Poczuł ścisk w gardle.
„Światłości, nawet myśleć mi nie wolno o kłopotach.”
Próbował ponownie uporządkować swoje myśli. Jedynym ratunkiem było staranne zastanowienie się nad sytuacją.
Przed bramą znajdował się kiedyś skwer z ogromną fontanną pośrodku. Pozostały jeszcze resztki fontanny, w wielkim, okrągłym basenie stało jeszcze kilka połamanych figur, dookoła rozciągała się otwarta przestrzeń. Aby dotrzeć do bramy, będzie musiał przejechać prawie sto piędzi. Jedynie noc będzie go wówczas chronić przed czyimś czujnym wzrokiem. Niezbyt mu się to uśmiechało. Aż nadto dobrze pamiętał niewidzialnych obserwatorów.
Pomyślał o dźwiękach rogu, które rozbrzmiały nieco wcześniej w mieście. Już miał zawrócić, sądząc, że ktoś z ich grupy mógł zostać porwany, ale uświadomił sobie, że sam i tak nikomu nie pomoże.
„Lan powiedział, że trolloków jest sto, a Pomorów czterech. Moraine kazała dotrzeć do rzeki.”
Ponownie zaczął obmyślać przejazd przez bramę. Głęboki namysł nie pomógł wiele, jednak wreszcie podjął decyzję. Wyjechał z głębokiego cienia w półmrok.
W tym momencie po drugiej stronie placu pojawił się koń. Perrin zatrzymał się i wymacał swój topór, bynajmniej nie przyniosło mu to uspokojenia. Jeżeli ten ciemny kształt to Pomor...
— Rand? — dobiegł go cichy, niepewny głos.
Odetchnął z ulgą.
— Egwene, to ja, Perrin — zawołał równie cicho w odpowiedzi.
We wszechogarniającym milczeniu i tak zabrzmiało to zbyt głośno.
Oboje podjechali do fontanny.
— Czy jest tu jeszcze ktoś z naszych? — zapytali jednocześnie i obydwoje odpowiedzieli sobie potrząśnięciem głowy.
— Nic im się nie stanie, prawda? — wyszeptała Egwene, klepiąc Belę po karku.
— Moiraine Sedai i Lan będą ich szukać — odparł Perrin. — Będą szukać nas wszystkich, gdy już dotrzemy do rzeki.
Miał nadzieję, że tak się stanie.
Poczuł wielką ulgę, gdy już wyjechali poza bramy. W lesie były wprawdzie trolloki i Pomory, ale o tym starał się nie myśleć. Nagie gałęzie nie przesłaniały im czerwonej gwiazdy, a poza tym nic już im nie groziło ze strony Mordetha, którego Perrin obawiał się bardziej niż trolloków.
Wkrótce dotrą do rzeki, spotkają się z Moiraine, a ona już zadba, by trolloki ich nie dopadły. Wierzył w to, ponieważ potrzebował wiary. Słychać było ocieranie się gałęzi na wietrze, szelest uschłych liści i igieł na drzewach. W mroku rozległ się okrzyk nocnego jastrzębia, oboje podjechali bliżej siebie, jakby chcieli się ogrzać. Czuli się bardzo samotni.
Nagle gdzieś w tyle rozległ się odgłos rogu trolloków, krótkie, płaczliwe akordy nakazywały ścigającym pośpiech. Po chwili na ich szlaku rozległo się nieludzkie wycie, popędzane dźwiękiem rogu. Wycie stało się jeszcze bardziej przenikliwe, gdy stwory wyczuły ludzki zapach.
Perrin poganiał konia i krzyczał:
— No dalej!
Egwene pędziła w ślad za nim, oboje kłuli wierzchowce piętami, nie zważając na biczujące ich gałęzie.
Kiedy tak pędzili wśród drzew, kierując się instynktem i mętnym światłem, Bela nagle została w tyle. Perrin obejrzał się: Egwene poganiała klacz i szarpała cugle, ale to nie wystarczało. Sądząc po odgłosach, trolloki były coraz bliżej. Zwolnił, aby nie zostawić jej w tyle.
— Pośpiesz się! — zawołał.
Już widział ogromne, ciemne kształty trolloków przedzierających się między drzewami, stwory wyły i warczały, aż krew stygła w żyłach. Ściskał rękojeść topora tak mocno, że bolały dłonie.
— Pośpiesz się, Egwene! Pośpiesz się!
Nagle jego koń zarżał i potknął się, a Perrin zleciał na ziemię. Rozłożył ręce, aby się czegoś schwycić, ale wpadł głową w lodowatą wodę. Okazało się, że dojechał do samego skraju urwistego brzegu Arinelle.
Szok wywołany zetknięciem z lodowatą rzeką odebrał mu oddech. Mimo woli napił się porządnie wody, zanim wypłynął na powierzchnię. Wydało mu się, że słyszy jeszcze jeden plusk i pomyślał, że pewnie Egwene wpadła do wody tuż za nim. Brnął przez wodę, dysząc i plując. Nie było łatwo utrzymać się na powierzchni, jego ubranie już całkiem przesiąkło. Szukał wzrokiem Egwene, ale dostrzegł tylko odbicia księżycowych promieni od czarnej powierzchni wody, marszczącej się na wietrze.
— Egwene? Egwene!
Tuż przed jego oczami błysnęła włócznia, woda zalała mu twarz. Po chwili zasypał go cały grad włóczni, a od brzegu dały się słyszeć gardłowe wrzaski wyraźnie spierających się o coś trolloków. Włócznie przestały lecieć w jego stronę, na razie jednak postanowił więcej się nie odzywać.
Prąd spychał go w dół rzeki, ale basowe wrzaski i warczenia, rozlegające się na brzegu, wciąż mu towarzyszyły. Gdy zdjął płaszcz i pozwolił mu odpłynąć wraz z prądem rzeki, uzyskał większą swobodę ruchów. Płynął wytrwale w stronę przeciwległego brzegu. Miał nadzieję, że tam nie będzie trolloków.
Płynął tak, jak po stawie w Wodnym Lesie, machając ramionami i kopiąc nogami, wysuwając głowę ponad wodę. Wcale nie było łatwo, ponieważ nawet sam kaftan i buty zdawały się ważyć tyle samo, ile ciało. Ciążył mu również topór, ciągle grożąc zachwianiem równowagi, o ile nie wręcz wciągnięciem pod wodę. Perrin zastanawiał się, czy jego też nie ofiarować rzece. To byłoby proste, o wiele łatwiejsze, niż pozbycie się, na przykład, butów. Ale za każdym razem, gdy o tym myślał, wyobrażał sobie, że gdy wypełznie na brzeg, napotka tam trolloki. Topór na niewiele zda się przeciwko kilkunastu trollokom — czy może nawet przeciwko jednemu — ale i tak jest lepszy od gołych dłoni.
Po jakimś czasie nie był już nawet pewien, czy da radę go unieść, nawet gdyby na brzegu były trolloki. Miał wrażenie, że jego ręce i nogi odlano z ołowiu, poruszał nimi z wielkim wysiłkiem i nie zawsze był w stanie unieść głowę ponad powierzchnię. Krztusił się wodą, która wdzierała się do nosa.
„Cały dzień w kuźni jest niczym w porównaniu z tym” pomyślał ostatkiem sił i w tym momencie jego stopa uderzyła w coś.
Dopiero gdy wierzgnął po raz drugi, zrozumiał, że dotyka dna. Dopłynął na płyciznę. Udało mu się dostać na drugi brzeg.
Wstał, wciągając głęboko powietrze. Na uginających się nogach, wzniecając bryzgi, przedzierał się gwałtownie przez wodę. Gdy dobrnął do brzegu, wyciągnął topór zza pasa. Zadygotał w podmuchach zimnego wiatru. Nie widział ani trolloków, ani Egwene. Na brzegu rosło tylko kilka drzew, rzekę oświetlała wstęga księżycowego światła.
Kiedy odzyskał oddech, zaczął wywoływać imiona towarzyszy. Odpowiedziały mu niewyraźne okrzyki z drugiej strony rzeki, nawet z daleka rozpoznał głosy trolloków. Żaden z przyjaciół nie odezwał się jednak.
Wiatr dął z całej siły, unosząc ze sobą głosy trolloków. Perrin dostał dreszczy. Nie było aż tak zimno, by miał zamarznąć w przemoczonym ubraniu, niemniej nie mógł pozbyć się wrażenia, że to mu właśnie grozi. Wiatr ciął do kości lodowatym ostrzem. Obejmował się ramionami, ale był to tylko gest, który bynajmniej nie powstrzymywał drżenia. Samotny wspiął się na brzeg, szukając osłony przed wiatrem.