— Nie myśl, że się nad tym nie zastanawiałem — odparł cicho. — Ale za każdym razem, kiedy myślimy, że już jesteśmy wolni, Pomory i trolloki nas znajdują. Nie wiem, czy jest gdziekolwiek takie miejsce, w którym moglibyśmy się ukryć. Nie podoba mi się to, ale potrzebujemy Moiraine.
— To już nic nie rozumiem, Perrin. Dokąd pójdziemy?
Zamrugał ze zdziwienia. Ona czekała na jego odpowiedź. Czekała aż on jej powie, co ma robić. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że się zgodzi, by nią pokierował. Egwene nigdy nie lubiła postępować zgodnie z cudzymi wskazówkami i nigdy nie pozwalała, aby ktoś jej coś nakazywał. Może tylko słuchała czasami Wiedzącej, ale nawet jej potrafiła się sprzeciwić, Otrzepał brud ze swojego ubrania i chrząknął.
— Tu jesteśmy teraz, a tu jest Biały Most. — Dwukrotnie zaznaczył punkt na ziemi. — A, zatem Caemlyn powinno być gdzieś tutaj. — Zrobił z boku trzeci znak.
Urwał, wpatrując się w trzy kropki na ziemi. Cały plan opierał się na tym, co zapamiętał ze starej mapy ojca Egwene. Pan al’Vere twierdził, że nie jest zbyt dokładna, a poza tym nigdy tyle nad nią nie ślęczał, co Rand i Mat. Ale Egwene nic nie powiedziała. Kiedy podniósł wzrok, nadal wpatrywała się w niego z rękoma splecionymi na kolanach.
— Caemlyn?
Wydawała się zaskoczona.
— Caemlyn.
Wykreślił linię łączącą dwie kropki.
— Dotrzemy tam prostą drogą i na dodatek oddalimy się od rzeki. Nikt nie będzie się tego spodziewał. Zaczekamy na nich w Caemlyn.
Otrzepał ręce z ziemi i czekał. Uważał, że to dobry plan, ale spodziewał się teraz jej sprzeciwu. Spodziewał się, że Egwene go zaatakuje — zawsze znęcała się nad nim z jakiegoś powodu — ale to traktował normalnie.
Ku jego zdziwieniu skinęła głową.
— Tam muszą być jakieś wsie. Będziemy mogli pytać o drogę.
— Martwi mnie jedno — powiedział Perrin — co zrobimy, jeśli Aes Sedai nas tam nie znajdzie. Światłości, kto kiedykolwiek by pomyślał, że będę się czymś takim przejmował? Co zrobimy, jeśli ona nie dotrze do Caemlyn? Może myśli, że nie żyjemy? Może zabierze Randa i Mata prosto do Tar Valon?
— Moiraine Sedai powiedziała, że potrafi zawsze dowiedzieć się, gdzie jesteśmy — zaprzeczyła mu stanowczo Egwene. Jeśli nie znajdzie nas tutaj, to będzie szukała w Caemlyn.
Perrin przytaknął powoli.
— Może masz rację, ale jeśli ona nie pojawi się w Caemlyn w ciągu kilku dni, to pojedziemy aż do Tar Valon i przedstawimy całą sprawę przed Tronem Amyrlin.
Zrobił głęboki wdech.
„Dwa tygodnie temu nawet nie widziałeś żadnej Aes Sedai, a teraz gadasz o Tronie Amyrlin. Światłości!”
— Lan twierdził, że do Caemlyn wiedzie dobra droga.
Spojrzał na zawiniątko z jedzeniem, leżące obok Egwene i chrząknął z zakłopotaniem.
— Czy mógłbym dostać jeszcze trochę chleba i sera?
— To, co mamy, będzie musiało starczyć na długo oświadczyła. — Chyba że ty potrafisz lepiej zastawiać sidła niż ja. Przynajmniej poradziłam sobie z rozpaleniem ognia.
Roześmiała się serdecznie, jakby powiedziała dowcip i schowała pakunek do sakwy.
Najwyraźniej istniały jakieś granice podporządkowania się, jakie była skłonna zaakceptować. Perrinowi zaburczało w brzuchu.
— W takim razie — powiedział wstając — możemy zaraz ruszać.
— Ale ty jesteś jeszcze mokry — zaprotestowała.
— Wyschnę po drodze — powiedział stanowczo i zaczął zasypywać ognisko ziemią. Jeśli miał być przywódcą, to czas zacząć przewodzić.
Zrywał się wiatr od rzeki.
23
Wilczy brat
Perrin wiedział od samego początku, że wyprawa do Caemlyn będzie co najmniej trudna, już choćby z powodu uporu Egwene, która chciała, aby na zmianę jechali na koniu. Nie wiedzą, jak to daleko, twierdziła, ale na pewno za daleko, aby ona tylko miała jechać konno. Przy tych słowach jej szczęki obrysowały twardy kontur, wbite w niego, szeroko otwarte oczy nawet nie mrugnęły.
— Jestem za ciężki, aby dosiadać Beli — powiedział. Przywykłem do maszerowania piechotą i wolę to od jazdy konnej.
— A ja to niby nie przywykłam do chodzenia piechotą? — spytała ostro Egwene.
— To nie dlatego, że...
— Niby tylko ja mam się poobcierać od siodła, czy tak? A kiedy już przejdziesz tyle, że będą ci odpadać nogi, sądzisz, że ja się tobą zajmę.
— Niech już tak będzie — wykrztusił, gdyż najwyraźniej gotowa była kłócić się bez końca. — Ale ty pojedziesz jako pierwsza.
Jej twarz przybrała jeszcze bardziej uparty wyraz, postanowił jednak nie dopuścić, by jeszcze coś powiedziała.
— Jeśli sama nie wsiądziesz na siodło, to ja cię na nie wsadzę.
Spojrzała na niego zaskoczona, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.
— W takim razie...
Brzmiało to tak, jakby zaraz miała się roześmiać w głos, ale posłusznie dosiadła klaczy.
Pomrukiwał coś do siebie, gdy opuszczali brzeg rzeki. Przywódcy w opowieściach nigdy nie musieli się borykać z takimi rzeczami.
Egwene stale upierała się, że ma się z nią zamienić i choć próbował tego uniknąć, zmuszała go, by dosiadł konia. Od pracy w kuźni nie jest się szczupłym, a Bela nie była duża w porównaniu z innymi rumakami. Za każdym razem, gdy wkładał stopę w strzemię, kosmata klacz patrzyła na niego wzrokiem pełnym odrazy. Były to może drobiazgi, ale irytowały. Po iluś takich razach wzdrygał się, gdy Egwene obwieszczała:
— Twoja kolej, Perrin.
W opowieściach przywódcy raczej rzadko się wzdragali i nigdy ich nie zastraszano. Perrin pomyślał, że nie mieli jednak nigdy do czynienia z Egwene.
Została im tylko odrobina chleba i sera, zjedli to wszystko pod koniec pierwszego dnia. Perrin ustawił sidła tam, gdzie mogły biegać króliki, a Egwene zajęła się rozpaleniem ognia. Kiedy skończył swoje zadanie, postanowił wypróbować pętlę, zanim zajdzie słońce. Nie widzieli ani śladu żadnych żywych istot, ale... Ku swemu zdziwieniu prawie natychmiast natrafił na kościstego królika. Był tak zdziwiony, gdy zwierzę wyprysnęło spod krzaka prosto pod jego nogi, że prawie pozwolił mu uciec, dopadł go jednak po czterdziestu krokach, gdy usiłowało wbiec między drzewa.
Kiedy wrócił do obozowiska z królikiem, Egwene połamała już szczapy na ognisko, ale teraz z zamkniętymi oczami siedziała obok stosu.
— Co ty robisz? Samym życzeniem nie rozpalisz ognia. Egwene zerwała się na dźwięk jego słów i odwróciła. Spojrzała na niego, trzymając dłoń przyciśniętą do gardła.
— Przestraszyłeś mnie.
— Miałem szczęście — oznajmił, unosząc królika w górę. Weź hubkę i krzesiwo. Przynajmniej dzisiaj sobie dobrze podjemy.
— Nie mam hubki — powiedziała powoli. — Miałam ją w kieszeni i zgubiłam w rzece.
— No to jak...?
— Tam nad rzeką to było łatwe, Perrin. Tak, jak mi to pokazała Moiraine Sedai. Wyciągnęłam po prostu rękę i... Zrobiła gest, jakby coś chwytała, a potem opuściła dłoń z westchnieniem.
— Już nie potrafię tego znaleźć.
Perrin oblizał niespokojnie wargi.
— ...Mocy?
Przytaknęła, a on zagapił się na nią.
— Czyś ty zwariowała? Ty używasz... Jedynej Mocy? Nie możesz się czymś takim zabawiać.
— To było takie łatwe, Perrin. Potrafię to robić. Potrafię przenosić Moc.
Wziął głęboki wdech.
— Zrobię to przy pomocy dwu kawałków drewna, Egwene. Obiecaj, że więcej nie będziesz używała... tej rzeczy.