– Doreen, za chwilę odwiozę cię do domu. A teraz chcę z nią porozmawiać.
W końcu usłyszała w słuchawce zdenerwowany głos:
– Claire, jesteś tam jeszcze?
– Jestem.
– Słuchaj, strasznie mi przykro.
– Nie przejmuj się – odpowiedziała, myśląc: Masz w życiu dosyć spraw, którymi się musisz przejmować.
– Lucy Overlock zaproponowałabym do ciebie zadzwonił. Zakończyła wykopaliska.
– Jakieś ciekawe wnioski?
– Chyba większość z tego już słyszałaś. Kości mają co najmniej sto lat. Były to szczątki dwojga dzieci z wyraźnymi urazami.
– Czyli jest to dawne zabójstwo.
– Najwyraźniej. Jutro przedstawia rezultaty badań swoim studentom. Być może nie masz na to ochoty, ale zaproponowałabyśmy przyjechali. Ponieważ to ty znalazłaś pierwszą kość.
– Gdzie odbywają się zajęcia?
– W laboratorium muzeum w Orono. Jadę tam samochodem, jeśli chcesz, moglibyśmy się wybrać razem. Wyruszam koło południa.
– Ale jutro jest sobota! Od kiedy to pracujesz w soboty? – marudziła w tle Doreen.
– Doreen, pozwól mi skończyć rozmowę.
– Zawsze tak jest! Wciąż jesteś zajęty! Nigdy cię nie ma, gdy cię potrzebuję…
– Włóż płaszcz i wsiadaj do samochodu. Zawiozę cię do domu.
– Do cholery, sama pojadę. – Trzasnęły drzwi.
– Doreen! – zawołał Lincoln. – Oddaj kluczyki! Doreen! – Znów usłyszała w słuchawce jego pośpieszny, zdenerwowany głos. – Muszę iść. Zobaczymy się jutro?
– W południe. Będę czekać.
Rozdział 8
– Doreen się stara – powiedział Lincoln, nie odrywając oczu od drogi. – Naprawdę się stara. Ale nie jest jej łatwo.
– Ani tobie, jak sądzę – odparła Claire.
– Wszystkim jest trudno. Już od lat.
Padało, gdy wyjeżdżali z Tranquility. Teraz deszcz przechodził powoli w deszcz ze śniegiem. Słyszeli, jak uderza w przednią szybę. Droga była zdradliwa, bo temperatura spadła do niebezpiecznej granicy między mrozem a odwilżą, a na asfalcie gromadziła się warstewka wodnistego lodu. Claire cieszyła się, że to Lincoln prowadzi, nie ona. Człowiek, który przeżył czterdzieści pięć zim w tym klimacie, niewątpliwie nauczył się szacunku dla wszystkich pułapek.
Podkręcił ogrzewanie i zaparowane szyby zaczęły się przejaśniać.
– Od dwóch lat jesteśmy w separacji – powiedział. – Problem polega na tym, że ona nie potrafi odpuścić. A ja nie mam serca, żeby się jej wyrywać.
Oboje spięli się, gdy jadący przed nimi samochód nagle zahamował i zaczął tańczyć po jezdni. Ledwo udało mu się opanować poślizg tuż przed nadjeżdżającą ciężarówką.
Claire opadła na oparcie z bijącym sercem.
– O Jezu.
– Wszyscy jeżdżą za szybko.
– Może powinniśmy zawrócić?
– Minęliśmy już połowę drogi, więc nie ma sensu zawracać. Chyba że wolisz?
Przełknęła ślinę.
– Jeśli ty się nie boisz jechać, to ja też nie.
– Po prostu nie będziemy się śpieszyć. To znaczy, że pewnie późno wrócimy do domu. – Zerknął w jej stronę. – A co z Noahem?
– Jest już dość samowystarczalny. Na pewno nic mu nie będzie.
– Wygląda na wspaniałego chłopaka.
– I jest – potwierdziła, dodając po chwili z ponurym uśmieszkiem: – W każdym razie przeważnie.
– To chyba nie jest takie łatwe, jak się wydaje – powiedział Lincoln. – Cały czas to słyszę od rodziców. Że wychowywanie dziecka to najtrudniejsze zadanie pod słońcem.
– A jest jeszcze sto razy trudniejsze, jeśli trzeba to robić samemu.
– A gdzie jest tata Noaha?
Claire milczała. Musiała się niemal zmusić do udzielenia odpowiedzi:
– Zmarł. Dwa lata temu.
Ledwo dotarły do niej ciche słowa Lincolna:
– Tak mi przykro.
Przez chwilę jedynym dźwiękiem było szuranie wycieraczek po szybie. Dwa lata, a wciąż z trudem tylko mogła o tym mówić. Wciąż nie mogła się zmusić do używania słowa „wdowa”. Kobiety nie powinny zostawać wdowami w wieku trzydziestu ośmiu lat.
A roześmiani, kochający, trzydziestodziewięcioletni mężczyźni nie powinni umierać na chłoniaka.
Przez marznącą mgiełkę zobaczyła błyskające przed nimi światła. Wypadek. Jednak w samochodzie tego mężczyzny czuła się dziwnie bezpiecznie. Chroniona przed jakąkolwiek krzywdą. Przejechali wolniutko wzdłuż rzędu pojazdów: dwóch wozów policyjnych, ciężarówki pomocy drogowej i karetki pogotowia. Ford bronco ześlizgnął się z szosy i leżał na boku, cały pokryty już szronem. Minęli go w milczeniu, wstrząśnięci tak dobitnym przypomnieniem, jak szybko życie może ulec zmianie. Skończyć się. Była to jeszcze jedna ponura nuta, dodana do i tak przygnębiającego dnia.
Lucy Overlock spóźniła się na zajęcia. Jej dziesięciu studentów i dwóch doktorantów od piętnastu minut czekało w suterenie, gdzie mieściło się laboratorium muzeum, gdy Lucy pojawiła się w drzwiach, spływając wodą.
– Przy tej pogodzie powinnam była chyba odwołać zajęcia – powiedziała. – Ale cieszę się, żeście tu wszyscy dotarli. Odwiesiła płaszcz deszczowy, pod którym miała codzienne dżinsy i flanelową koszulę – praktyczny strój, biorąc pod uwagę otoczenie. Suterena muzeum była wilgotna i pełna kurzu, zawalona rozlicznymi przedmiotami i przesiąknięta ich zapachem. Na stojących wzdłuż dwóch ścian półkach zgromadzono setki drewnianych skrzynek, opisanych wyblakłym pismem: „Stonington, nr 11: narzędzia z muszli, groty strzał, drobiazgi”. „Pittsfield, nr 32: część szkieletu, dorosły mężczyzna”.
Na środku pokoju na szerokim, roboczym stole, pod brezentem, leżały nowe dodatki do tej starannie skatalogowanej kostnicy.
Lucy zapaliła światło. Z szumem włączyły się neonówki, a ich nienaturalne światło skupiało się na stole. Claire i Lincoln dołączyli do kręgu studentów. Światło było bezlitosne, ostro podkreślało rysy twarzy zgromadzonych osób.
Lucy odsłoniła brezent.
Szczątki szkieletów dwojga dzieci leżały obok siebie. Kości umieszczono mniej więcej zgodnie z układem anatomicznym. Jeden szkielet nie miał żeber, łydki i stopy jednej nogi, i prawej górnej kończyny. Drugi szkielet wydawał się niemal cały, poza brakującymi kośćmi dłoni.
Lucy stanęła przy szczycie stołu, od strony czaszek.
– Mamy tu zbiór kostnych szczątków ludzkich z odkrywki numer siedemdziesiąt dwa, przy południowym krańcu jeziora Locust. Prace zakończono wczoraj. Dla odniesienia przyczepiłam tam, na ścianie, mapkę terenu odkrywki. Jak widzicie, odkrywka znajdowała się na samym brzegu potoku Meegawki. Ostatniej wiosny padały tu obfite deszcze i wystąpiła powódź, co prawdopodobnie przyczyniło się do odsłonięcia tego miejsca pochówku. – Spojrzała na stół. – Zaczynajmy więc. Przede wszystkim chcę, byście wszyscy przyjrzeli się szczątkom. Możecie je wziąć do ręki i starannie obejrzeć. Zadawajcie Pytania dotyczące terenu. A potem chciałabym usłyszeć, jakie wyciągacie wnioski na temat wieku i rasy ofiar oraz daty pochówku. Ci, którzy brali udział w pracach, niech siedzą cicho. Zobaczmy, co innym uda się wydedukować.
Jeden ze studentów sięgnął po czaszkę.
Lucy cofnęła się i cicho obeszła stół, czasem zerkając ponad ramionami uczniów, by zobaczyć, jak pracują. To zgromadzenie skojarzyło się Claire z jakimś groteskowym rytuałem jedzenia: szczątki rozłożone jak uczta na stole, chciwe ręce sięgające po kości, obracające je w ostrym świetle, podające dalej. Początkowo nie słychać było żadnych rozmów, a ciszę przerywał jedynie świst wyciąganej i chowanej miarki.
Jedną z czaszek, pozbawioną żuchwy, podano Claire.
Ostatni raz trzymała w dłoni ludzką czaszkę podczas studiów medycznych. Obróciła ją powoli w świetle. Niegdyś potrafiła podać nazwę każdego otworu, każdego wyrostka, ale te nazwy anatomiczne – tak samo jak wiele innych faktów, wtłaczanych studentom do głowy podczas czterech lat studiów – uległy zapomnieniu, zastąpione przez bardziej praktyczne dane, takie jak kody rachunków i numery telefonów w szpitalu. Odwróciła czaszkę i zobaczyła, że górne zęby wciąż tkwią na miejscu. Trzecie zęby trzonowe jeszcze nie wyrosły. To szczęka dziecka.