Выбрать главу

Pół-człowiecze bestie o zwierzęcych pyskach zakotłowały się wokół ludzi, wywijając swymi chwytakami i arkanami. Omijały jedynie Lana i Myrddraala, którzy walczyli w pustym kręgu, ich czarne konie krokiem odpowiadały na krok, a miecze parowały cios za ciosem. Powietrze wypełnił błysk i huk.

Obłok wywracał oczami, rżał przenikliwie i wierzgał kopytami na widok warczących, szczerzących ostre zęby paszczy. Ciężkie ciała tłoczyły się przy nim zwartą masą, ale Rand bezlitośnie bił go piętami, nie pozwalając na ucieczkę. Równocześnie wymachiwał mieczem i z ową odrobiną wprawy, którą zawdzięczał Lanowi, ciął, jakby rąbiąc drewno. Egwene! Desperacko zaczął jej szukać, zmuszając siwka do jazdy naprzód, wyrąbywał drogę w murze włochatych ciał, jak kosiarz wśród łanów trawy.

Biała klacz to rzucała się do przodu, to uskakiwała, posłuszna rozkazom delikatnych dłoni Aes Sedai, ściskających jej wodze. Moiraine wywijała swą laską z równą zaciętością, jaką można było dostrzec na twarzy Lana. Trolloki ogarnął płomień, który po chwili wybuchł z rykiem, aby pozostawić po sobie na ziemi okaleczone, znieruchomiałe kształty. Nynaeve i Egwene uparcie trzymały się Aes Sedai, obydwie obnażyły zęby, ich twarze wyrażały nieomal taką samą zajadłość, z jaką walczyły trolloki. W dłoniach trzymały noże, których krótkie ostrza mogły się przecież w bliskim starciu okazać zupełnie nieprzydatne. Rand próbował skierować w ich stronę Obłoka, ale siwek zbuntował się. Rżąc i wierzgając ponosił, pomimo ściągniętych z całej siły wodzy.

Wokół trzech kobiet tworzyła się pusta przestrzeń, w miarę jak trolloki usiłowały uciec przed laską Moiraine. Doganiała je po kolei. Stwory wyły z gniewu i furii, padając łupem płomieni. Ponad hukiem ognia i wyciem górował szczęk mieczy Lana i Myrddraala, powietrze wokół nich co jakiś czas przeszywały niebieskie błyski.

Głowę Randa uchwyciła przyczepiona do żerdzi pętla. Niezgrabnym ruchem przerąbał drąg na pół, potem ciął przez kozią twarz, trzymającego go trolloka. Zaraz potem poczuł, że leci na ziemię, ściągany przez wbity w ramię hak. Owładnięty paniką, omal nie wypuścił miecza. Musiał przytrzymać się łęku, aby nie spaść z siodła. Obłok nadal wierzgał i rżał. Rand, desperacko trzymając się wodzy i siodła, czuł, jak ciągniony przez hak, cal po calu, zsuwa się z grzbietu konia. Obłok odwrócił się, Rand na moment dojrzał Perrina, który wychylony niebezpiecznie z siodła usiłował wyrwać topór z rąk trzech trolloków. Trzymali już go za jedno ramię i obydwie nogi. Obłok skoczył do przodu, Rand widział teraz jedynie trolloki.

Któryś ze stworów doskoczył do jego nogi i schwycił ją, wyrywając ze strzemiona. Dysząc ciężko Rand wychylił się z siodła, aby go odkopnąć, ale hak ściągnął go natychmiast w tył i przed upadkiem uratował go jedynie silny uchwyt wodzy. W tym samym momencie hak przestał ciągnąć, a trollok puścił jego nogę i wrzasnął. Krzyk podniósł się również wśród wszystkich trolloków, brzmiało to tak, jakby wszystkie psy na świecie poszalały i wyły teraz jednocześnie.

Bestie padały, wiły się na ziemi, wydzierały włosy i drapały twarze. Gryzły ziemię, chwytały rozpaczliwie powietrze. I wyły nieprzerwanie.

Wtedy Rand zobaczył Myrddraala. Nadal siedział wyprostowany na grzbiecie swego wściekle wierzgającego ogiera, nadal wymachiwał czarnym mieczem... ale już nie miał głowy.

— Umrze dopiero po zapadnięciu zmroku.

Thom musiał to wykrzyczeć, aby zagłuszyć niesłabnący wrzask.

— Ale też nie do końca. Przynajmniej tak słyszałem dodał ciężko dysząc.

— Jazda! — krzyknął gniewnie Lan. Pociągnął za sobą Moiraine i pozostałe dwie kobiety, dojechali do połowy zbocza następnego wzniesienia.

— To jeszcze nie wszyscy!

Rzeczywiście, znowu usłyszeli rogi, głośniejsze od skrzeku pobitych trolloków. Ich dźwięk dobiegał ze wschodu, zachodu i południa.

O dziwo, jedynie Mata spotkał upadek z konia. Rand ruszył w jego stronę, ale Mat strząsnął pętlę, podniósł łuk i wdrapał się o własnych siłach na siodło, rozcierając sobie szyję.

Rogi ujadały jak ogary, gdy wyczują jelenia. Pierścień obławy zamykał się. Lan przyśpieszył galop i konie wspinały się teraz na wzgórza jeszcze bystrzej niż dotychczas, a potem niemalże rzucały w dół zbocza. Jednak dźwięki rogów zbliżały się coraz bardziej, aż zaczęli już słyszeć w przerwach między nimi gardłowe okrzyki ścigających. Gdy w pewnym momencie osiągnęli szczyt kolejnego wzgórza, na pobliskim wierzchołku znowu pojawiły się trolloki. Całe wzniesienie aż poczerniało, widać było wykrzywione pyski, słychać wycie. Dowodzili nimi trzej Myrddraale. Obydwie grupy dzieliła odległość zaledwie stu piędzi.

Serce Randa skurczyło się jak zeschłe winogrono. Trzej Myrddraale!

W jednej chwili Półludzie unieśli czarne miecze, trolloki zakotłowały się na zboczu, wydając niskie okrzyki triumfu. W biegu wymachiwały żerdziami.

Moiraine zsiadła z grzbietu Aldieb. Spokojnym ruchem sięgnęła do swej sakiewki, z zawiniątka błysnęła kość słoniowa. Angreal. Z figurką w jednej dłoni i laską w drugiej, Aes Sedai stanęła przodem do nacierających na nich trolloków i Pomorów, podniosła wysoko laskę i wbiła ją z całej siły w ziemię.

Rozległo się dudnienie przypominające uderzenie drewnianego młota w żelazny kocioł. Głuchy brzęk cichł stopniowo, aż końcu zamarł. Przez moment panowała cisza. Cała okolica jakby zastygła, nie było słychać nawet szumu wiatru. Ucichły także okrzyki trolloków, biegły coraz wolniej, aż w końcu stanęły. Wszyscy zamarli na chwilę trwającą tyle, co jedno uderzenie serca. Wtedy powoli zaczął znów powracać tamten głuchy brzęk, przemieniający się w przytłumiony łoskot, który narastał, aż nagle ziemia jęknęła głośno.

Grunt pod kopytami Obłoka zaczął się trząść. O takich właśnie dziełach Aes Sedai mówiły opowieści. Rand nagle zapragnął znaleźć się co najmniej sto mil stąd. Drżenie przeszło w gwałtowne wstrząsy, które poruszyły wszystkimi drzewami rosnącymi dookoła. Siwek Randa potknął się i omal nie upadł. Nawet Mandarb i pozbawiona jeźdźca Aldieb zachwiały się jak pijane, pozostali musieli przytrzymywać się wodzy, grzyw lub czegokolwiek, aby nie pospadać z końskich grzbietów.

Aes Sedai stała w tym samym miejscu co przedtem, z angrealem w dłoni, obok swej wbitej w ziemię laski. Ani ona, ani jej broń nie poruszyły się nawet odrobinę, choć wszystkim wokół targały wstrząsy. Nagle ziemia zmarszczyła się i wytrysnęła spod laski, po czym potoczyła w stronę trolloków, niczym mnożące się fale na stawie. Przewracając wielkie krzewy i wzbijając uschnięte liście w powietrze, fale ziemi rosły i parły w kierunku trolloków. Drzewa rosnące w kotlinie pękały niczym wierzbowe witki w dłoniach małych chłopców. Trolloki na przeciwległym wzgórzu padały jak podcięte i spadały turlając się wprost w rozwścieczoną ziemię.

Myrddraale jednak, nie bacząc, że ziemia wokół nich stawała dęba, ruszyli szeregiem do przodu, ich czarne konie ani razu nie zgubiły kroku, stawiając kopyta zgodnym rytmem. Trolloki spadały ze zbocza pod nogi czarnych rumaków, wyjąc i drapiąc falującą ziemię, ale Myrddraale powoli jechali do przodu.

Moiraine uniosła laskę i ziemia znieruchomiała, lecz jej dzieło nie dobiegło jeszcze końca. Wycelowała różdżkę w stronę kotliny pomiędzy wzgórzami i wtedy wytrysnęła tam fontanna ognia, wysokości dwudziestu stóp. Rozłożyła ramiona i ogień pomknął wszędzie tam, gdzie sięgał jej wzrok, tworząc ścianę, która oddzieliła ludzi od trolloków. Zapanował żar tak nieznośny, że Rand musiał osłonić rękoma twarz. Czarne wierzchowce Myrddraali, choć obdarzone nie wiadomo jak niezwykłymi mocami, zarżały na widok płomieni, stanęły dęba i jęły się zmagać ze swymi jeźdźcami, którzy biciem usiłowali je zmusić do pokonania płonącej przeszkody.