– Mnie też przypominają pogrzeb mego taty – powiedziała cicho. I uniosła wzrok w górę, ku padającym z ciemniejącego nieba płatkom śniegu.
Warren Emerson szedł brzegiem drogi, a usztywniona mrozem trawa chrzęściła mu pod nogami. Miał na sobie pomarańczową odblaskową kamizelkę i pomarańczową czapeczkę, ale i tak kulił się przy każdym wystrzale w lesie. Ostatecznie kule nie rozpoznają kolorów. Rano było zimno, zimniej niż wczoraj. W cienkich wełnianych rękawiczkach zmarzły mu palce, wsunął więc ręce do kieszeni i szedł dalej, nie przejmując się chłodem. Jeszcze kilometr i przestanie go zauważać.
Pokonał tę drogę już ponad tysiąc razy, o każdej porze roku, i mógł określić, gdzie jest, dzięki znanym punktom. Zburzony kamienny mur znajdował się czterysta kroków od domu, zawalona stodoła Murrayów – dziewięćset kroków. Po dwóch tysiącach kroków był zakręt w stronę Toddy Point Road – tu była połowa drogi. W miarę zbliżania się do miasteczka punktów orientacyjnych przybywało. Gęstniał także ruch i co chwila mijał go samochód lub ciężarówka, wzniecając tumany kurzu.
Miejscowi kierowcy rzadko zatrzymywali się, by zaproponować mu podwiezienie. W lecie często podrzucali go turyści, którzy uważali, że Warren Emerson w ciężkich butach i rozciągniętych spodniach to żywy przykład lokalnego kolorytu. Zatrzymywali się więc i pytali, czy nie podwieźć go do miasteczka. Podczas jazdy nieustannie zadawali mu pytania, zawsze takie same: „Co wy tu robicie w zimie?”, „Czy mieszka pan tu całe życie?”, „Czy zna pan Stephena Kinga?”. Odpowiedzi Warrena stale ograniczały się do prostego „tak” i „nie”, a tę oszczędność słów turyści nieodmiennie uważali za zabawną. W miasteczku wypuszczali go przed sklepem i machali na do widzenia tak serdecznie, jakby był ich najlepszym przyjacielem. Paskudnie przyjacielscy ludzie, ci turyści: każdej jesieni żal mu było, że wyjeżdżają, bo oznaczało to dziewięć miesięcy wędrowania po szosie, bez nadziei, że ktoś go podwiezie.
Ludzie z miasteczka wszyscy się bali.
Często myślał, że gdyby miał prawo jazdy, nie byłby tak nieczuły dla starych ludzi. Ale Warren nie umiał prowadzić. W stodole stał wspaniały stary ford – samochód jego ojca, kupiony w 1945 roku i mało używany – i gromadził się na nim kurz, bo Warrenowi nie wolno nim było jeździć. „Niebezpieczny dla siebie i otoczenia” – tak orzekli lekarze, gdy wypłynęła sprawa prowadzenia samochodu.
Ford stał więc w stodole już od ponad pięćdziesięciu lat i lśnił tak samo jak w dniu, gdy zaparkował go tam ojciec. Czas był łaskawszy dla chromu niż dla ludzkich twarzy. Ludzkich serc. Jestem niebezpieczny dla siebie i dla otoczenia.
Dłonie zaczynały mu się rozgrzewać.
Wyjął je z kieszeni i szedł, machając rękami. Serce biło szybciej, pod czapką zbierał się pot. Nawet w mroźny dzień, jeśli szedł dość szybko, zimno przestawało się liczyć.
Zanim dotarł do miasteczka, rozpiął kurtkę i zdjął czapkę. W sklepie „Cobb i Morong, Towary Mieszane”, było mu niemal nieznośnie gorąco.
Gdy tylko wszedł, w sklepie zapanowała cisza. Ekspedientka rzuciła nań jedno spojrzenie i odwróciła wzrok. Dwie kobiety, stojące przy stoiskach z warzywami, przestały rozmawiać. Choć nikt się w niego nie wpatrywał, czuł skupioną na sobie uwagę wszystkich obecnych. Wziął koszyk i skierował się ku działowi konserw. Napełnił koszyk tym samym, co zwykle. Jedzenie dla kota. Chili z wołowiną. Tuńczyk. Kukurydza. Na następnym stelażu znalazł fasolę i płatki owsiane, a w dziale warzyw – cebulę.
Zaniósł ciężki już koszyk do kasy.
Kasjerka nie patrzyła na niego, wyjmując towary z koszyka i podliczając rachunek. Stał przy kasie w pomarańczowej kamizelce, która wręcz krzyczała: Spójrz na mnie, spójrz na mnie. Ale nikt nie patrzył. Nikt nie spojrzał mu w oczy.
W milczeniu zapłacił rachunek, chwycił plastikowe torby i ruszył się ku wyjściu, przygotowując się na długą drogę do domu. Przy drzwiach zatrzymał się.
Na stelażu z gazetami zobaczył „Tranquility Gazette” z bieżącego tygodnia. Został jeszcze jeden egzemplarz. Wpatrywał się w tytuł na pierwszej stronie i nagle torby z zakupami wysunęły mu się z rąk i z łoskotem upadły na podłogę. Drżącymi rękoma sięgnął po gazetę.
STRZELANINA W SZKOLE ŚREDNIEJ.
NAUCZYCIELKA ZABITA, DWOJE UCZNIÓW RANNYCH.
CZTERNASTOLATEK ARESZTOWANY.
– Hej, płaci pan za tę gazetę? – zawołała ekspedientka.
Warren nie odpowiedział. Stał tylko przy drzwiach, z przerażeniem wpatrując się w drugi tytuł, niemal niewidoczny w prawym dolnym rogu: CHŁOPIEC KATUJE SZCZENIAKA NA ŚMIERĆ. OSKARŻONY O ZNĘCANIE SIĘ.
Znowu dzieje się to samo, pomyślał.
Damaris Horne utkwiła w czyśćcu i była w stanie myśleć tylko o tym, jak wrócić do Bostonu. Więc tak karze mnie mój naczelny, myślała. Mamy starcie, więc wysyła mnie gdzieś, gdzie nikt nie chce jechać. Witajcie w Dziurze nad Jeziorem, znanej także jako Tranquility w stanie Maine. Dobra nazwa. To miejsce jest tak spokojne, że można mu wystawić akt zgonu. Jechała Main Street, myśląc, że tak właśnie będą wyglądały miasta po wybuchu bomby neutronowej: żadnych ludzi, żadnych oznak życia, jedynie budynki i puste ulice. W tym miasteczku podobno żyje dziewięćset dziesięć osób, więc gdzie one są? W lasach, ogryzają porosty z drzew?
Minęła „Monaghan’s Diner”. W oknie mignęła jej czyjaś koszula w kratę. Tak! Oto tubylec w obrzędowym stroju (I jakież to mistyczne znaczenie ma krata?). Dalej miała kolejną wizję: marnie ubrany stary człowiek wyszedł ze sklepu „Towary Mieszane”, ściskając w dłoniach torby z zakupami. Zatrzymała się, by go przepuścić. Nawet nie podniósł głowy, zgięty w pozie nieustannego zmęczenia. Patrzyła za nim, jak idzie, powłócząc nogami, wzdłuż brzegu jeziora, powoli przesuwając się na tle nagich drzew i szarej wody.
Ruszyła dalej, do pensjonatu „Nad Jeziorem”, swego domu na czas nieokreślony. Było to jedyne miejsce w okolicy otwarte o tej porze roku. Choć szydziła z pensjonatu, wiedziała, że miała dużo szczęścia, w ogóle znajdując jakiś pokój, ponieważ do miasteczka zjechało wielu reporterów.
W jadalni większość jej rywali wciąż jeszcze siedziała przy śniadaniu. Damaris nigdy nie jadała śniadań, dzięki czemu tego ranka wszystkich wyprzedziła. O ósmej rano była już na nogach od dwóch i pół godziny. O szóstej pojechała do szpitala, by zobaczyć przewóz chłopca do jego nowego domu: Ośrodka dla Młodocianych Stanu Maine. Kwadrans po siódmej zjawiła się przed szkołą. Siedziała tam w zaparkowanym samochodzie i przyglądała się, jak dzieciaki w workowatych spodniach gromadzą się przed budynkiem, czekając na pierwszy dzwonek i wyglądając tak samo jak nastolatki w całym kraju.
Damaris podeszła do ekspresu i nalała sobie kawy. Pijąc ją powoli, przyglądała się innym siedzącym przy śniadaniu dziennikarzom, aż jej spojrzenie zatrzymało się na Mitchellu Groomie, dziennikarskim wolnym strzelcu. Choć Groome nie mógł mieć więcej niż jakieś czterdzieści pięć lat, jego twarz składała się ze smętnie zwisających kawałków skóry – wyglądał jak pies w żałobie. A jednak jego ciało wydawało się wysportowane. Przede wszystkim jednak zauważył spojrzenie Damaris i przyglądał jej się, choć ze zdziwieniem.
Odstawiła pustą filiżankę i wyszła z jadalni, wiedząc instynktownie, że Groome się jej przypatruje.
Dziura nad Jeziorem zyskała odrobinę na atrakcyjności.
Na górze, w pokoju, przejrzała notatki z rozmów przeprowadzonych w ciągu ostatnich paru dni. Teraz dopiero zaczynały się schody – wszystko to trzeba było ująć w artykule, który zadowoliłby wydawcę i przyciągnął wzrok znudzonych gospodyń domowych z Nowej Anglii, pchających wózki z zakupami koło stelaży z kolorowymi magazynami.