Выбрать главу

…oto stuletni Abraham płodzi syna. Cała klasa, na słowo „płodzi”, chichocze i szturcha się łokciami, ale Złotko jest bardzo przejęta. Sara rodzi Izaaka, a klasa znowu powraca do swoich zwykłych zajęć: pisania liścików, czytania Harry’ego i liczenia posiadanych pokemonów. W klasie jest cicho, przyjemnie, normalnie i wtedy nagle czarodziej żąda całopalnej ofiary. Abraham ma wywieść małego synka w góry, zabić, rozpalić ogień i złożyć go w ofierze.

Złotko wstrzymuje oddech. To niemożliwe… niemożliwe… Przecież TEN czarodziej nie jest Voldemortem, nie może żądać czegoś takiego! Katecheta musiał się pomylić! „Ojcze”, mówi mały Izaak, „masz ogień i drwa, ale gdzież baranek na ofiarę całopalną?” Ojciec kłamie, by uspokoić synka. „Nieprawda, ojcowie nie kłamią, najwyżej milczą i o jakim baranku oni mówią?”, myśli przerażona Złotko. Abraham z synkiem doszli tymczasem wysoko, na górę, ojciec ułożył z kamieni ołtarz ofiarny, a na nim drwa, związał małego Izaaka i położył.

– I co Izaak? – pyta bez tchu Złotko. – Płakał? Krzyczał ratunku?

Katecheta patrzy na nią ze zniecierpliwieniem.

– Biblia o tym nie mówi. Ważne jest to, że Abraham okazał bojaźń bożą i gotów był spełnić każde polecenie, nawet tak surowe jak to. I w nagrodę Pan zesłał anioła, który wstrzymał rękę z nożem, a w pobliskie krzaki zaplątał się baranek…

„Baranek”, myśli Złotko bez tchu i czeka, co dalej.

– …i Pan zezwolił Abrahamowi złożyć baranka w całopalnej ofierze – kończy triumfalnie katecheta.

Dziewczęta nadal czytają Harry Pottera, chłopcy liczą pokemony, a Złotko krzyczy:

– Baranka? Takie małe, białe, miękkie zwierzątko? Spalić? Dlaczego? To już lepiej, gdyby spalił Izaaka! Izaak był chłopcem, na pewno popełniał różne grzechy, a baranek był niewinny! Niewinny! Przecież On nie może tego zrobić! Nie może być gorszy od Voldemorta! Niech daruje życie barankowi! a najlepiej im obu!

Tak, obu!

Na dźwięk słowa „Voldemort” prawie wszyscy uczniowie podnoszą głowy z zaciekawieniem.

Katecheta stoi na środku klasy, a policzki powoli mu purpurowieją:

– Więc po to uczę was pół roku, żebyście takie bzdury wygadywali? – pyta cicho, lecz gniewnie. – Jutro niech przyjdą twoi rodzice, ojciec lub matka, wszystko jedno.

Matka drze się na cały dom. Krzyczy tak głośno, że ze swoich pokojów wychodzą ojciec i Ewa – jedno szybko, drugie wolno – i słuchają, co się dzieje.

– Nie po to cię uczymy, żebyś wygadywała bzdury na lekcji religii! Masz słuchać, co mówią inni i mówić to sarno! Masz zachowywać się jak wszyscy i myśleć jak wszyscy, to nie narazisz mnie na taki wstyd!

– Co zrobiła Złotko? – pyta cicho Jan.

– Powiedziała księdzu, że lepiej, gdyby Abraham zabił Izaaka niż baranka!

Wszyscy patrzą na Złotko. Ewa z ciekawością, a Jan z namysłem, który aż marszczy mu twarz.

– Nieprawda – protestuje Złotko. – Powiedziałam, że najlepiej, gdyby obu ocalił, ale jeżeli musi…

Wszyscy wciąż na nią patrzą i dziewczynka niepewnie mówi dalej:

– Baranek był niewinny, a przecież nie wiadomo, co wyrośnie z Izaaka. Jeszcze się o tym nie uczyłam, więc nie wiem.

Ewa parska śmiechem, w którym brzmi coś jakby zazdrość. „Ja w szkole byłam taka jak wszyscy… taka jak wszyscy”, myśli przelotnie, choć z żalem. „A Złotko lada miesiąc, lada rok też będzie taka jak wszyscy. Jak to powstrzymać?”

– Złotko… – mówi łagodnie Jan, gładzi córkę po głowie, a potem odwraca się i powoli wspina po schodach.

– Jasne, jak zwykle gówno go to obchodzi. A ty żebyś mi nigdy więcej nie wyskoczyła z czymś takim! Rozumiesz? – powtarza gniewnie Teresa.

– Rozumiem – mówi speszona Złotko.

– Paskudna pogoda.

– Paskudna.

– Wszystkie dni takie podobne do siebie.

– Podobne. Ale bądźcie cicho. Zaczyna się audiotele…

– Mamo, Ewa, dlaczego balony fruwają?

– Daj spokój, Złotko. Kogo to obchodzi.

– Mam zadanie.

– Jezu, kto wymyśla takie zadania! Komu to potrzebne do życia?

– Balony fruwają, bo bardzo chcą zobaczyć, co jest tam, w niebie, wysoko, wysoko…

– Ewa, nie wygłupiaj się. Ona naprawdę ma takie zadanie. Zrobiłaś trzy klasy liceum, to powinnaś wiedzieć, dlaczego balony latają. Patrz. Komputer losujący…

– Balony latają, bo chcą.

– No to oderżnę zadanie od kogoś.

– Balony latają, bo ludzie chcą oderwać się od ziemi. Chociaż na kilka minut.

– Ewa, zamknij się. Po cholerę człowiek wydawał pieniądze na twoje książki, jak nic nie wiesz o balonach. Szlag by to trafił… Patrz, komputer już wylosował nazwiska… Czemu ten facet wciąż się tak głupio uśmiecha?

– Tatuś powinien wiedzieć, dlaczego latają. On wszystko wie.

– To idź do tatusia. Zaraz będzie czytać, które nazwiska wylosował. Pogłośnij… Może akurat… Pogłośnij, mówię ci, do cholery, pogłośnij albo daj tu tego pilota! Niechże on już czyta i przestanie pokazywać zęby. Boże, żeby człowiek raz w życiu miał szczęście, choć raz w życiu… Cicho!

Balony przestają fruwać i w pokoju zapada cisza. Słychać tylko szelest kartki trzymanej przez prezentera. Prezenter cały czas się uśmiecha, jakby mu było bardzo wesoło. Powoli podnosi kartkę do oczu. Czyta.

– Jezu… Panie Boże… Matko Boska! Wszyscy święci! On powiedział nasze nazwisko! Nasze! Więc teraz wykręca nasz numer! Złotko, leć po ojca!

Telefon dzwoni krótko i ostro. Jego dźwięk zagłusza tupot nóg Złotka. Trzask drzwi. Krzyk.

– Tato! Tatusiu! Wyczytali cię!

Teresa głośno przełyka ślinę. Obie z Ewą wpatrują się w dzwoniący telefon.

– Podnieś! – syczy Teresa.

– Ty podnieś – szepcze Ewa.

– Musi ktoś podnieść, bo zanim on zejdzie, to się rozłączą i wykręcą kogoś innego!

– To idź szybko i bierz słuchawkę – szepcze Ewa. Teresa zrywa się z kanapy i biegnie do telefonu. Podnosi go gwałtownie, przerywając kolejny sygnał.

– Nie mogę. Dusi mnie w gardle – mówi, ale przyciska słuchawkę do ucha i łamiącym się głosem woła z emfazą: – Halooou? Halo? Czy to telewizor?!

Ewa wzmacnia dźwięk, przekręcając gwałtownie gałkę.

– Oooo, jest!!!! Ktoś podniósł słuchawkę! Ale słyszę głos kobiecy, a telefonujemy do mężczyzny!!!!! – ryczy nagle prezenter na cały dom, z dudniącym pogłosem i Ewa aż odskakuje od telewizora.

– Tu jest mężczyzna, jest… – dyszy Teresa. Na jej twarzy i dekolcie pojawiają się czerwone plamy.

– Już idzie! Idzie! Tatuś już idzie! – woła Złotko.

– PROSZĘ ŚCISZYĆ TELEWIZOR, BO NIC NIE ROZUMIEM!!! PROSZĘ ŚCISZYĆ TELEWIZOR! – głos prezentera niesie się po pokoju, holu, całym domu, niemal wyskakuje na ulicę, a na pewno jest już w ich zaniedbanym ogródku, który ma tylko trzy metry.

– Ściszam, już ściszam! – wrzeszczy Teresa i daje rozpaczliwe znaki córkom.

Prezenter na ekranie wydaje się Ewie teraz tak wielki jak olbrzym z bajki. Ma ogromne, białe zęby i błyszczące włosy, „…babciu, a dlaczego masz takie duże zęby?”, szepcze odruchowo Ewa i myśli z nagłym lękiem: „Zaraz wejdzie nam do pokoju i już go nie wyrzucimy. Jak w horrorze”.

– Ścisz ten telewizor! – drze się Teresa i roztrzęsiona, gorliwie powtarza do słuchawki: – On idzie! Mąż już idzie! Już jest na schodach!