Zesztywniała, zaskoczona, z słuchawką przy uchu, a jego głos wibrował w niej jak melodia nieznanej piosenki.
– …rozsmarowuje na twarzy gładki make-up. Maluje usta soczystą szminką, tuszuje rzęsy, wkłada perukę z długimi, lśniącymi włosami, daje kroplę perfum za uszy i w zgięcia łokci…
„Och, biedny”, pomyślała z przejęciem, a on mówił dalej:
– …i jest piękny. Nie… Piękna. Jest piękna. Teraz jego głos wygrywał jak flet miłosną pieśń, ale była to miłość do lśniącej lycry, do lejącego się jedwabiu przylegającego czule do ciała, miłość do nie odkrytej tajemnicy luksusowych kosmetyków.
Trzymała wciąż przy uchu słuchawkę, zamyślona i pełna współczucia. Przypomniała sobie film, który oglądała kiedyś nocą w telewizji: Priscilla – królowa pustyni. Tamci faceci kochali kobiety i kobiece ciuchy. Byli w nich prześliczni, ładniejsi niż dziewczęta. Śpiewali piosenki zespołu Abba. Tańczyli. I byli samotni. Skazani na siebie, choć szukali kobiet, które pokochają ich odmienność. Już nie pamiętała, czy je znaleźli. Chyba jednemu się udało. Lecz tylko w kinie.
– Powiedz jej to. Ona cię przecież kocha – powiedziała z wahaniem („ale czy niosłaby mu do pokoju świeżo wyprasowaną sukienkę i koronkowe majtki, tak jak dżinsy i koszulę?”).
– Nie mogę. Właśnie jej nie mogę tego powiedzieć. Kobieta we mnie jest całkiem inna niż ona, cała zbudowana z jej przeciwieństw i w dodatku jej nienawidzi…
Głos w słuchawce urwał się z jękiem, przypominającym szloch.
– To jednak twoja matka, więc nienawiść… – zaczęła, ale jej przerwał:
– Nic nie rozumiesz. Ja ją kocham. Ja. Andrzej. To ona, ta kobieta we mnie jej nienawidzi. A tobie mogę to wszystko opowiedzieć, od razu to wyczułem. Dlatego cię wybrałem. Ciebie z dzieckiem. Bo we troje bylibyśmy szczęśliwi i bezpieczni, mielibyśmy ciekawe życie. Mam pieniądze.
„Tak, ja i dziecko jako bezpieczny parawan dla jego prawdziwej miłości. Ja jako przychylny, wyrozumiały widz jego kostiumowych balów. Nie za darmo, ze współczucia czy z sympatii, o nie. Za kasę. Wszędzie jest tylko kupić i sprzedać. Czy poza tym naprawdę nie ma nic? Mam prawo sprzedać siebie, ale jest jeszcze Ono”.
– Mnie by to nie przeszkadzało – zaczęła niepewnie i pełna wątpliwości. – Nie, nie przeszkadzałoby mi to, naprawdę… – upewniła się głośno.
„Naprawdę? Nie wiem. To mogłoby być zabawne: pomóc mu wybrać sukienkę, poprawić fryzurę i makijaż, zobaczyć go w takim stroju. Zrobić z niego motyla. I to mogłoby być okropne”, pomyślała i szybko rzuciła do słuchawki:
– …ale ja ciebie nie kocham i nie pokocham. Nie dlatego, tylko w ogóle. Ono od razu by to wyczuło. Tak jak ja to zawsze wyczuwam. Muszę przerwać ten łańcuch.
– Jaki łańcuch? – spytał zdziwiony.
– No… łańcuch. Nie umiem tego nazwać, ale wiem, o co chodzi. On jest trochę podobny do tego, który ty chcesz zerwać. Ty też musisz zerwać swój. I nie przyjeżdżaj więcej. Dasz sobie radę bez nas, zobaczysz.
– Nie wiem. Spróbuję – powiedział cicho, jakby z góry wiedział, że to nie miało szans udać się. – Ale przyślę ci pieniądze, dobrze?
– Dobrze. Ostatni raz – odparła i dodała pytająco: – Ty w ten sposób chcesz pomóc tej kobiecie w tobie, prawda?
Milczał, więc uznała, że się zastanawia: „…bo on nie wie, co zrobić z tą kobietą. Ta kobieta w nim jest samotna i pełna rozpaczy”.
– Kiedyś cię odwiedzę, jeśli zechcesz. Gdy Ono już się urodzi – obiecała, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Jeśli jeszcze tu będę. Jednak mi pomogłaś. Skoro podjąłem decyzję, że wyjadę stąd dla ciebie, to teraz łatwiej mi będzie naprawdę odejść. Może nawet zrobię to, o czym marzę: pojadę do Londynu lub Berlina.
– Dlaczego tam? – spytała. Pomyślała o wielkim mieście, gdzie mówią bez przerwy, głośno i w obcym języku i zmartwiła się.
– Bo tylko tam tacy jak ja nie boją się żyć. Mają swoje organizacje, knajpy, a nawet swoje święta. Telewizja pokazuje ich tak, jak się pokazuje pałac Buckingham czy Bramę Brandenburską. Oni są szczęśliwi. Wiem, bo raz się wyrwałem do Berlina na dwa dni.
– To jedź – zachęciła go, choć nie wierzyła w to szczęście z telewizyjnego ekranu.
– Jeżeli kiedyś dostaniesz z zagranicy zdjęcie pięknej seksownej kobiety, której nie będziesz znać, to będę ja.
Usłyszała w jego głosie śmiech i smutną kpinę z samego siebie.
– Dobrze. Czekam na to zdjęcie. Do widzenia – odparła i szybko odłożyła słuchawkę.
Do domu wróciły właśnie Teresa ze Złotkiem, objuczone siatkami.
– Pomóż wypakować! – zawołała radośnie matka. – Kupiłyśmy cztery pizze, kotlety, szynkę, a nawet mrożony tort i zrobimy sobie ucztę przed telewizorem! Bo on nam zostawił trochę pieniędzy, mówiłam ci?
– Nie – powiedziała sztywno Ewa.
– A ja mam gumę do żucia i trzy nowe pokemony – pochwaliła się Złotko.
– Mamo… – powiedziała Ewa.
Teresa ładowała pudła z pizzą do oszronionej zamrażarki. Szron pofałdował się, pogarbił i usiłował wypełznąć na zewnątrz.
– Jak jej nie rozmrozisz, to przestanie chłodzić.
– Kupimy nową lodówkę, taką, co się sama rozmraża – odparła entuzjastycznie Teresa.
– I kuchenkę mikrofalową! – zawołała Złotko.
– Zmywarkę do naczyń – uzupełniła radośnie Teresa.
– Mamo… – zaczęła znowu.
– Oglądałyśmy ze Złotkiem suknie ślubne w tym sklepiku przy rynku, ale mówię ci, co za prowincja! Suknię kupimy w dużym mieście.
– Mama powiedziała tej pani, że żadna suknia nam się nie podoba – oświadczyła Złotko z nowo doświadczonym rodzajem zadowolenia.
„Więc tak to wygląda”, pomyślała Ewa. „Jeszcze nie masz forsy, tylko nadzieję, a już pokazujesz innym, że jesteś lepsza. Przeliczasz siebie na kasę”.
– Mamo… nic z tego – powiedziała głośno i wyraźnie.
Teresa w przypływie energii wyrzucała zwiędnięte i nadpleśniałe warzywa z pojemnika na dnie lodówki.
– Wszystko się zmieści, trzeba tylko coś wyrzucić.
– Mamo, mówię, że nic z tego.
– A co? Nie chcesz pizzy? Wolisz kotlety?
– Mamo, nie będzie ślubu.
Teresa energicznie przestawiała w lodówce garnki z wczorajszym obiadem.
– Jasne, że teraz go nie będzie. Przecież mówiłam, że nie teraz. On też chce dopiero wtedy, gdy urodzisz.
Jak byś wyglądała w kościele z takim brzuchem? w żadną suknię się nie zmieścisz!
– Mamo, w ogóle nie będzie żadnego ślubu.
– Nie! Nie zrobisz mi tego! Ja mam być druhną!.- zawołała Złotko, a Teresa pozostała, zgięta wpół przy lodówce, jakby rażona piorunem. Po czym wyprostowała się gwałtownie, uderzając głową o kant wiszącej powyżej półki.
– O czym ty mówisz, Ewa? – spytała, rozcierając czoło.
– Przyłóż nóż, bo będzie śliwa – powiedziała córka, przypominając sobie stare porady babci Marii. „Przyłóż sobie nóż, to nie będzie siniaka. Posyp solą oparzenie, nie będzie bolało. Daj trochę moczu na język i pleśniawki znikną. Wypij duszkiem wodę i czkawka przejdzie…”
– Co ty powiedziałaś przed chwilą? – spytała Teresa, wciąż trąc czoło. Miejsce po uderzeniu stawało się czerwone.
– Powiedziała, że nie będzie żadnego ślubu – oznajmiła Złotko zdziwiona i wystraszona. – Więc nie kupimy telewizora z dużym ekranem? Ani nowych mebli?
– Ewa, o czym ty mówisz? – powtórzyła pytanie Teresa.
– Nie będzie ślubu.
– A dziecko? Dziecko musi mieć ojca.
– Nie musi. I to nie on jest ojcem, mamo. Nie on.
– To kto? – pyta Teresa cichym, zdławionym szeptem, ale ten szept już wymyka się spod kontroli, frunie przez kuchnię, huczy i wiruje w całym domu. „Ona jest jak huragan, jak trąba powietrzna, trzeba uciekać, bo mnie wessie i zadusi”, myśli Ewa, łapiąc się za brzuch.
Ono gwałtownie fika koziołki. „Chce się czymś zająć, byle nas nie słyszeć”. W domu na chwilę zalega cisza, ale jest to cisza jak w oku cyklonu. Złotko i Ewa wstrzymują oddech, a w Teresie wzbiera wściekłość, żywiąca się jej zawiedzionymi nadziejami.
– Ja cię zabiję! Zabiję! Albo siebie zabiję! – drze się nagle. – Tyle życia ci człowiek poświęcił i wszystko po to, abyś nam się w ten sposób odwdzięczyła!? To z iloma spałaś, ty kurwo?!