie Perrin.

Mat natomiast krzyczał:

— Carai an Caldazar! Carai an Ellisande! Al Ellisande!

Pomor wpatrywał się w szarżujących jeźdźców. Czarne ostrze zastygło nad jego głową, a otwór w kapturze rozchylił się.

Lan dopadł Myrddraala, pozostali rzucili się na trolloki. Miecz Strażnika uderzył w czarną stal wykutą w kuźniach Thakan’daru, rozległ się donośny szczęk przypominający brzmienie dzwonu. Jego echo przetoczyło się po całej kotlinie, a blask niebieskiego światła wypełnił powietrze niczym błyskawica.