Ewa bez słowa wychodzi na górę, a za każdym następnym stopniem goni ją głos matki:
– Jak ty nie zadzwonisz, to ja zadzwonię! Albo wezmę cię za kark i zawiozę do niego! Nie pozwolę, żebyś zmarnowała taką okazję! Zresztą, jak cię zaciążył, to musi się żenić albo płacić!
Ewa ma ochotę powiedzieć: „To nie on, mamo”, ale nic nie mówi. Matka zaczęłaby zadawać pytania i trzeba by wszystko wyznać. Wszystko. A Ewa już nie chce kłamać. Straciła tę wspaniałą, dobrą i potrzebną umiejętność. Wie, że Ono słucha jej każdego słowa, uważnie, czujnie – i doskonale odróżnia kłamstwo od prawdy.
„A kłamanie jest takie przyjemne. Teraz mogę najwyżej milczeć”, myśli z żalem. Kłamanie jest takie przyjemne: mała Ewa tylko raz w życiu miała wizytową, aksamitną sukienkę – taką, o jakiej marzą wszystkie dziewczynki, przekonane, że przeistoczy je w królewny. Dostała ją od babci Ireny na piąte urodziny. Sukienka była czarna, marszczona od pasa, z połyskliwymi guziczkami na karczku i z białym, koronkowym kołnierzem. Piękna. Jak z obrazka. I nie wolno jej było włożyć. Nigdy. Nie spodobała się babci Marii.
– Jak można dziecku kupować czarną sukienkę! Czarne to nieszczęście, to pogrzeb w rodzinie! Czarne nosi się tylko w żałobie, gdy ktoś naprawdę umrze – wydziwiała babcia Maria, zadowolona, że ma powód do upokorzenia babci Ireny.
Sukienka powędrowała do szafy. Ewa mogła ją podziwiać na wieszaku i dotykać, zachwycając się tym, jaka jest przyjemna, miękka, cudownie lśniąca.
– Babciu, umarła sąsiadka z naprzeciwka, ta gruba, co choruje na nogi – skłamała pewnego dnia. – Mogę ubrać się w sukienkę na żałobę?
Oczy babci błysnęły, zamigotały w nich ciekawość i strach.
– Umarła… Ja niedługo też umrę – powiedziała z mieszaniną żalu, strachu i dumy.
– Ale czy mogę ubrać się w sukienkę? – pytała cierpliwie mała Ewa.
Nie musiała określać, o jaką sukienkę chodzi. Sukienka była tylko jedna, właśnie ta, reszta to były zwykłe ubrania.
– Co za głupie dziecko – zaburczała babcia Maria. – To obca osoba, nie przywdziewa się żałoby po obcych.
– Przecież ją lubiłaś! Rozmawiałaś z nią! – zaprotestowała mała Ewa.
– Co z tego? Obcy to obcy – zaburczała znowu babcia.
„Więc ubiorę się w sukienkę dopiero wtedy, gdy umrze babcia Maria”, uświadomiła sobie Ewa.
– Skłamałaś! – wrzasnęła nagle babcia i trzepnęła Ewę w twarz. Jeden z policzków dziewczynki zarumienił się od uderzenia, a drugi ze złości, że kłamstwo tak szybko się wydało. – Skłamałaś! – powtórzyła triumfalnie starsza pani. – Kłamczuchy idą do piekła i smażą się tam przez resztę życia!
Obie zobaczyły przez okno grubą, kulejącą sąsiadkę, jak powoli schodzi po schodach, ostrożnie balansując nadmiarem ciała.
Babcia podniosła rękę, by uderzyć Ewę w drugi policzek. Zawsze robiła to symetrycznie, z obu stron. I boleśnie. Mała Ewa uchyliła się i krzyknęła:
– To mama! Mama mówiła, że ona umarła! Ręka babci zatrzymała się, potem cofnęła.
– O, tak, ta plotkara wszystko mogła powiedzieć – westchnęła.
„Ubiorę się w sukienkę, gdy wreszcie umrzesz”, pomyślała mściwie mała Ewa.
Od tego dnia kłamstwo było dla niej aksamitne, miękkie i cudownie lśniące. Kłamstwo było jak ta sukienka, więc mała Ewa polubiła je i instynktownie zaczęła odróżniać kłamstwo głupie, prymitywne, od wyrafinowanego, pełnego fantazji. Posługiwała się nim coraz sprawniej i z coraz większą przyjemnością. Kłamstwo upiększało kłopoty powszednich dni.
– Babcia zasłabła, leżała na podłodze, a nogi i ręce podskakiwały jej w górę i w dół, o tak… – pokazywała w szkole pani od matematyki.
– Boże święty, pewnie ma padaczkę! To się nazywa „wielka choroba”. Słyszeliście o niej? Mieli ją królowie i arystokraci – mówiła pani i wszyscy zapominali o nie odrobionym zadaniu Ewy.
Jej kłamstwa stawały się coraz wymyślniejsze, obudowane opowieściami, wspierane gestem, mimiką, łzami w oczach, które efektownie spływały po twarzy. Kłamiąc, wzruszała się, czuła się lepsza i przez pewien czas wierzyła w to, co mówi.
– Babciu! Babciu…! Na jutro muszę mieć dwadzieścia złotych! Zbieramy na panią od fizyki. Wyszła wieczorem i napadli na „nią. Wyrwali torebkę, a miała tam wszystkie pieniądze. Uderzyli ją w głowę i zapomniała, jak się nazywa. Błąkała się po ulicach, ale w końcu trafiła do domu. Otworzyła gaz, bo chciała zrobić sobie herbaty i z tego wszystkiego zapomniała go zapalić. Gaz się gromadził i gromadził, a jak zapaliła zapałkę, wszystko wybuchło. Ona teraz nie ma pieniędzy, nie ma domu, nie ma ubrań, nie ma nawet ukochanego kota, bo ten kot spalił się w mieszkaniu. Nie ma nic, mieszka w szkole, sypia w pokoju nauczycielskim!
– Jezusie Maryjo… – mówiła babcia i nie czekając na Teresę, wyjmowała dwadzieścia złotych, mimo że było to dużo, bardzo dużo, za dwadzieścia złotych można było zrobić dwa obiady. Mała Ewa szła do cukierni i opychała się ciastkami z kremem, wysokimi, różowymi, z jasnym lukrem, a kłamstwo znowu było miękkie, gładkie, aksamitne, w dodatku miało wspaniały słodki smak.
Gdy babcia Maria umarła, okazało się, że Ewa wyrosła z czarnej sukienki i nie mogła jej włożyć ani na pogrzeb, ani do szkoły. Stojąc cierpliwie w kościele, a potem na cmentarzu, myślała tylko o tym i płakała. Nie mogła wybaczyć zmarłej tej zmarnowanej, najpiękniejszej sukienki swojego życia.
„Umarłaś za późno, babciu”, powtarzała sobie w czasie pogrzebu, tkwiąc między żałobnikami w granatowej, szkolnej spódnicy i pospiesznie przefarbowanym swetrze.
Sukienka została sprzedana, ale kłamstwa na zawsze pozostały aksamitne, czarne i miękkie.
Ostatnie kłamstwo dotyczyło matury. Gdyby się uparła, mogła ją zdać, ale już wtedy myślała tylko o tym, jak wyrwać się ze szkoły. W połowie roku szkolnego, gdy upewniła się, że Gruby ją przyjmie (Gruby szukał ładnych dziewczyn, wierzył, że handel wtedy „idzie lepiej”), zagadała matkę opowieścią o dobrym biznesmenie, który chce jej dać pracę, a jak będzie solidnie pracować, dostanie co kwartał premię; jeśli podwyższy wyniki sprzedaży, będzie mieć procent od zysków i dwa razy w roku podwyżkę. „On na razie ma jeden sklep, ale niedługo będzie mieć drugi, a potem całą sieć, jak «Biedronka», zobaczysz. I obiecał, że zostanę kierowniczką wszystkich ekspedientek. Jak się nie pospieszę, da posadę innej dziewczynie, a ja na pewno obleję maturę, jestem fatalna z matmy, z fizyki, z chemii, obleję maturę i zostanę na lodzie i ucieknie mi taka okazja… Przecież i tak nie pójdę na studia! Po co komu dzisiaj studia?” Teresa kiwała głową: „Po co komu dzisiaj studia? Ojciec je ma i co? i gówno”.
Teresa też kochała piękne kłamstwa, zwłaszcza te, w których brały udział pieniądze. Potrafiła godzinami opowiadać córkom, co zrobi z wygraną w totolotka, a więc kupowała wille lub rezydencje z basenami i meblowała je według projektów z kolorowych pism, zmieniała samochody, wyszukiwała egzotycznie brzmiące nazwy wysp, na które pojadą, aby odpocząć po znoju urządzania rezydencji. Złotko to kochała, wsłuchiwała się w słowa matki z wypiekami na twarzy, pilnowała co tydzień, aby matka w porę wypełniła kupony, podpowiadała szczęśliwe liczby i zasypiała, marząc o wygranej. Ale to było kłamstwo, którego Ewa nienawidziła. Nie upiększało ich życia, przeciwnie, umniejszało wartość tego, co miały. Jej kłamstwa miały odcień prawdopodobieństwa, barwę życia i wiarygodności. Piękne kłamstwo o karierze u Grubego polegało na tym, że Gruby tylko zmierzył ją wzrokiem, kazał pracować w mini, uśmiechać się klientów i z góry zastrzegł, by nie liczyła na podwyżkę, chyba że będzie koncesja na alkohol, wtedy kto wie, może dostanie stówkę więcej. Ale koncesji nie było, koncesje dostawali ci, co mieli chody w gminie, a Gruby ich nie miał; zaczął mieć je teraz, gdy Ewa odeszła.