– Warto się nad tym zastanowić – potwierdził Anthony. – Jakiś rodzaj sterydu anabolicznego. A teraz spójrzcie na to. – Podszedł do biurka i wyciągnął inny zwój papieru z wykresem.
– Co to takiego?
– To chromatogram gazowy Taylora Darnella, zrobiony w dniu przyjęcia do szpitala. – Położył wykres koło wykresu Scotty’ego Braxtona.
Były identyczne. Pojedynczy, wyraźnie określony pik po jednej minucie i dziesięciu sekundach.
– Cokolwiek to jest – powiedział Anthony – obaj chłopcy mieli to we krwi.
– Wszechstronna analiza krwi Taylora nic nie wykazała.
– Tak, zadzwoniłem w tej sprawie do laboratorium. Kwestionowali nasze wyniki. Zupełnie jakbym sobie wymyślił ten pik, czy co. Przyznaję, że ta maszyna jest starszego typu, ale rezultaty są za każdym razem takie same.
– Z kim pan rozmawiał?
– Z jakimś biochemikiem z Anson Biologicals.
Claire spojrzała na oba wykresy, papiery leżące jeden nad drugim. Linie przebiegały niemal identycznie. Dwóch chłopców zachowujących się w taki sam, niewytłumaczalny sposób. Ta sama nie zidentyfikowana substancja w ich krwiobiegu.
– Proszę wysłać im krew Scotty’ego Braxtona – poleciła. – Chcę wiedzieć, jaka jest przyczyna tego wzrostu.
– Mam już wypełnione zamówienie. Wystarczy, by pani podpisała – powiedział Anthony.
Do drugiej nad ranem Claire zdążyła przestudiować wszystkie zdjęcia rentgenowskie, wszystkie analizy krwi, ale nie zbliżyła się do odpowiedzi. Siedziała wyczerpana przy łóżku chłopca, przyglądając mu się w ciszy. Próbowała uświadomić sobie, co przeoczyła. Punkcja kręgosłupa była w porządku, tak samo jak analizy krwi i EEG. Tomografia wykazała jedynie torbiel śluzową w prawej zatoce przynosowej – prawdopodobnie skutek chronicznej alergii. Alergia wyjaśniałaby także jedyne odstępstwo od normy w białych ciałkach krwi: wysoki poziom eozynofili. Tak samo jak u Taylora Darnella, przypomniała sobie nagle.
Scotty poruszył się przez wymuszony dzięki valium sen i otworzył oczy. Zamrugał i utkwił wzrok w Claire.
Zgasiła światło i ruszyła do drzwi. Nawet w ciemnościach widziała błysk jego szeroko otwartych oczu.
I nagle zdała sobie sprawę, że to nie jego oczy błyszczą.
Powoli zawróciła do łóżka. Mogła rozróżnić białą pościel pod głową chłopca, ciemniejszy kształt głowy na poduszce. Na górnej wardze lśniła fosforyzująca zielona plama.
– Siadaj, Noah – powiedziała Fern Cornwallis. – Jest coś, o czym musimy porozmawiać.
Noah zawahał się na progu, nie śpiesząc się, by wejść do gabinetu dyrektorki. Wrogie terytorium. Nie wiedział, dlaczego wyciągnięto go z klasy, ale sądząc po wyrazie twarzy pani Cornwallis, nie mogło to być nic dobrego.
Inne dzieciaki patrzyły na niego z ciekawością, gdy interkom na lekcji muzyki zaskrzeczał: „Noah Elliot, pani Cornwallis chce cię widzieć u siebie w gabinecie. Natychmiast”. Świadomy spojrzeń wszystkich kolegów, odłożył saksofon i przedarł się do drzwi przez labirynt krzeseł i pulpitów nutowych. Wiedział, że wszyscy w klasie zastanawiają się, co narozrabiał.
Nie miał pojęcia.
– Noah? – powtórzyła dyrektorka, wskazując krzesło. Usiadł. Nie patrzył na nią, ale na niewyobrażalnie czyste biurko. Żadna ludzka istota nie mogła mieć takiego biurka.
– Dostałam dziś pocztą coś, o co muszę cię spytać – powiedziała. – Nie wiem, kto to przysłał. Ale cieszę się, że tak się stało, ponieważ gdy jeden z moich uczniów wymaga szczególnej opieki, powinnam o tym wiedzieć.
– Nie rozumiem, o czym pani mówi.
W odpowiedzi pchnęła w jego stronę fotokopię wycinka prasowego. Rzucił okiem i czuł, że blednie. Wycinek pochodził z „The Baltimore Sun”.
KRAKSA KRADZIONEGO SAMOCHODU. JEDEN CHŁOPIEC W CIĘŻKIM STANIE; CZTERECH CHŁOPCÓW ZATRZYMANYCH. Kto o tym wiedział, myślał. I, co ważniejsze, dlaczego mi to robią?
– Przeprowadziłeś się tu z Baltimore, prawda? – spytała pani Cornwallis.
Noah przełknął ślinę.
– Tak, proszę pani – wykrztusił.
– W tym artykule nie wymieniono żadnych nazwisk. Była jednak do niego przyczepiona karteczka, sugerująca, że powinnam z tobą o tym porozmawiać. – Spojrzała na niego. – To o tobie, prawda?
– Kto to przysłał?
– To teraz nie jest ważne.
– Na pewno któryś z reporterów. – Nagle gniewnie uniósł podbródek. – Ciągle za mną łażą, zadają pytania. A teraz chcą mi odpłacić!
– Za co?
– Za to, że nie chcę z nimi rozmawiać.
Westchnęła.
– Noah, wczoraj trzem nauczycielom włamano się do samochodów. Czy coś o tym wiesz?
– Szuka pani kogoś, na kogo można zrzucić winę, tak?
– Pytam tylko, czy wiesz coś o samochodach. Spojrzał jej prosto w oczy.
– Nie – odrzekł i wstał. – Czy mogę już iść?
Nie wierzyła mu – widział to po jej minie. Jednak nic więcej nie mogła powiedzieć.
– Wracaj na lekcję.
Wyszedł z jej gabinetu, przeszedł obok wścibskiej sekretarki i wpadł do holu. Nie wrócił do klasy, ale wyszedł na dwór i trzęsąc się, usiadł na schodkach przed szkołą. Nie miał kurtki, ale właściwie nie zauważał zimna – zbyt skupił się na powstrzymaniu łez.
I tu też już nie mogę żyć, myślał. Nigdzie nie mogę żyć. Wszystko jedno, gdzie pojadę, zawsze się ktoś dowie o tym, co zrobiłem. Objął rękami kolana i kołysał się, desperacko pragnąc znaleźć się w domu, ale było to za daleko, żeby iść na piechotę, a mama nie mogła teraz po niego przyjechać.
Usłyszał trzaśniecie zamykanych drzwi sali gimnastycznej. Spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył wychodzącą blondynkę. Rozpoznał ją – to ta reporterka, Damaris Horne. Przeszła przez ulicę i wsiadła do samochodu. Ciemnozielonego samochodu.
To ona.
Przebiegł przez jezdnię.
– Hej! – krzyknął i ze złością uderzył w drzwi jej samochodu. – Niech się pani, do cholery, trzyma ode mnie z daleka!
Opuściła okno i wbiła w niego niemal drapieżny wzrok.
– Cześć, Noah. Chciałbyś o czymś pogadać?
– Chciałbym tylko, żeby pani przestała rozwalać mi życie!
– W jaki sposób rozwalam ci życie?
– Jeżdżąc za mną! Opowiadając ludziom o Baltimore!
– A co ma tu do rzeczy Baltimore?
Wlepił w nią wzrok, nagle uświadamiając sobie, że reporterka nie ma pojęcia, o czym on mówi. Cofnął się.
– Nieważne.
– Noah, nie jeżdżę za tobą.
– Owszem, jeździ pani. Widziałem pani samochód. Wczoraj, koło mojego domu. I przedwczoraj.
– To nieprawda.
– A w mieście śledziła pani moją mamę i mnie!
– Ależ wtedy po prostu przypadkiem za wami stanęłam. I co z tego? Czy masz pojęcie, ilu reporterów jest w tej chwili w miasteczku? Ile zielonych samochodów jeździ po ulicach?
Cofnął się jeszcze dalej.
– Po prostu proszę trzymać się ode mnie z daleka.
– A może porozmawiamy? Może mi powiesz, co się dzieje w szkole? O co toczą się te wszystkie bójki? Noah? Noah!
Odwrócił się i uciekł do szkoły.
Dwa pitbulle warczały i szczekały na samochód Claire, drapiąc pazurami drzwiczki. Siedziała bezpiecznie zamknięta w środku i przez szerokość podwórka patrzyła na zaniedbany dom. Na podwórzu przez lata nagromadziły się różne śmieci. Widziała przyczepę opartą na cegłach i trzy rozwalone samochody w różnym stadium zniszczenia. Przez otwarte drzwiczki rdzewiejącej suszarki lękliwie wyjrzał kot. W kraju oszczędnych jankesów takie podwórza nie były niczym niezwykłym. Rodziny, które zaznały biedy, przechowywały swoje śmiecie jak skarby.