– To Mariola – szepnęła Patrycja. – Była wieczorem na balandze. Rano musi iść na zmianę. Chodź na podwórko, zapalimy, pogadamy.
Podwórko było ciemne; z uchylonych okien jednego z mieszkań dobiegała pijacka awantura.
– Nie bój się, u nich tak zawsze. To melina – powiedziała spokojnie Patrycja.
– Nie możesz znaleźć czegoś lepszego? – spytała Ewa.
– Mówisz o mieszkaniu? Człowieku, to, co tu mamy? to skarb. We trzy płacimy tylko cztery stówy, jest gaz, stara pralka i da się żyć. Można zaoszczędzić na ciuchy w szmateksie, na browar i na disco. Kto by się martwił, jak tu wygląda. Przecież ja tu nie siedzę, tylko kładę łeb na poduszkę, potem wstaję i już mnie nie ma.
– W domu miałaś własny pokój – powiedziała niepewnie Ewa.
– Ale pierdzielisz. Przecież tu jest Warszawa. Mieszkam w stolicy, a nie w takiej dziurze jak nasza. Każdy z naszej dziury dałby wszystko, żeby się ze mną zamienić. Nie wierzysz? Spytaj Maryśki. Tu przynajmniej znajdę faceta i wyjdę za mąż. Tutaj jest sto dyskotek i to jest odlot, mówię ci. A jakie chłopaki przychodzą…! a tam? Tam nawet facetów nie ma – oznajmiła Patrycja i znowu spojrzała na brzuch Ewy. – No, kto cię tak urządził?
– Nie znasz go – powiedziała niepewnie Ewa.
– I co? Ożeni się?
– Chce się żenić – odparła pewniejszym tonem.
– Jezu, to nad czym się zastanawiasz?
– Nie wiem – odparła Ewa. – a ty co?
Patrycja uśmiechnęła się tajemniczo:
– Słuchaj… Ale nikomu nie mów, dobra? Zgłosiłam się do Big Brothera. Wprawdzie zapisało się już trzydzieści pięć tysięcy ludzi, ale nigdy nie wiadomo, może to ja będę mieć szczęście i zaproszą mnie na przesłuchania? Posłałam ładne zdjęcie, wiesz, miniowa, głęboki dekolt, a drugie w majtkach i staniku, bo oni w tym domu chodzą półgoło i trzeba mieć co pokazać. A ja mam. Jak mnie nie wezmą, to może trafię do n Amazonek”, do „Baru” albo do „Blondynek”. I jeszcze jestem zapisana na statystkę w jednej agencji. Już robiłam za tłum w filmie.
– Zobaczę cię w kinie? – ucieszyła się Ewa.
– Za dużo nas było, żeby dało się mnie zauważyć w tłumie, ale kasę dali. Ty, Ewka, nawet nie wiesz, jakie tu są możliwości. Ani się obejrzysz, a nagle wypływasz na szerokie wody, jak ci z Big Brothera. Wczoraj byłaś nikim, jutro jesteś kimś. Tu warto spać nawet pod mostem, byle być blisko prawdziwego życia. No chodź, chodź, bo nas szczury zjedzą. W nocy wychodzą żerować.
Tapczan śmierdział stęchlizną, a pościel była lepka od brudu. Patrycja zamknęła okno, by wyciszyć hałasy dobiegające z meliny, więc w pokoju cuchnęło potem i brudną bielizną.
Ewa przewracała się z boku na bok, obejmując brzuch rękoma. „Dobrze, że jesteś wewnątrz mnie, a nie tu, gdzie ja”, mówiła w myślach do Ono.
O szóstej trzydzieści przyszła Mariola i z okrzykiem „Ja pierdzielę” zwaliła się na tapczan. „Manuela z Big Brothera krzyczy ciągle «ja pierdzielę» i teraz mówią to wszyscy. Bo wszyscy chcą być jak Manuela. I ty możesz zostać Manuela. Zawsze Manuela, zawsze coca-cola”, myśli Ewa, ochlapując się pospiesznie w wyszczerbionej miednicy.
– Nienawidzę hipermarketu – wymamrotała Patrycja, otwierając oczy, ale gdy pół godziny później jechały tramwajem, już mówiła z ożywieniem:
– Wiesz, ilu facetów poznaję w pracy? Czasem się któryś umówi, weźmie na dyskotekę albo do kina, postawi piwo czy pizzę. To śmieszne, ale chyba te wrotki działają na facetów bardzo erotycznie.
Patrycja wysiadła i Ewa patrzyła zza szyby tramwaju, jak biegnie w stronę gigantycznego hangaru, oferującego wszystko, co jest potrzebne człowiekowi do ucieczki przed światem.
– …a on i tak was dopadnie – mruczy Ewa, obejmując brzuch.
Zajęcia na uczelni najwidoczniej zaczynały się wcześnie, bo zaspani studenci już zmierzali do budynków rozsianych za pożółkłym murem, między z rzadka rosnącymi drzewami. Ewa usiadła na ławce i czekała. Rozpoznała go z daleka – miał charakterystyczną, zgrabną sylwetkę, a podkoszulek i dżinsy nosił z niedbałym wdziękiem Mickeya Rourke’a. Postanowiła się nie spieszyć i dać mu czas, aż załatwi w tym budynku swoje sprawy i ponownie z niego wyjdzie. Usiadła na ławce. Zasłoniła brzuch plecakiem i sennie wpatrywała się w szeroką bramę, by go nie przegapić.
– Wiesz, Ono, tu jest całkiem fajnie.
Przypomniała sobie dziewczyny ze swojej klasy, które wybierały się na studia do Warszawy, Krakowa, na Śląsk. Nie mówiły, co chcą studiować ani kim chcą zostać, jakby to było najmniej ważne.
– Jak się człowiek tam zaczepi, to pewnie jakoś się urządzi. Wszystko, byle już tu nie wrócić – mawiały z nadzieją.
„Ono, dlaczego nie lubimy swoich miast? Swoich domów? Swoich ulic? Widoku z okna? Dlaczego pies umie polubić swoją budę i nie chce zamienić jej na inną? Czy jest wierny i kocha raz na całe życie? a my, czy potrafimy kochać, czy tylko udajemy?”
Przymknęła oczy i nieomal się zdrzemnęła, ale uniwersytet wciąż przemawiał do niej jasnymi, wesołymi głosami i choć budynki wydawały się stare, on sam był młody i emanował energią. Uniwersytet mówił pospiesznym rytmem kroków lub szelestem kartek w skryptach, nawoływaniami studentów, urywkami ich rozmów: „Łoł… łał… odlot… kuul… czadowo… zajaram… luknij… poprawka… debeściak… superowo”. Na to nakładały się spokojne słowa starszych: „Dzień dobry, panie kolego… Co u pani koleżanki… Pani profesor już zaliczała?… Czekamy na te granty… Semestr za nami… Dotacje z budżetu znowu obcięte…”
Ewa zorientowała się, że oba te światy współżyją w zgodnej, feudalnej koegzystencji, nie przeszkadzając sobie nawzajem, to łącząc się, to rozdzielając i żywiąc się sobą; starsi wchłaniali młodość, młodzi nagle przejmowali ten namaszczony styl, kłaniając się i tytułując rozmówców, a wszyscy razem wytwarzali jakiś wspólny język, którym przemawiał uniwersytet.
„Ono, jestem na to za głupia – powiedziała Ewa. – Nie umiałabym być ani tu, ani tam, wciąż nie znalazłam swojego miejsca. Mam nadzieję, że ty mi w tym pomożesz? Nie wiem, jak, ale musisz coś wymyślić. Wymyślisz, na pewno”.
Wychodził. Szedł z grupą kolegów i koleżanek, więc wstała z ławki i powoli ruszyła za nimi.
– Ono, obudź się i uważaj – rozkazała głośno, aż jakiś chłopak obejrzał się za nią, ale bez szczególnego zdziwienia, może sądził, że powtarza zdania wyuczone do egzaminu.
Szła za nimi w równej, parometrowej odległości i z jego spojrzeń, rzucanych do tyłu, zorientowała się, że zauważył ją. „Telefonowali do niego, jeden z nich albo obaj”, pomyślała. „Nie pamięta mnie, jak tamci, ale rozpoznaje po brzuchu”.
I miała rację. Nagle się odwrócił, podszedł do niej i powiedział cicho:
– Jak ty wyglądasz, kurde… Skręcę w prawo, a ty idź za mną, ale nie obok, tylko z tyłu. I udawaj, że się nie znamy.
Szła za nim, patrząc, jak z wdziękiem wymachuje torbą z książkami; widziała spojrzenia przechodzących dziewcząt, które nie omijały jego sylwetki. Przypomniała sobie ruch ręki, jakim poprawiał fryzurę; zarejestrowała kpiący uśmiech, z opuszczonymi kącikami ust. „On naprawdę jest jak z Dziewięć i pól tygodnia”, pomyślała. „Ale ja nie jestem Kim Basinger”.
Nawet nie zauważyła, kiedy przeszli kilka ulic i znaleźli się na niewielkim skwerze z ławeczkami.
– Siadaj – powiedział, gdy się z nim zrównała. – Siadaj i słuchaj…
Przykucnęła obok ławki i podniosła coś z ziemi.
– Co robisz? – spytał niecierpliwie.
Rozwarła dłoń.
– Kasztan. Zeszłoroczny. Zgniły kasztan. Nie zbieracie tu kasztanów? Dlaczego?
– Odbiło ci? Kto tu ma czas zbierać kasztany?
I o czym ty gadasz?
Na jego twarzy malowała się irytacja. Pytanie o kasztany zbiło go z tropu.
– Kasztany są piękne. Nigdy się im nie przyjrzałeś? Nie powinny gnić. Lepiej, żeby wyschły w domu, gdzieś na parapecie albo w tapczanie. Gdy są w tapczanie, ma się dobre sny. One spadają w jesieni, dla nas i trzeba je zbierać – wyjaśniła z powagą.
Milczał chwilę, nie wiedząc, jak zareagować, choć przygotował sobie każde słowo. Wreszcie westchnął i powiedział bezradnie: