— Krew i popioły — powiedział słabym głosem Mat.
Rand tylko pokiwał głową w odrętwieniu.
Nagle Moiraine zachwiała się i byłaby upadła, gdyby Lan nie zeskoczył z konia, aby ją podtrzymać.
— Jedźcie dalej! — nakazał pozostałym.
Ostry ton jego głosu kłócił się z delikatnością, z jaką posadził Aes Sedai na grzbiecie klaczy.
— Ten ogień nie będzie przecież płonął wiecznie. Śpieszcie! Liczy się każda minuta.
Mur ognia huczał, jakby miał płonąć bez końca, ale Rand nie sprzeciwiał się. Pogalopowali na północ tak szybko, jak tylko potrafili zmusić konie. Rogi zabrzmiały w oddali jakby z rozczarowaniem, jakby już wiedziały, co zaszło. Potem ucichły.
Lan i Moiraine wkrótce dołączyli do reszty grupy, chociaż Lan musiał trzymać wodze Aldieb, bowiem Aes Sedai słaniała się i przytrzymywała obiema rękami łęku.
— Zaraz poczuję się lepiej — powiedziała, widząc pełne troski spojrzenia.
Jednakże, oprócz zmęczenia, w jej głosie słyszało się pewność siebie.
— Praca z Ziemią i Ogniem trochę mnie wyczerpuje, ale to drobiazg.
Po chwili obydwoje znaleźli się znów na czele galopującej grupy. Rand pomyślał, że Moiraine nie wytrzyma tak szybkiego tempa. Nynaeve podjechała do Aes Sedai i zatrzymała ją gestem ręki. Przez jakiś czas, gdy pokonywali wzgórza, obydwie kobiety szeptały coś do siebie, po czym Wiedząca sięgnęła do swego płaszcza i wręczyła Moiraine małą paczuszkę. Aes Sedai rozwinęła ją i połknęła zawartość. Nynaeve powiedziała coś jeszcze, po czym powróciła do pozostałych, lekceważąc ich pytające spojrzenia. Randowi wydało się, że pomimo okoliczności jej twarz wyrażała satysfakcję.
Właściwie to nie obchodziło go, do czego zmierza Wiedząca. Pocierał stale rękojeść swojego miecza, a gdy zdał sobie z tego sprawę, popatrzył na nią ze zdziwieniem.
„Więc tak wygląda bitwa.”
Niewiele już z niej pamiętał, przy czym żadnego momentu dokładnie. Wszystko w jego myślach zlało się w jedną masę włochatych twarzy i strachu. Strachu i upału. Bitwa została stoczona w takim upale, jakby to było popołudnie w samym środku lata. Nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Lodowaty wiatr próbował teraz zamrozić paciorki potu na jego twarzy i ciele.
Obejrzał się na swoich przyjaciół: Mat ocierał pot z twarzy rąbkiem płaszcza. Perrin natomiast, wpatrzony w oddali w coś, co mu się wyraźnie nie podobało, zdawał się nie zauważać kropel błyszczących na jego czole.
Wzgórza były coraz niższe, cały teren zamieniał się powoli w równinę, niemniej Lan, zamiast pędzić dalej, zatrzymał się. Nynaeve ruszyła jakby z zamiarem przyłączenia się do Moiraine, ale wzrok Strażnika powstrzymał ją. Razem z Aes Sedai oddalili się nieco od reszty, pochylili ku sobie głowy, z ruchów Moiraine było jasne, że się sprzeczają. Nynaeve i Thom przypatrywali się obojgu, Wiedząca z wyraźną troską, bard zaś mruczał coś do siebie i co jakiś czas oglądał przez ramię. Pozostali unikali patrzenia na nich. Kto wie, jaki może być efekt kłótni Aes Sedai ze Strażnikiem?
Po kilku minutach Egwene odezwała się cicho do Randa, rzucając niespokojne spojrzenia na wciąż sprzeczającą się parę.
— Te słowa, które krzyczałeś w stronę trolloków... — urwała, jakby nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć.
— Bo co? — spytał Rand.
Było mu trochę głupio, okrzyki wojenne pasowały znakomicie do Strażników, ludzie z Dwu Rzek nigdy tak się nie zachowywali, cokolwiek Moiraine mówiła na ten temat, ale jeśli Egwene miała się z niego teraz śmiać...
— Mat musiał opowiedzieć tę historię z dziesięć razy.
— I to źle — wtrącił Thom, a Mat wydał pomruk protestu.
— Jakby tego nie opowiadał — powiedział Rand — wszyscy ją i tak słyszeliśmy wiele razy. A poza tym musieliśmy coś krzyknąć. No bo w takiej chwili, właśnie tak należy postąpić. Słyszałaś Lana.
— Mieliśmy przecież takie prawo — dodał roztropnie. Perrin. — Moiraine twierdzi, że wszyscy jesteśmy potomkami ludu Manetheren. Oni walczyli z Czarnym i my też walczymy z Czarnym. To nam daje do tego prawo.
Egwene prychnęła pogardliwie, jakby chcąc pokazać, co ona o tym myśli.
— Nie o tym mówiłam. A co ty krzyczałeś, Mat?
Mat nerwowo wzruszył ramionami.
— Nie pamiętam. — Patrzył na nich zaczepnie. — No naprawdę. Wszystko pamiętam jak za mgłą. Nie wiem, co to było, skąd mi się wzięło, ani co oznaczało.
Zaśmiał się lekceważąco.
— Nie sądzę, że to miało oznaczać cokolwiek.
— A ja myślę, że jednak tak — powiedziała powoli Egwene. — Kiedy krzyknąłeś, pomyślałam, właśnie wtedy, że cię rozumiem. Ale to minęło.
Westchnęła i potrząsnęła głową.
— Może masz rację. Człowiek wyobraża sobie dziwne rzeczy w takich chwilach, nieprawdaż?
— Carai an Caldazar — powiedziała Moiraine. Wszyscy odwrócili się gwałtownie, by na nią spojrzeć. — Carai an Ellisande. Al Ellisande. Za honor Czerwonego Orła. Za honor Róży Słońca.
Róża Słońca. Starożytny okrzyk wojenny Manethereńczyków i okrzyk wojenny ich ostatniego króla. Różą Słońca nazywano Eldrene.
Moiraine rozbroiła Egwene i Mata swym uśmiechem, chociaż jej wzrok dłużej zatrzymał się na nim, niż na niej.
— Krew linii Arada jest nadal silna w Dwu Rzekach. Stara Krew wciąż śpiewa.
Mat i Egwene spojrzeli na siebie, skupiając jednocześnie wzrok pozostałych. Oczy Egwene były rozszerzone, a jej usta bezustannie próbowały się uśmiechnąć, chociaż je zagryzała, nie wiedząc, jak przyjąć te słowa o starej krwi. Mat natomiast wiedział, co dało się zauważyć z chmurnego wyrazu jego twarzy.
Randowi wydawało się, że zna myśli Mata, sam myślał podobnie. Jeżeli Mat jest potomkiem dawnych władców Manetheren, to może trolloki chcą tak naprawdę dopaść tylko jego, a nie wszystkich trzech. Po chwili zawstydził się tej myśli, Policzki mu poróżowiały i gdy dostrzegł poczucie winy malujące się na twarzy Perrina, domyślił się, że jemu przyszło do głowy to samo.
— Nie umiem stwierdzić, czy już kiedyś coś takiego słyszałem — powiedział po chwili Thom.
Otrząsnął się z otępienia i nagle przemówił obcesowo.
— Innym razem mógłbym nawet ułożyć o tym jakąś opowieść, ale w tym momencie... Czy zatrzymamy się tutaj na resztę dnia, Aes Sedai?
— Nie — odparła Moiraine i chwyciła wodze.
Z południa rozległ się odgłos rogu trolloków, jakby na potwierdzenie jej odpowiedzi. Ze wschodu i zachodu rozległy się następne. Konie zarżały i zadreptały nerwowo.
— Przeszli przez ogień — powiedział spokojnie Lan, a zwracając się do Moiraine dodał:
— Nie masz jeszcze siły do przeprowadzenia swoich planów. Musisz najpierw odpocząć. Ani Myrddraal, ani trollok nie pójdą tam.
Moiraine podniosła rękę, jakby chciała go odprawić, po czym westchnęła i opuściła ją.
— No dobrze — powiedziała z irytacją. — Pewnie masz rację, ale wolałabym inne rozwiązanie.
Wyjęła swą laskę z uchwytu przy siodle.
— Zbierzcie się wszyscy wokół mnie. Najbliżej jak możecie. Jeszcze bliżej.
Rand podjechał na Obłoku do klaczy Aes Sedai. Stosując się do uporczywych ponagleń Moiraine, otaczali ją zwartym kołem dopóty, dopóki wszystkie konie nie zetknęły się kłębami albo zadami. Dopiero wtedy Aes Sedai była zadowolona. Potem, nic nie mówiąc, stanęła w strzemionach i zrobiła krąg swoją laską ponad ich głowami.