Nynaeve siadła ciężko na ziemi, nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Pamiętała, ale przekornie pokręciła głową. To mógł być zbieg okoliczności. A zresztą Moiraine mogła zadać znacznie więcej pytań w Polu Emonda. Ta Aes Sedai zadała całe mnóstwo pytań. Tak na pewno było. Lan podał jej dłoń, ale nawet tego nie zauważyła.
— Pójdę jeszcze dalej — powiedziała Moiraine, gdy Nynaeve w dalszym ciągu milczała. — Pewnego razu wykorzystałaś Moc, aby uzdrowić Perrina albo Egwene. Więzy umacniają się. Wyczuwasz obecność kogoś, kogo uzdrowiłaś. W Baerlon przyszłaś prosto do „Jelenia i Lwa”, chociaż ta oberża wcale nie znajduje się w pobliżu którejkolwiek z bram, przez które mogłaś wejść do miasta. Kiedy dotarłaś do oberży, byli w niej tylko Perrin i Egwene. Perrin czy Egwene? Może obydwoje?
— Egwene — wymamrotała Nynaeve.
Zawsze uważała za normalne, że potrafi powiedzieć, kto do niej się zbliża, nawet jeśli go nie widziała, dopiero teraz zorientowała się, że za każdym razem dotyczyło to osób, które uzdrowiła w cudowny nieomal sposób. Zawsze wiedziała, kiedy dane lekarstwo na pewno okaże się skuteczne, zawsze czuła pewność, kiedy twierdziła, że plony nadzwyczaj się udadzą, albo że pora deszczów opóźni się lub nastąpi wcześniej. Uważała jednak, że tak być po prostu powinno. Nie wszystkie Wiedzące potrafiły słuchać wiatru, ale najlepszym to się udawało: Tak zawsze twierdziła pani Barran, mówiąc jednocześnie, że Nynaeve będzie jedną z tych najlepszych.
— Zachorowała na dungę.
Nynaeve nie podnosiła głowy i przemawiała z wzrokiem wbitym w ziemię.
— Byłam nadal uczennicą pani Barran, ona kazała mi zająć się Egwene. Byłam młodziutka i nie miałam pojęcia, nad czym potrafi zapanować Wiedząca. Okropnie było obserwować przebieg tej choroby. Dziecko było całe zlane potem, jęczało i miało drgawki, wydawało mi się, że popękają jej kości. Pani Barran powiedziała, że gorączka przejdzie za jeden lub dwa dni, ale ja uważałam, że stara się mnie oszczędzić. Myślałam, że Egwene umrze. Czasami pilnowałam jej, gdy jeszcze była raczkującym niemowlakiem, kiedy jej matka była zajęta, i zaczęłam płakać, bo miałam teraz patrzeć na jej śmierć. Gdy Pani Barran wróciła godzinę później, gorączka opadła. Była zdziwiona, ale więcej uwagi poświęciła mnie niż Egwene. Potem wydawało mi się, że jej zdaniem dałam coś dziecku i tylko boję się przyznać. Zawsze uważałam, że pani Barran usiłuje mnie pocieszyć, przekonać, że nie zrobiłam krzywdy Egwene. Tydzień później upadłam na podłogę w jej salonie, trzęsłam się i jednocześnie płonęłam z gorączki. Położyła mnie do łóżka, ale do kolacji wszystko minęło.
Skończywszy mówić, ukryła twarz w dłoniach.
„Aes Sedai wybrała dobry przykład — pomyślała. A niech ją Światłość spali! Używać Mocy jak Aes Sedai. Obrzydliwa Aes Sedai, Sprzymierzeniec Ciemności!”
— Miałaś dużo szczęścia — powiedziała Moiraine, a Nynaeve wyprostowała się.
Lan odsunął się, jakby to, o czym rozmawiały, nie interesowało go. Zajęty czymś u siodła Mandarba, nawet nie patrzył w ich stronę.
— Szczęścia!
— Udało ci się zapanować nad Mocą, mimo iż dotykałaś Prawdziwego Źródła nieświadomie. W innym przypadku Moc by cię zabiła. Tak wedle wszelkiego prawdopodobieństwa może się stać z Egwene, jeśli nie dopuścisz, by pojechała do Tar Valon.
— Skoro ja nauczyłam się ją kontrolować...
Nynaeve z trudem przełknęła ślinę. Zabrzmiało to jak przyznanie się, że potrafi robić to, o czym mówiła Aes Sedai.
— Skoro ja nauczyłam się ją kontrolować, to i jej się uda. Ona nie musi jechać do Tar Valon i mieszać się do waszych intryg.
Moiraine powoli pokręciła głową.
— Aes Sedai szukają dziewcząt, które spontanicznie potrafią dotykać Prawdziwego Źródła, tak samo jak szukamy mężczyzn, którzy to potrafią. Nie wynika to z pragnienia powiększania naszych szeregów, a przynajmniej nie tylko tym się kierujemy, ani też nie ze strachu, że te kobiety źle wykorzystają Moc. Zwykła kontrola nad Mocą, jaką mogą osiągnąć, jeśli Światłość im przyświeca, rzadko przyczynia się do powstania większych szkód, głównie dlatego, że prawdziwe dotykanie Źródła jest dla nich nieosiągalne bez nauczyciela i przydarza się zupełnie przypadkowo. I naturalnie nie ulegają temu szaleństwu, które powoduje, że mężczyźni czynią zło albo postępują bezrozumnie. Pragniemy ratować im życie. Życie tych, którym nigdy nie udaje się osiągnąć żadnej kontroli.
— Taka gorączka i dreszcze, jakie ja miałam, nie mogły mnie zabić — upierała się Nynaeve. — To trwało tylko trzy czy cztery godziny. Przydarzyły mi się również inne rzeczy i też trudno byłoby od tego umrzeć. A zresztą to wszystko ustało po kilku miesiącach. I co na to powiesz?
— To były tylko zwykłe reakcje — powiedziała cierpliwie Moiraine. — Za każdym razem taka reakcja zbliża do rzeczywistego dotknięcia Źródła, aż w końcu prawie że zbiegają się ze sobą. Potem występują już reakcje wyłącznie nie zauważalne, ale to jest tak, jak z tykaniem zegara. Rok. Dwa lata. Znam jedną kobietę, która przeżyła tak pięć lat. Na każde cztery kobiety, które mają takie wrodzone zdolności, jak ty i Egwene, trzy umierają, jeśli ich nie znajdziemy i nie wyszkolimy. Nie jest to taka straszna śmierć, jakiej ulegają mężczyźni, ale nie jest też piękna, o ile śmierć można nazwać piękną. Konwulsje. Krzyk. Trwa to wiele dni, a kiedy już się zacznie, nie mogą tego zahamować nawet wszystkie Aes Sedai z Tar Valon.
— Kłamiesz. Zadawałaś w Polu Emonda pytania. Dowie. działaś się o gorączce Egwene, o mojej gorączce i dreszczach, Całą resztę zmyśliłaś.
— Wiesz, że tak nie jest — powiedziała łagodnie Moiraine. Nynaeve skinęła głową z niechęcią, większą niźli odczuwała kiedykolwiek w życiu. Był to ostatni wysiłek zaprzeczenia temu, co było oczywiste i nie był zbyt przekonywujący, tak jakby w istocie wszystko nie było aż tak nieprzyjemne. Pierwsza uczennica pani Barran umarła właśnie w sposób opisany przez Aes Sedai, kiedy Nynaeve jeszcze się bawiła lalkami i to samo przydarzyło się młodej kobiecie w Deven Ride zaledwie kilka lat temu. Ona też była uczennicą Wiedzącej, też potrafiła słuchać wiatru.
— Moim zdaniem dysponujesz wielkim potencjałem ciągnęła Moiraine. — Po wyszkoleniu możesz się stać jeszcze potężniejsza od Egwene, a sądzę, że ona jest-jedną z najpotężniejszych Aes Sedai, jakie żyły w ciągu ostatnich stuleci.
Nynaeve odsunęła się od Aes Sedai, jakby to była żmija. — Nie! Nie mam nic wspólnego z...
„Z czym? Ja?”
Skuliła się, a jej głos przepełniło wahanie.
— Bardzo cię proszę, abyś nikomu o tym nie mówiła. Dobrze?
Słowa nieomal więzły jej w gardle. Wolałaby chyba zobaczyć teraz trolloki, niż prosić o cokolwiek tę kobietę. Jednak gdy Moiraine skinieniem głowy wyraziła zgodę, wróciła jej odrobina zwykłej hardości.
— Ale nadal nie rozumiem, czego chcecie od Randa, Mata i Perrina.
— Czarny chce ich dopaść — odparła Moiraine. — A jeśli Czarny czegoś chce, to ja się temu sprzeciwiam. Czy może być prostszy albo lepszy powód?
Dopiła swoją herbatę, obserwując Nynaeve znad brzegu filiżanki.
— Lan, musimy ruszać. Chyba na południe. Obawiam się, że Wiedząca nie zechce nam towarzyszyć.