Выбрать главу

Obmył twarz lodowatą wodą, ledwo czując jej temperaturę.

– Walczyły o chłopca – powiedziała Fern. – W każdym razie tak mi powiedziano. Zaczęło się od kilku obraźliwych uwag, a po chwili już rozdrapywały sobie twarze. – Pokręciła głową. – Po śmierci pani Horatio miałam nadzieję, że dzieciaki jakoś będą się wzajemnie wspierać. Pomagać sobie. Ale to już czwarta bójka w ciągu dwóch dni, Lincoln. Nie jestem w stanie ich opanować. Potrzebuję policjanta, który pilnowałby szkoły.

– Wydaje mi się, że to byłaby przesada – odrzekł, pełen wątpliwości – ale jeśli chcesz, powiem Floydowi Spearowi, by zaglądał tu parę razy w porze lekcji.

– Nie, nie rozumiesz. Potrzebujemy tu kogoś przez cały dzień. Nie wiem, co innego mogłoby zadziałać.

Lincoln westchnął i przeczesał palcami czuprynę. Fern wydawało się, że siwieje z dnia na dzień, tak samo jak ona. Dziś rano zauważyła u siebie siwe nitki w blond włosach i zdała sobie sprawę, że z lustra patrzy na nią twarz kobiety w średnim wieku. Jednak zmiany w twarzy Lincolna były w jakiś sposób boleśniejsze niż konfrontacja z własnym starzejącym się odbiciem, ponieważ tak wyraźnie pamiętała, jakim mężczyzną był w wieku dwudziestu pięciu lat: ciemnowłosym, ciemnookim, z twarzą już wtedy zdradzającą siłę i charakter. To były czasy, zanim Doreen przykuła jego uwagę. Fern patrzyła na coraz głębsze bruzdy na jego twarzy i myślała często: Ze mną byłbyś o wiele szczęśliwszy niż z nią.

Przeszli razem do jej gabinetu. Czwarta lekcja już się zaczęła, więc ich kroki niosły się echem po pustym holu. Z sufitu zwieszał się transparent: „Zabawa Dożynkowa – 20 listopada!”. Z klasy pana Rubio dochodził chór znudzonych głosów: Me llamo Pablo. Te llamas Pablo. Se Iloma Pablo…

Gabinet stanowił jej prywatne terytorium i odzwierciedlał sposób życia: wszystko tu było czyściutkie i na swoim miejscu. Książki stały równiutko, ukazując grzbiety, na biurku nie leżały żadne papiery. Wszystko pod kontrolą. Dzieci najlepiej rozwijały się w uporządkowanym otoczeniu i Fern była przekonana, że szkoła może właściwie funkcjonować jedynie dzięki absolutnemu porządkowi.

– Wiem, że proszę cię o uszczuplenie sił, jakimi dysponujesz – powiedziała – ale chcę, byś zastanowił się nad wyznaczeniem policjanta na posterunek w tej szkole.

– To oznacza zabranie kogoś z patrolu, Fern. Nie jestem pewien, czy istnieje taka konieczność.

– A co wy tam właściwie patrolujecie? Puste drogi! Problemy tego miasta skupiają się właśnie tutaj, w tym budynku. Tu właśnie potrzebny jest policjant.

W końcu kiwnął głową.

– Zrobię, co w mojej mocy – powiedział i wstał. Jego ramiona wydawały się pochylać pod ciężarem problemów. Przez cały dzień mocuje się z niepokojami w mieście, myślała z poczuciem winy, i nikt go nie chwali; napotyka jedynie żądania i krytykę. A potem nie ma do kogo wrócić do domu, nikogo, kto by go wsparł. Mężczyzna, który popełnia błąd i żeni się z niewłaściwą kobietą, nie powinien z tego powodu cierpieć przez resztę życia. Nie mężczyzna tak przyzwoity jak Lincoln.

Odprowadziła go do drzwi. Stali bardzo blisko, mogli się dotknąć. Pokusa, by wyciągnąć ręce i go objąć, była tak wielka, że Fern musiała zacisnąć pięści, by ją zwalczyć.

– Patrzę na to, co się dzieje – powiedziała – i zastanawiam się, co zrobiłam nie tak.

– Nic nie zrobiłaś nie tak.

– Od sześciu lat jestem dyrektorką i nagle muszę walczyć, by utrzymać w szkole porządek. By utrzymać własną posadę.

– Fern, naprawdę uważam, że to tylko chwilowa reakcja na strzelaninę. Dzieciaki potrzebują czasu, by dojść do siebie. – Poklepał ją uspokajająco po ramieniu i skierował ku drzwiom. – To minie.

I znów Claire wpatrywała się w gardło Mairead Tempie. Wydawało jej się już znajome – obłożony język, opuchnięte migdałki, języczek, mały, drgający kawałek różowego ciała. I ten zapach starej popielniczki, ten sam zapach, który przenikał kuchnię Mairead. Był wtorek, dzień wizyt domowych Claire, a Mairead była tego dnia jej przedostatnią pacjentką. Gdy praktyka lekarska się kurczy, gdy pacjenci odchodzą do innych lekarzy, trzeba chwytać się rozpaczliwych środków. Wizyta domowa w zadymionej kuchni Mairead Tempie stanowiła właśnie tego rodzaju rozpaczliwy środek. Wszystko, byle tylko pacjenci byli zadowoleni.

Claire wyłączyła latarkę punktową.

– Pani gardło wygląda tak samo. Jest nieco zaczerwienione.

– Wciąż mnie paskudnie boli.

– Posiew nic nie wykazał.

– To znaczy, że nie dostanę już więcej penicyliny?

– Bardzo mi przykro, ale nie ma to żadnego uzasadnienia. Mairead zacisnęła sztuczne szczęki i niechętnie spojrzała na Claire wyblakłymi oczami.

– A cóż to za leczenie?

– Powiem pani, Mairead. Najlepszym leczeniem jest zapobieganie.

– To znaczy?

– To znaczy… – Claire spojrzała na paczkę mentolowych papierosów, leżących na kuchennym stole. W reklamach tę markę paliły zazwyczaj wytworne, szczupłe kobiety w jedwabnych sukniach, za którymi ciągnęły się futrzane etole, a w tle majaczyli mężczyźni. – Chyba pora, żeby przestała pani palić.

– A co jest złego w penicylinie?

Claire zignorowała pytanie, zamiast tego skupiając uwagę na piecu na drewno, stojącym pośrodku przegrzanej kuchni.

– To także nie jest dobre dla pani gardła. Wysusza powietrze, napełnia kuchnię drażniącym dymem. Ma pani przecież piec olejowy, prawda?

– Drewno jest tańsze.

– Czułaby się pani lepiej.

– Drewno dostaję za darmo od siostrzeńca.

– No dobrze – westchnęła Claire. – Więc może przestanie pani palić?

– Więc może da mi pani penicylinę?

Patrzyły na siebie. Nad garścią tabletek po trzy dolary rodziła się między nimi wrogość.

W końcu Claire poddała się. O tej porze dnia nie miała już siły na sprzeczkę, nie z kimś tak upartym jak Mairead Tempie. Tylko ten jeden raz, mówiła sobie, szukając odpowiednich próbek antybiotyku.

Mairead dorzuciła do pieca. Buchnął dym, dodatkowo zaciemniając powietrze w pomieszczeniu.

Nawet Claire zaczynało drapać w gardle.

Mairead wzięła pogrzebacz i zaczęła poprawiać płonące polana.

– Słyszałam więcej o tych kościach – powiedziała. Claire wciąż odliczała tabletki. Dopiero gdy podniosła wzrok, zobaczyła, że pacjentka przygląda jej się badawczo. Mairead odwróciła się i zamknęła żeliwne drzwiczki pieca.

– Mówią, że to stare kości.

– Owszem.

– Jak stare? – Wyblakłe oczy znów wpatrywały się w nią uważnie.

– Stuletnie, może nawet starsze.

– Są tego pewni?

– Chyba nie mają wątpliwości. Dlaczego?

Mairead odwróciła wzrok.

– Nigdy nie wiadomo, co się tu dzieje. Nic dziwnego, że znaleźli kości na jej działce. Wie pani, kim ona jest, nie? I nie ona jedna. W ostatni Halloween rozpalili sobie wielkie ognisko na polu kukurydzy Warrena Emersona. Ten Emerson to kolejny taki.

– Kolejny jaki?

– Jak się ich nazywa, jeśli to mężczyźni? Czarownikami. Czarownik.

Claire wybuchnęła śmiechem. To był błąd.

– Niech pani popyta w mieście – upierała się Mairead, rozgniewana. – Wszyscy pani powiedzą, że tamtej nocy na polu Emersona płonęło ognisko. A zaraz potem te dzieciaki zaczęły rozróbę w mieście.

– To się może zdarzyć wszędzie. Dzieci zawsze rozrabiają w Halloween.

– To ich święta noc. Ich czarne Boże Narodzenie. Claire spojrzała Mairead Tempie w oczy i uświadomiła sobie, że nie lubi tej starej kobiety.

– Każdy ma prawo wierzyć, w co chce. Tak długo, jak długo nie czyni to krzywdy innym.