Nacisnęła na klakson, opuściła nieco szybę i zawołała:
– Hej? Czy jest ktoś w domu?
W jednym z okien poruszyła się podarta firanka, a chwilę później otworzyły się drzwi i na ganek wyszedł mniej więcej czterdziestoletni blondyn. Przeciął podwórko, stanął przy samochodzie i patrzył na nią bez uśmiechu. Psy szczekały i skakały przy jego nogach. Wszystko w tym człowieku było niewyraźne – chuda twarz, rzadkie włosy, mały wąsik. Niewyraźne i wrogie.
– Jestem doktor Elliot – przedstawiła się. – Czy pan Reid?
– Taaa.
– Jeśli można, chciałabym porozmawiać z państwa synami. Chodzi o Scotty’ego Braxtona.
– Co z nim?
– Jest w szpitalu. Mam nadzieję, że pańscy synowie potrafią mi powiedzieć, co z nim jest nie tak.
– To pani jest lekarzem. Pani nie wie?
– Myślę, że to psychoza ponarkotykowa. Moim zdaniem, i on, i Taylor Darnell brali to samo. Pani Darnell powiedziała mi, że Scotty i Taylor spędzali wiele czasu z pańskimi synami. Gdybym mogła z nimi porozmawiać…
– Nic pani nie powiedzą – oznajmił Jack Reid i odsunął się od samochodu.
– Być może wszyscy eksperymentowali z tym samym narkotykiem.
– Moi chłopcy nie są tacy głupi. – Odwrócił się ku domowi, okazując swoją pogardę gniewnym wyprostowaniem ramion.
– Nie chcę wpakować ich w kłopoty! – zawołała za nim. – Chodzi mi tylko o informację!
Na werandzie pojawiła się kobieta. Rzuciła Claire pełne niepokoju spojrzenie i powiedziała coś do Reida. W odpowiedzi wepchnął ją na powrót do domu. Psy odbiegły teraz od Claire i czekały pod gankiem w nadziei na nową awanturę.
Claire opuściła okienko i wysunęła głowę.
- Jeśli ja nie mogę porozmawiać z państwa synami, poproszę policję, żeby zrobiła to w moim imieniu. Czy woli pan rozmawiać z Lincolnem Kellym?
Odwrócił ku niej ściągniętą gniewem twarz. Kobieta ostrożnie wysunęła głowę i także patrzyła na Claire.
– Rozmowę z państwa synami zachowam w tajemnicy – obiecała Claire. – Proszę mi pozwolić się z nimi spotkać, a nie wciągnę w to policji.
Kobieta powiedziała coś do Reida – sądząc z języka jej ciała, prosząc go o coś. Parsknął z wściekłością i wszedł, tupiąc, do domu.
Kobieta podeszła do samochodu Claire. Tak samo jak Reid, miała blond włosy i bezbarwną twarz, ale w jej oczach nie było wrogości. Raczej widniał tam niepokojący brak jakichkolwiek emocji, jak gdyby dawno pochowała swoje uczucia w głębokim, bezpiecznym miejscu.
– Chłopcy dopiero co wrócili ze szkoły – powiedziała.
– Czy pani Reid?
– Tak, proszę pani. Jestem Grace. – Rzuciła okiem na dom. - Ci chłopcy już nieraz wpakowali się w kłopoty. Pan Kelly powiedział, że jeśli to się jeszcze raz zdarzy…
– Nic mu nie powiem. Przyjechałam tu tylko ze względu na mego pacjenta, Scotty’ego. Muszę wiedzieć, co zażywał, a pani chłopcy zapewne będą mogli mi to powiedzieć.
– To chłopcy Jacka, nie moi. – Spojrzała Claire w twarz, jakby szczególnie zależało jej, by to zrozumiała. – Nie mogę ich zmusić, żeby z panią porozmawiali. Ale proszę wejść do środka. Najpierw przywiążę psy.
Chwyciła oba pitbulle za obroże i zaciągnęła pod klon, żeby je przywiązać. Natychmiast napięły łańcuchy, szczekając wściekle, gdy Claire wysiadała z samochodu i szła za kobietą na ganek.
Dom robił wrażenie labiryntu jaskiń o niskich sufitach, zastawionych licznymi sprzętami.
– Zawołam ich – powiedziała Grace i zniknęła na schodach, zostawiając Claire samą w dużym pokoju. Telewizor był włączony na kanale telezakupów. W leżącym na stole notatniku ktoś napisał: „Chanel No. 5, 4 uncje, $14.99”. Claire pomyślała, że chyba perfumy nie byłyby w stanie zagłuszyć panującego w tym domu zapachu biedy, wilgoci i papierosów.
Na schodach zadudniły ciężkie kroki i do pokoju weszło dwóch nastoletnich chłopców. Dzięki identycznemu ostrzyżeniu na zapałkę ich blond głowy wydawały się nienaturalnie małe. Nie odezwali się, stali tylko, patrząc na nią obojętnie niebieskimi oczyma. Uprzejmość nastolatków.
– To Eddie i J.D. – powiedziała Grace.
– Jestem doktor Elliot – przedstawiła się Claire. Spojrzała na Grace, która zrozumiała i cicho wyszła z pokoju.
Chłopcy padli na kanapę, a ich wzrok automatycznie skierował się na ekran telewizora. Nawet gdy Claire sięgnęła po pilota i wyłączyła telewizor, nadal gapili się w ciemny ekran, jakby z przyzwyczajenia.
– Wasz przyjaciel Scotty Braxton jest w szpitalu – powiedziała. – Wiecie o tym?
Zapadła długa cisza. Przerwał ją w końcu młodszy z braci, może czternastoletni.
– Słyszeliśmy, że wczoraj wieczorem mu odbiło.
– No właśnie. Jestem jego lekarzem i staram się dowiedzieć, dlaczego tak się stało. Cokolwiek mi powiecie, zostanie między nami. Muszę wiedzieć, jaki brał narkotyk.
Chłopcy wymienili spojrzenie, którego Claire nie zrozumiała.
– Wiem, że coś brał. Tak samo jak Taylor Darnell. Wykazały to analizy krwi ich obu.
– To po co pani nas pyta? – odezwał się J.D. Jego głos był niższy od głosu Eddiego i wibrował pogardą. – Skoro pani wie.
– Nie wiem, co to konkretnie było.
– Czy to pigułka? – spytał Eddie.
– Niekoniecznie. Sądzę, że jakiś rodzaj hormonu. To mogła być pigułka, zastrzyk, a nawet jakaś roślina. Hormony to związki chemiczne produkowane przez żywe organizmy. Rośliny, zwierzęta, owady. Wpływają na działanie naszego ciała na różne sposoby. Ten konkretny hormon sprawia, że ludzie stają się gwałtowni. Że zabijają. Czy wiecie, skąd go dostał?
Eddie nagle spuścił wzrok, jakby bał się na nią spojrzeć.
– Widziałam dziś rano w szpitalu Scotty’ego – powiedziała sfrustrowana. – Jest przywiązany, jak zwierzę. Teraz jest mu źle, ale będzie jeszcze gorzej, gdy narkotyk przestanie działać. Gdy oprzytomnieje i uświadomi sobie, co zrobił swojej matce. I swojej siostrze. – Przerwała, mając nadzieję, że jej słowa docierają do ich tępych głów. – Jego matka nie żyje. Jego siostra wciąż jest w ciężkim stanie po ranach, jakie jej zadał. Przez resztę życia Kitty będzie wspominać brata jako chłopca, który próbował ją zabić. Ten narkotyk zrujnował życie Scotty’ego. I Taylora. Musicie mi powiedzieć, skąd go mieli.
Obaj chłopcy patrzyli w dół, na stolik, widziała więc jedynie jasną szczecinkę na czubkach ich głów. Znudzony J.D. wziął pilota i włączył telewizor. Telesklep zachęcał do okazji: ręcznie robiony wisiorek ze szmaragdem na łańcuszku z czternastokaratowego złota oferowano za jedyne siedemdziesiąt dziewięć dolarów i dziewięćdziesiąt dziewięć centów.
Claire wyrwała pilota z ręki J.D. i gniewnie wyłączyła telewizor.
– Skoro mnie nie macie nic do powiedzenia, będziecie musieli porozmawiać z panem Kellym.
Eddie zaczął mówić, ale zerknął na starszego brata i zamknął się. Dopiero wtedy Claire zauważyła podstawową różnicę między nimi dwoma. Eddie bał się J.D.
Położyła na stoliku swoją wizytówkę.
– Gdybyście zmienili zdanie, tu mnie możecie zastać – powiedziała, patrząc na Eddiego. I wyszła z domu.
Gdy pojawiła się na ganku, oba pitbulle rzuciły się ku niej, niemal zawisając na łańcuchach. Jack Reid rąbał przed domem drzewo na opał – jego siekiera dźwięcznie uderzała w pieniek. Nie starał się uspokoić psów, być może odpowiadało mu to, że straszą niechcianego gościa. Claire przeszła przez podwórze, koło rdzewiejącej suszarki i samochodu z wybebeszonym silnikiem. Gdy mijała Reida, przestał machać siekierą i spojrzał na nią. Miał pot na czole i cienkim wąsiku. Oparł się na siekierze, a w oczach świeciła mu złośliwa satysfakcja.