— Albo zostać tutaj i stawić czoło trollokom — powiedziała Moiraine. — Odparcie ich wymagałoby użycia Jedynej Mocy, która zniszczyłaby zabezpieczenia i przyciągnęła wszystkie stwory, przed którymi nas chronią. Poza tym wzniecenie ognia na którejś z tych wież zaalarmowałoby wszystkich Półludzi w promieniu dwudziestu mil. Wolałabym teraz stąd nie wyjeżdżać, ale to my jesteśmy zającami, a ogary dyktują warunki gonitwy.
— A jeśli będzie ich więcej poza tymi murami? — spytał Mat. — Co wtedy zrobimy?
— Wykorzystamy mój pierwotny plan — powiedziała Moiraine.
Lan spojrzał na nią. Podniosła dłoń i dodała:
— Przedtem byłam zbyt zmęczona, aby go zrealizować. Teraz dzięki Wiedzącej już wypoczęłam. Udamy się w kierunku rzeki. Tam, od tyłu chroniona przez wodę, utworzę mniejszy pas ochronny, który zatrzyma trolloków i Półludzi, a my w tym czasie zbudujemy tratwy i przeprawimy się na drugi brzeg. Może nawet uda nam się przywołać jakąś łódź handlową płynącą z Saldei.
Twarze ludzi z Pola Emonda były pozbawione wyrazu. Lan zauważył to.
— Trolloki i Myrddraale czują wstręt do głębokiej wody. Trolloki się jej boją, żaden z nich nie potrafi pływać. Półczłowiek nie zanurzy się głębiej niż do pasa, szczególnie jeśli ta woda płynie. Trolloki nie robią tego, nawet gdy nie mają innego wyjścia.
— Więc jak już się przeprawimy, będziemy bezpieczni powiedział Rand, a Strażnik przytaknął.
— Zmuszenie trolloków do zbudowania tratw będzie dla Myrddraali zadaniem równie ciężkim, jak zapędzenie ich do Shadar Logoth. Jeśli jednak się uprą, połowa stworów ucieknie, a reszta prawdopodobnie utonie.
— Chodźcie do koni — powiedziała Moiraine. — Jeszcze nie przeprawiliśmy się przez rzekę.
20
Pył na wietrze
Gdy opuszczali białą budowlę, siedząc już na grzbietach pląsających nerwowo koni, zerwał się lodowaty wicher, który jęczał wśród dachów, miotał ich płaszczami jak sztandarami i napędzał rzadkie chmury na wąski skrawek księżyca. Lan cichym głosem nakazał wszystkim trzymać się blisko i ruszył w dół ulicy. Konie wierzgały i ściągały cugle, pragnąc być już jak najdalej od nieprzyjemnego miejsca.
Rand obserwował czujnie mijane budynki, majaczące teraz niewyraźnie na tle nocy, ich puste okna przypominały wykłute oczodoły. Cienie zdawały się poruszać. Gdzieniegdzie słychać było jakieś szczęki — to gruz osypywał się na wietrze.
„Przynajmniej te oczy zniknęły.”
Poczucie ulgi było jednak chwilowe.
„Dlaczego zniknęły?”
Thom i młodzi zbili się w gromadę, jadąc tak blisko siebie, że dotykali się nawzajem. Egwene zgarbiła się, jakby próbowała zmusić Belę do szybowania nad ulicą. Rand zapragnął nagle nie oddychać. Każdy dźwięk mógł przyciągnąć uwagę wroga.
Nagle zauważył przestrzeń, która rozdzieliła ich od Strażnika i Aes Sedai. Obydwoje stanowili teraz niewyraźne kształty jadące dobre trzydzieści kroków przed nimi.
— Zostajemy w tyle — mruknął i zmusił Obłoka do szybszego kroku.
Przez ulicę przeleciało rzadkie pasmo srebrzysto-szarej mgły.
— Zatrzymać się! — wydała zduszony okrzyk Moiraine, tonem ostrym i alarmującym, ale tak cichym, by nie rozszedł się za daleko.
Niepewny co robić, Rand przyhamował. Na ulicy zalegała teraz duża chmura mgły. Gęstniała powoli, jak gdyby tryskała z budynków po obu stronach ulicy. Była już grubości ludzkiego ramienia. Obłok zarżał i usiłował się cofnąć, gdy Egwene, Thom i pozostali wpadli wprost na niego. Ich konie również potrząsały łbami, za nic nie chciały podejść do mgły.
Lan i Moiraine wolno zbliżyli się do mgły, która osiągnęła już grubość ludzkiego uda, i zatrzymali się w odpowiedniej odległości po jej drugiej stronie. Aes Sedai przyjrzała się mgielnemu konarowi, który ich rozdzielił. Rand wzdrygnął się, czując nagłe ukłucie strachu między łopatkami. Mgle towarzyszyło blade światło, rosnące wraz z nią, ale i tak ciemniejsze od blasku księżyca. Konie nerwowo dreptały w miejscu, nawet Aldieb i Mandarb.
— Co to jest? — spytała Nynaeve.
— Zło Shadar Logoth — odparła Moiraine. — Mashadar. Nie widzi, nie myśli, porusza się po mieście równie bezcelowo, jak dżdżownice w ziemi. Jeżeli was dotknie, umrzecie.
Wszyscy pozwolili swym koniom cofnąć się odrobinę. Choć Rand dałby wiele, aby uwolnić się od Aes Sedai, teraz jednak, w porównaniu z tym co ich otaczało, przywodziła na myśl swojskość rodzinnego domu.
— Jak więc mamy się z wami połączyć? — spytała Egwene. — Czy możecie to zabić... oczyścić drogę?
Moiraine zaśmiała się sarkastycznie.
— Mashadar jest ogromny, tak ogromny jak sam Shadar Logoth. Cała Biała Wieża nie potrafiłaby go zabić. Gdybym go uszkodziła Jedyną Mocą na tyle, abyście mogli się przedostać, przyciągnęłoby to Półludzi niczym zadęcie w trąby. A Mashadar pośpieszyłby naprawić wszelkie uszkodzenia i pewnie złapałby was w swe sidła.
Rand i Egwene spojrzeli na siebie, dziewczyna powtórzyła swoje pytanie. Moiraine westchnęła, zanim odpowiedziała.
— Nie podoba mi się to, ale trzeba zrobić to, co należy. Nie wszędzie jest ta mgła. Na innych ulicach będzie pusto. Widzicie tamtą gwiazdę?
Odwróciła się, by wskazać czerwoną gwiazdę, wiszącą nisko nad wschodnim horyzontem.
— Trzymajcie się tej gwiazdy, a ona was doprowadzi do rzeki. Cokolwiek by się działo, przez cały czas starajcie się dotrzeć do rzeki. Jedźcie najszybciej jak możecie, ale postarajcie się nie robić hałasu. Pamiętajcie, że tu nadal są trolloki i czterech Półludzi.
— Ale jak was znajdziemy? — zapytała Egwene, głosem pełnym protestu.
— Ja was znajdę — powiedziała Moiraine. — Bądźcie pewni, że was znajdę. A teraz ruszajcie. To coś jest zupełnie bezmyślne, ale wyczuwa pokarm.
Istotnie, z większej masy zaczęły się wyodrębniać srebrnoszare wici. Unosiły się i drżały, jak macki sturamiennicy na dnie stawu w Wodnym I:esie.
Gdy Rand oderwał wzrok od mętnej mgły, Strażnik i Aes Sedai już zniknęli. Zwilżył językiem wargi i spojrzał na swych towarzyszy. Byli równie zdenerwowani jak on, co gorsza wszyscy zdawali się czekać, aż ktoś wykona za nich pierwszy ruch. Otaczały ich noc i ruiny. Gdzieś tu były Pomory i trolloki, być może za następnym rogiem. Macki mgły zbliżały się coraz hardziej i przestały już drżeć. Wybrały ofiarę. Rand nagle rozpaczliwie zatęsknił za Moiraine.
Wszyscy wciąż tylko wytrzeszczali oczy, nie wiedząc, w którą stronę ruszyć. Rand pogonił Obłoka i siwek ruszył półstępa, szarpał wodze — chciał poruszać się szybciej. Tak jakby pierwszy ruch uczynił Randa dowódcą, wszyscy ruszyli w ślad za nim.
Od czasu zniknięcia Moiraine nikt już ich nie chronił, na wypadek gdyby na przykład pojawił się Mordeth. Tak samo było w przypadku trolloków. I... Rand usiłował przestać myśleć. Będzie jechał w kierunku tej czerwonej gwiazdy i myślał tylko o niej.
Trzykrotnie musieli zawracać z ulic zatarasowanych stosami kamieni i cegieł, których konie nie mogły sforsować. Rand słyszał urywane oddechy pozostałych, ściszone panicznym strachem. Zacisnął zęby, aby nie dyszeć głośno.
„Powinieneś wmówić im przynajmniej, że się nie boisz. Dobrze się sprawujesz, ty barania głowo! Wyprowadzisz stąd wszystkich bez szwanku.”
Okrążyli kolejny róg. Mur mgły oblewał wyrwy w chodniku światłem tak jasnym, jak promienie księżyca w pełni. Nikt nie czekał, aż strumienie grubości końskich tułowi pognają ku nim. Zawrócili i pogalopowali w odwrotną stronę ciasną gromadą, nie zważając na łoskot kopyt.