Выбрать главу

– Nie ma ich już teraz tak dużo. Pani Horatio mówi… – I znów ta przerwa, kiedy sobie przypominała. I znów smutne westchnienie. – Powiedziała, że to może być przez kwaśny deszcz – dokończyła.

– Ale w lecie słyszałem mnóstwo żab. Siadywałem tu i słuchałem ich.

– Szkoda, że cię wtedy nie znałam – powiedziała w zadumie.

– A ja cię znałem.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Zaczerwienił się i odwrócił wzrok.

– Przyglądałem ci się w szkole – wyjaśnił. – Przyglądałem ci się podczas każdej przerwy na lunch w szkolnej kafejce. Chyba nie zauważyłaś.

Czuł, że palą go policzki, więc wstał, nie odrywając oczu od jeziora, unikając jej wzroku.

– Czy przychodzisz czasem popływać? Bywałem tu codziennie.

– Wszyscy przychodzą.

– Więc czemu cię nie było tego lata? Wzruszyła ramionami.

– Miałam zapalenie ucha. Lekarz nie pozwalał mi pływać.

– Głupek. Zapadło milczenie.

– Noah? – powiedziała w końcu.

– Tak?

– Czy masz czasami ochotę… nie wracać do domu?

– Chodzi ci… żeby uciec?

– Nie, po prostu nie wracać.

– Nie wracać do czego?

Nie odpowiedziała mu na pytanie. Gdy się odwróciłby na nią spojrzeć, zdążyła już wstać i objąć się ramionami.

– Robi się zimno.

Nagle on także poczuł chłód. Jedynie skała zatrzymała w sobie nieco ciepła, ale czuł, jak szybko ono znika, teraz, gdy słońce schowało się za drzewami.

Na powierzchni wody pojawiły się bąbelki, a po chwili znowu przybrała wygląd czarnego szkła. Przez chwilę jezioro wydawało się żywe, jakby stanowiło jeden płynny organizm. Zastanawiał się, czy wszystko, co powiedziała o jeziorze, jest prawdą – czy rzeczywiście jęczy w zimowe noce. Cóż, mogło tak być. Woda rozszerza się, zamarzając – to fakt potwierdzony naukowo. Lód najpierw tworzy się na powierzchni, cienka warstwa rośnie w ciągu ciemnych zimowych miesięcy, warstwa za warstwą. A gdzieś głęboko, w mule na dnie, chowają się żaby, które nie mają dokąd pójść. Zostają zamknięte pod lodem. Jak w grobie.

Pot pokrywał twarz Claire, gdy napierała na wiosła. Czuła, jak przecinają równo wodę, czuła miłe ślizganie się łodzi po powierzchni jeziora. W ciągu paru miesięcy jej wiosłowanie zyskało na koordynacji i skuteczności. Gdy w maju po raz pierwszy zanurzyła wiosła w wodzie, było to upokarzające doświadczenie. Albo jedno, albo oba uderzały dziko w wodę, wzbijając fontanny kropel; czasem znów zbyt mocno naciskała na jedno z nich i pływała w kółko. Chodziło o kontrolę. O doskonale wyważoną siłę. O płynne ruchy, o ślizganie się, nie chlapanie.

Teraz już to opanowała.

Powiosłowała na środek jeziora. Tam podniosła wiosła, położyła je na łodzi i usiadła, pozwalając jej dryfować. Słońce właśnie schowało się za drzewami i wiedziała, że pot na jej skórze wkrótce zrobi się zimny, ale przez parę chwil, gdy wciąż rozgrzewał ją wysiłek, cieszyła się zmierzchem, nie zauważając chłodu. Czarna jak smoła woda pluskała. Po drugiej stronie jeziora Claire widziała światła domów, w których przygotowywano kolacje, w których rodziny gromadziły się, tworząc ciepłe, zamknięte światy. My też tak żyliśmy, zanim umarłeś, Peter. Nie rozbici, tworząc jedną całość.

Patrzyła przez wodę na blask padający z okien tych domów i ogarnęła ją nagle tak dojmująca tęsknota za Peterem, że nawet oddychanie stało się bolesne. W lecie, gdy pływali po stawie niedaleko domu, to Peter zawsze trzymał wiosła, Claire siedziała na rufie i podziwiała jego pełne harmonii, rytmiczne ruchy, jego napięte mięśnie i spoconą twarz. Zawsze była rozpieszczaną pasażerką, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki niesioną po wodzie przez ukochanego.

Słuchała, jak drobne fale kołyszą łódką, i mogła sobie niemal wyobrazić, że naprzeciwko siedzi Peter, patrząc na nią smutnym wzrokiem. Musisz się nauczyć sama wiosłować, Claire. Teraz ty musisz kierować łodzią.

Jak mogę to zrobić, Peter? Ledwo utrzymuję się na powierzchni. Ktoś chce mnie stąd przegnać. A Noah, nasz kochany Noah, stał się taki obcy.

Czuła, jak łzy chłodzą jej twarz. Obecność Petera była tak wyraźna, że gdyby tylko mogła sięgnąć ręką, na pewno byłby tam. Ciepły i żywy, z krwi i kości.

Ale go nie było, siedziała w łodzi sama.

Nad głową rozbłysły gwiazdy. Łódź ciągle dryfowała, wiatr spychał ją ku brzegowi. Obróciła się zwolna, odsłaniając w oddali północny brzeg, z letnimi domkami, zamkniętymi po sezonie.

Nagły chlupot sprawił, że zaskoczona Claire usiadła prosto. Odwróciła się ku pobliskiemu brzegowi i dostrzegła czyjąś sylwetkę. Stojący na brzegu mężczyzna, chudy i nieco pochylony, wpatrywał się w wodę. Szarpnął coś i rzucił się w bok. Znów rozległ się chlupot, a jego sylwetka zniknęła. To mogła być tylko jedna osoba.

Claire szybko otarła łzy z twarzy.

– Doktorze Tutwiler? – zawołała. – Czy wszystko w porządku?

Głowa mężczyzny znów pojawiła się w jej polu widzenia.

– Kto tam jest?

– Claire Elliot. Myślałam, że wpadł pan do wody.

W końcu dostrzegł ją w mroku i pomachał ręką. Poznała tego biologa, specjalistę od mokradeł, już kilka tygodni wcześniej – wkrótce po tym, jak zamieszkał w wynajętym na miesiąc domku Alfordów. Tamtego ranka oboje wiosłowali po jeziorze i gdy ich łodzie mijały się we mgle, wymienili powitania. Od tego czasu mówili sobie dzień dobry. Czasami, gdy przepływała koło jego domku, pokazywał jej słoje z najnowszymi nabytkami do kolekcji zwierząt ziemnowodnych. Noah nazywał go starym skrzekiem.

Gdy jej łódka przybliżyła się jeszcze do brzegu, zobaczyła, że słoje Maksa stoją nad wodą.

– Jak tam kolekcja żab? – spytała.

– Robi się już za zimno. Wszystkie uciekają na głęboką wodę.

– Czy znalazł pan jeszcze jakieś okazy z sześcioma nogami?

– W tym tygodniu jeden. Naprawdę martwię się o to jezioro.

Jej łódka dopłynęła tymczasem do brzegu i otarła się o piasek. Pająkowata sylwetka Maksa wznosiła się nad nią, a światło księżyca odbijało mu się w okularach.

– To samo dzieje się we wszystkich północnych jeziorach – powiedział. – Zdeformowane ziemnowodne. Potężne wymieranie.

– A co wykazały próbki wody z jeziora? Te, które pan pobierał w zeszłym tygodniu?

– Wciąż czekam na wyniki. To może trwać parę miesięcy. – Przerwał, zaskoczony nagłym świergotem. – Co to takiego?

– Mój biper – westchnęła Claire. Niemal zapomniała, że przypięła go do paska. Na wyświetlaczu zobaczyła miejscowy numer.

– Do pani domu jest daleko – powiedział. – Proszę skorzystać z mojego telefonu.

Zadzwoniła z jego kuchni, nie odrywając wzroku od szklanych słojów, ustawionych na blacie. To nie ogórki pływały w zalewie. Podniosła jeden słój i zobaczyła wpatrzone w nią oko. Żaba była bardzo blada, miała kolor ludzkiego ciała, upstrzonego fioletowymi plamami. Obie tylne nogi dzieliły się na jeszcze dwie, tworząc cztery osobne płetwy. Spojrzała na naklejkę: „Jezioro Locust, 10 listopada”. Wzdrygnęła się i odstawiła słoik.

Telefon odebrała kobieta.

– Halo? Kto mówi? – Jej głos był niewyraźny, zamazany alkoholem.

– Mówi doktor Elliot. Odebrałam wezwanie. – Claire skrzywiła się, bo słuchawka została rzucona. Usłyszała kroki i rozpoznała głos Lincolna Kelly’ego.

– Doreen, możesz mi oddać telefon?

– Dlaczego te wszystkie baby do ciebie wydzwaniają?

– Daj mi telefon.

– Nie jesteś chory. Po co lekarz dzwoni do ciebie?

– Czy to Claire Elliot?

– Ach, teraz już Claire. Jesteście po imieniu!