Выбрать главу

– Nie uzyskamy przyzwoitych zdjęć – powiedział technik. – Za bardzo się rusza. Może dałaby mu pani jeszcze trochę valium?

– Dostał już pięć miligramów. Bardzo bym nie chciała zniekształcić jego obrazu neurologicznego – wyjaśniła Claire.

– W takim razie nie będzie tomogramu.

Nie miała wyboru. Napełniła strzykawkę i przeszła do pracowni. Wiedziała, że przez okienko przygląda jej się policjant stanowy. Podeszła do stołu i sięgnęła po zawór kroplówki. Nagle, bez uprzedzenia, chłopiec rozczapierzył dłoń. Claire szarpnęła się do tyłu, o włos unikając uchwycenia.

Policjant wszedł do pokoju.

– Nic się nie stało, pani doktor?

– Nic mi nie jest – powiedziała z bijącym sercem. – Po prostu mnie przestraszył.

– Jestem tu. Może mu pani dać lekarstwo.

Szybko chwyciła rurkę dożylną, wbiła igłę w gumowy zawór i wstrzyknęła pełne dwa miligramy.

W końcu dłonie chłopca uspokoiły się.

Zza okna obserwowała, jak skaner zaczął mruczeć i klikać, bombardując głowę Scotty’ego zmienną sekwencją promieni rentgenowskich. Na ekranie komputera ukazał się pierwszy przekrój, z samego czubka czaszki.

– Na razie wygląda normalnie – powiedział technik. – Co spodziewa się pani zobaczyć?

Jakiekolwiek anatomiczne odstępstwo od normy, które mogłoby tłumaczyć jego zachowanie. Jakiś guz, jakiś tumor. Musi być przyczyna. To już drugi chłopiec, u którego spotykamy się z tak nieopanowaną agresją.

Wszyscy się odwrócili, gdy do pokoju wszedł Lincoln. Tragedia odcisnęła na nim swoje piętno – widziała to w jego twarzy, w podbitych oczach i smutku spojrzenia. Dla niego śmierć Faye Braxton oznaczała początek nocy niekończących się konferencji prasowych i spotkań ze śledczymi z policji stanowej. Zamknął drzwi. Wydawało się, że oddycha z ulgą, znajdując w końcu spokojne, choć chwilowe schronienie.

Podszedł do okienka i spojrzał na leżącego na stole chłopca.

– Znaleźliście coś?

– Z Bangor przekazano właśnie wstępne wyniki analiz na narkotyki. W jego krwi nie ma amfetaminy, fencyklidyny ani kokainy, czyli narkotyków zazwyczaj kojarzonych z agresją. Teraz musimy wyeliminować inne przyczyny jego działań. – Spojrzała przez szybę na swego pacjenta. – Wszystko jest tak samo jak u Taylora Darnella. A ten chłopiec nigdy nie brał ritaliny.

– Jesteś pewna?

– Jestem lekarzem rodzinnym Braxtonów. Mam wszystkie karty Scotty’ego z kartoteki doktora Pomeroya.

Stali obok siebie, opierając o okno zmęczone ramiona, oszczędzając energię na czekające ich godziny. Zdała sobie sprawę, że tylko w takich okolicznościach mieli ze sobą jakiś kontakt. Gdy oboje byli zmęczeni albo przestraszeni, albo przygnębieni kryzysową sytuacją. Żadne z nich nie wyglądało najlepiej. Nie żywili na swój temat złudzeń, ponieważ razem przeszli przez najgorsze. Tyle że zaczęłam bardziej go podziwiać, pomyślała ze zdziwieniem.

– To już ostatnie zdjęcia – powiedział technik.

Claire i Lincoln otrząsnęli się z wywołanego wyczerpaniem otępienia i podeszli do monitora. Usiadłaby przyjrzeć się przekrojom mózgu, pojawiającym się na ekranie. Lincoln stanął za nią, położył dłonie na oparciu krzesła, a jego oddech ogrzewał jej włosy.

– I co widzisz? – zapytał.

– Żadnego przesunięcia między półkulami – odrzekła. – Żadnych guzów. Żadnego krwawienia.

– Skąd wiesz, na co patrzysz?

– Im coś na zdjęciu bielsze, tym gęstsze. Kość jest biała, powietrze jest czarne. W miarę przechodzenia do niższych warstw czaszki zaczynasz widzieć fragmenty kości klinowej, u podstawy mózgu. Szukam symetrii. Ponieważ patologia zazwyczaj dotyczy tylko jednej strony mózgu, szukam różnic między obiema półkulami.

Pojawiło się nowe zdjęcie.

– Moim zdaniem, to nie wygląda symetrycznie – powiedział Lincoln.

– Masz rację. Jednak tą asymetrią akurat bym się nie przejmowała, bo nie dotyczy mózgu. To jedna z zatok kostnych.

– Na co patrzycie? – spytał technik.

– Na prawą zatokę przynosową. Widzi pan? Nie jest całkiem przejrzysta. Wygląda na to, że coś ją zaciemnia.

– Pewnie torbiel śluzowa – powiedział technik. – Czasem widujemy coś takiego u pacjentów z chronicznymi alergiami.

– W każdym razie to nie wyjaśnia jego zachowania – orzekła Claire.

Zadzwonił telefon. Był to Anthony z laboratorium.

– Doktor Elliot? Może by pani zeszła do mnie i spojrzała na to, co mam – powiedział. – Chodzi o chromatogram gazowy pani pacjenta.

– Czy znalazł pan coś w jego krwi?

– Nie jestem pewien.

– Proszę mi wytłumaczyć, na czym polega ten test – poprosił Lincoln. – Co pan tu mierzy?

Anthony poklepał przypominający pudło chromatograf i uśmiechnął się jak dumny ojciec. Stojący na stole instrument był niedawnym nabytkiem, cennym sprzętem przejętym ze Stanowego Centrum Medycznego w Bangor, więc strzegł go jak oka w głowie.

– Ten instrument – wyjaśnił – rozdziela mieszanki na poszczególne składniki. Opiera się na znanej dla wszystkich molekuł równowadze między fazą płynną a fazą gazową. Pamięta pan jeszcze chemię ze szkoły średniej?

– Nie był to mój ulubiony przedmiot – przyznał Lincoln.

No cóż, każda substancja może istnieć w postaci ciekłej lub gazowej. Na przykład jeśli grzeje się wodę, tworzy się para, czyli gazowa postać H2O.

– Na razie rozumiem.

– W środku tej maszyny znajduje się kolumna kapilarna – bardzo długa i cienka rurka, która – gdyby ją wyprostować – miałaby długość mniej więcej połowy boiska do futbolu. Wypełnia ją obojętny gaz, który z niczym nie wchodzi w reakcje. Teraz wstrzykuję próbkę, którą mam zbadać – tu, do dozownika. Zostaje ona podgrzana i przechodzi w stan gazowy. Cząsteczki poszczególnych związków przesuwają się wzdłuż rurki z różną prędkością, zależnie od ich masy. Tam się rozdzielają. Na drugim końcu rurki przechodzą przez detektor, a następnie zostają zapisane na papierze. Czas, jakiego dana substancja potrzebuje, by przejść przez całą rurkę, nazywa się czasem retencji. Znamy już czasy retencji dla setek różnych leków i toksyn. Ten test mówi nam, że we krwi pacjenta znajduje się konkretna substancja. – Ujął strzykawkę i przykręcił do dozownika chromatografu. – Patrzcie na monitor. Zobaczycie, co się dzieje, gdy wstrzykuję próbkę krwi pacjenta. – Anthony nacisnął tłoczek strzykawki.

Na ekranie komputera pojawiła się nierówna linia. Przez chwilę przyglądali się wykresowi, ale dla Claire wyglądało to tylko jak „szum” – drobne, niespecyficzne odczyty, wskazujące biochemiczną zupę, tworzącą ludzką plazmę.

– Cierpliwości – powiedział Anthony. – Pojawia się po minucie i dziesięciu sekundach.

– Co się pojawia? – zapytała Claire. Pokazał palcem ekran.

– To.

Claire zobaczyła, że linia nagle wystrzeliła w górę i zaraz nów opadła z powrotem do nierównej linii podstawowej.

– Co to takiego było? – spytała.

Anthony podszedł do drukarki, która równocześnie rejestrowała kopię na papierze. Oderwał wydruk i rozłożył na stole laboratoryjnym przed Claire i Lincolnem.

– Tego sygnału – rzekł – nie jestem w stanie zidentyfikować. Czas retencji umieszcza go w klasie sterydów, ale podobne piki dają niektóre witaminy i endogenny testosteron. Jedynie bardziej wyrafinowana aparatura byłaby w stanie wykryć, co to takiego.

– Wspomniał pan o endogennym testosteronie – powiedziała Claire. – Czy możemy mieć tu do czynienia ze sterydem anabolicznym? Czymś, czego nastoletni chłopiec mógłby nadużyć? – Spojrzała na Lincolna. – To by wyjaśniało objawy. Kulturyści czasami stosują sterydy do budowania masy mięśniowej. Niestety, dają one skutki uboczne, a jednym z nich jest nie kontrolowana agresja.