Выбрать главу

— Przynajmniej udało nam się wydostać. — Mat pozbierał się i otrzepał, niepewnie naśladując swój zwykły sposób bycia. — A ja przynajmnięj...

— Na pewno? — spytał Perrin.

Rand zrozumiał, że tym razem to nie jest dzieło jego wyobraźni. Włosy zjeżyły mu się na głowie, coś ich obserwowało z ciemności pod kolumnami. Odwrócił się, by spojrzeć na domy po przeciwległej stronie ulicy. Tam też wyczuwał wpatrzone w nich oczy. Ścisnął mocniej swój miecz, choć nie za bardzo wiedział, czy na cokolwiek mu się przyda. Obserwujące ich oczy zdawały się być wszędzie. Pozostali również rozglądali się czujnie, wiedział, że podzielają jego odczucia.

— Trzymajmy się środka ulicy — zachrypiał.

Napotkał ich wzrok, wyglądali na równie przerażonych. Z trudem przełknął ślinę.

— Chodźmy szybko środkiem ulicy, starając się nie zbliżać do cieni.

— Idźmy jak najszybciej — zgodził się Mat. Obserwujący wyraźnie im towarzyszyli, albo było ich bardzo wielu, te oczy wyzierały z każdego budynku. Rand z całej siły wytężał wzrok, ale nie dostrzegał żadnego ruchu, tylko cały czas czuł obecność oczu, spragnionych i głodnych. Nie wiedział, co może być gorsze. Tysiące oczu, czy tylko kilka idących w ślad za nimi.

W miejscach, gdzie jeszcze docierało słońce, zwalniali odrobinę, zerkając ukradkiem w stronę ciemności, która zawsze zdawała się rozpościerać przed nimi. Żaden z nich nie miał ochoty wejść w cień, żaden nie był pewien, czy coś tam na nich nie czyha. Tam, gdzie cienie rozciągały się w poprzek ulicy, zagradzając im drogę, wyczuwali nieomal obecność obserwujących. Przez takie ciemne miejsca biegli z krzykiem. Randowi zdawało się, że słyszy suchy, skrzypiący śmiech.

Wraz z zapadnięciem ciemności w zasięgu ich wzroku pojawił się wreszcie biały budynek, z którego, jak im się zdawało; wyszli wiele dni temu. I nagle obserwujące ich oczy zrezygnowały. Zniknęły błyskawicznie, pomiędzy jednym krokiem a drugim. Rand i jego koledzy bez słowa przyśpieszyli kroku, potem rzucili się do biegu i zatrzymali dopiero, gdy sforsowali drzwi i padli za nimi, ciężko dysząc.

Na środku posadzki płonęło niewielkie ognisko, a dobywający się z niego dym znikał w otworze na suficie. Randowi nieprzyjemnie przypomniało to jaskinię Mordetha. Wszyscy, z wyjątkiem Lana, siedzieli wokół ogniska, a ich reakcje okazały się mocno zróżnicowane. Egwene, ogrzewająca sobie dłonie nad ogniskiem, zerwała się, gdy wpadli do pokoju i chwyciła za gardło. Gdy zobaczyła ich, westchnęła z ulgą, i oczywiście nie mogła już zmiażdżyć ich spojrzeniem, jak uprzednio planowała. Thom mruknął tylko coś do siebie, ale Rand posłyszał słowo „głupcy”, zanim bard powrócił do grzebania patykiem w ognisku.

— Durne barany! — wybuchnęła Wiedząca.

Była zupełnie zjeżona, jej oczy błyszczały, a policzki płonęły z gniewu.

— Czemu na Światłość tak biegacie? Co was napadło? Czy zupełnie nie macie rozumu? Lan poszedł was szukać, a wy będziecie mieli więcej szczęścia niż zasługujecie, jeśli po swoim powrocie nie wbije wam rozumu do głowy.

Twarz Aes Sedai nie zdradzała żadnego podniecenia, ale na ich widok przestała ściskać zbielałymi dłońmi fałdę sukni. Środek, który dała jej Nynaeve musiał pomóc, wstała bowiem już z posłania.

— Nie powinniście byli tego robić — powiedziała głosem tak czystym i jasnym, jak woda w stawach Wodnego Lasu. Później o tym porozmawiamy. Coś się musiało stać, bo 'inaczej nie wpadlibyście tu jak burza. Chcę o tym posłuchać.

— Mówiłaś, że tu jest bezpiecznie — poskarżył się Mat, wstając z podłogi. — Powiedziałaś, że Aridhol było sojusznikiem Manetheren, że trolloki nie wejdą do tego miasta i...

Moiraine ruszyła do przodu tak gwałtownie, że Mat umilkł z otwartymi ustami, a Rand i Perrin, którzy właśnie wstawali, zamarli w pozycji klęczącej.

— Trolloki? Widzieliście trolloki w tych murach?

Rand przełknął ślinę.

— To nie były trolloki — powiedział i wszyscy trzej zaczęli z podnieceniem opowiadać jednocześnie.

Każdy z nich zaczął od innego miejsca. Mat opowiedział o znalezieniu skarbu tak, jakby go znalazł sam, natomiast Perrin zaczął się tłumaczyć, dlaczego wyszli, nie powiadamiaj~~ o tym nikogo. Rand przeskoczył do najważniejszego jego zdaniem momentu, czyli do spotkania obcego pod kolumnami. Wszyscy trzej byli jednak tak zdenerwowani, że nikt nie pojął, w jakim porządku wszystko to się działo. Przypominali sobie coś i natychmiast starali się o tym opowiedzieć, nie zważając na to, co było przedtem lub potem, albo do kogo to mówią. Obserwatorzy. Wszyscy trzej trajkotali o obserwatorach.

Mimo iż cała ich historia prawie nie dawała się zrozumieć, to jednak pozostałym udzielił się strach. Egwene zaczęła niespokojnie zerkać w stronę pustych okien wychodzących na ulicę. Na zewnątrz blakły ostatnie światła zmierzchu, ognisko wydawało się małe i blade. Thom wyjął z ust fajkę, przysłuchiwał się wszystkiemu z pochyloną głową i marsem na czole. Oczy Moiraine wyrażały niepokój, choć nie przesadny. Aż...

Nagle Aes Sedai syknęła i silnie schwyciła Randa za łokieć.

— Mordeth! Jesteś pewien, że tak się nazywał? Wszyscy się zastanówcie. Mordeth?

Chórem wymamrotali: „Tak”, zaskoczeni napięciem Aes Sedai.

— Czy on was dotykał? — zapytała. — Czy podał wam cokolwiek, albo czy coś z nim zrobiliście? Muszę to wiedzieć.

— Nie — odparł Rand. — Żaden z nas nic takiego nie zrobił.

Perrin poparł go skinieniem głowy i dodał:

— On nas tylko próbował zabić. Czy to nie wystarczy? Napęczniał tak, że wypełnił sobą połowę komnaty, krzyczał, że wszyscy jesteśmy martwi i zniknął.

Gestykulował, jakby chcąc to zademonstrować.

— Jak dym.

Egwene pisnęła.

Mat skrzywił się z rozdrażnieniem.

— Mówiłaś, że tu nam się nic nie stanie! Twierdziłaś, że trolloki tu nie wejdą. Cóż więc mieliśmy myśleć?

— Najwyraźniej w ogóle nie myśleliście — powiedziała lodowatym tonem Moiraine, na powrót opanowana. — Każdy, kto choć odrobinę myśli, strzeże się miejsca, do którego trolloki boją się wejść.

— To sprawka Mata — wtrąciła Nynaeve z pełnym prze. konaniem. — On zawsze namawia do złego i wtedy wszyscy w jego otoczeniu tracą tę odrobinę rozsądku, z jaką się urodzili.

Moiraine przytaknęła, ale nie spuszczała wzroku z Randa i jego dwóch kolegów.

— Pod koniec Wojen z Trollokami obozowała w tych ruinach armia, trolloki, Sprzymierzeńcy Ciemności, Myrddraale, Władcy Strachu, w sumie były ich tysiące. Ponieważ nie wracali, przysłano zwiadowców, którzy znaleźli porzuconą broń, fragmenty zbroi i bryzgi krwi dookoła. A na ścianach w języku trolloków nagryzmolone było wezwanie do Czarnego, aby przyszedł im z pomocą w ich ostatniej godzinie. Ludzie, którzy tu przyszli później, nie znaleźli ani śladów krwi ani tych napisów. Zostały zatarte. Półludzie i trolloki pamiętają wszystko do dziś i to ich trzyma z dala od tego miejsca.

— I wy wybraliście to miasto na naszą kryjówkę? — spytał Rand, nie dowierzając własnym uszom. — Przecież bezpieczniej byłoby uciekać przed trollokami.

— Gdybyście tu nie wpadli w takim pędzie — powiedziała cierpliwie Moiraine — wiedzielibyście, że nałożyłam pas ochronny na ten dom. Myrddraale nawet by nie wiedziały o tych umocnieniach, bo oni się zatrzymują przed innym rodzajem zła, ale to, co zamieszkuje Shadar Logoth nigdy tego nie przekroczy, ani nawet tu nie podejdzie. Rankiem bezpiecznie stąd odjedziemy, te stworzenia nie wytrzymują światła słonecznego. Będą się ukrywały głęboko w ziemi.