Pielęgniarka włączyła defibrylator i przystawiła elektrody do piersi chłopca. Scotty podskoczył, gdy prąd elektryczny przebiegł mu przez ciało.
– Migotanie trwa – stwierdził McNally. – Podjąć masaż serca. Czy dostał już bretylium?
– Właśnie dostaje – odpowiedziała pielęgniarka.
– Cofnąć się! – Kolejny wstrząs elektryczny.
– Nadal migocze – powiedział McNally. Rzucił okiem na Claire. – Jak długo był pod wodą?
– Nie wiem. Prawdopodobnie około godziny. Ale jest młody, a temperatura wody bliska zeru. – Nawet pozornie martwe dziecko czasami udawało się przywrócić do życia po zanurzeniu w zimnej wodzie. Nie mogli się jeszcze poddawać.
– Temperatura ciała wzrosła do trzydziestu dwóch stopni – powiedziała pielęgniarka.
– Kontynuujcie sztuczne oddychanie i ogrzewajcie go. Być może mamy szansę.
– Co to za krew z nosa? – spytała pielęgniarka. – Uderzył się w głowę?
Jasnoczerwony strumyczek spłynął z nozdrza chłopca po policzku i kapnął na podłogę.
– Krwawił już, gdy go wyciągnęliśmy – wyjaśniła Claire. – Może upadł na kamienie.
– Nie ma żadnych uszkodzeń twarzy ani czaszki. McNally sięgnął po elektrody.
– Cofnijcie się. Zrobimy jeszcze jeden wstrząs.
Lincoln znalazł ją w pokoju lekarskim. Przebrała się w szpitalny kitel i siedziała skulona na kanapie, bezmyślnie popijając kawę, gdy usłyszała zamykające się drzwi. Poruszał się tak cicho, że nie wiedziała, kto to, dopóki kolo niej nie usiadł.
– Powinnaś jechać do domu, Claire – powiedział. – Nie masz po co tu siedzieć. Jedź do domu, proszę.
Zamrugała i oparła głowę na rękach, powstrzymując łzy. Publiczne opłakiwanie śmierci pacjenta oznaczało utratę kontroli nad sobą. Zdjęcie profesjonalnej maski. Zesztywniała cała, usiłując powstrzymać łzy.
– Muszę cię ostrzec – powiedział. – Gdy wyjdziesz ze szpitala, zobaczysz tłum. Ekipy telewizyjne zaparkowały samochody tuż koło wyjścia. W drodze na parking musisz się przez nich przedrzeć.
– Nie mam im nic do powiedzenia.
– To nie mów. Pomogę ci przejść, jeśli chcesz. – Czuła, że Lincoln położył jej rękę na ramieniu. Delikatne przypomnienie, że pora się ruszyć.
– Zadzwoniłam do najbliższej rodziny Scotty’ego – powiedziała, ocierając dłonią oczy. – Jest tylko kuzynka matki, która właśnie przyjechała z Florydy, by być z Kitty podczas rekonwalescencji. Powiedziałam jej, że Scotty nie żyje, i wiesz, co usłyszałam? Uznała, że „to błogosławieństwo”. – Spojrzała na Lincolna i dostrzegła w jego oczach niedowierzanie. – Tak właśnie to nazwała: błogosławieństwo. Kara boska.
Objął ją, a ona przycisnęła twarz do jego ramienia. W milczeniu zachęcał ją do łez, ale nie pozwoliła sobie na taki luksus. Wciąż jeszcze musiała stanąć twarzą w twarz z gromadą reporterów – nie pokaże im przecież oczu zapuchniętych od płaczu.
Szedł tuż obok niej, gdy wychodzili ze szpitala. Razem z zimnym powietrzem uderzyła w nich kanonada pytań.
– Doktor Elliot! Czy to prawda, że Scotty Braxton nadużywał narkotyków?
– … Pogłoski o gangu młodocianych morderców?
– Czy naprawdę odgryzł sobie kciuk?
Ogłuszona krzykiem, na ślepo weszła w tłum, nie rozróżniając żadnych twarzy. Pod nos podetknięto Claire magnetofon. Drogę zagrodziła jej kobieta o obfitej grzywie złotych włosów.
– Czy to prawda, że w historii tego miasteczka morderstwa występują regularnie od stuleci?
– Co takiego?
– Te stare kości znalezione nad jeziorem. To było masowe morderstwo. A sto lat wcześniej…
Lincoln szybko wsunął się między kobiety.
– Idź sobie, Damaris.
Kobieta roześmiała się niewinnie.
– Hej, przecież wykonuję jedynie swoją pracę.
– Idź sobie pisać o dzieciach Marsjan! Ją zostaw w spokoju.
Nowy głos zawołał:
– Doktor Elliot!
Claire odwróciła się, by spojrzeć, kto woła, i rozpoznała Mitchella Groome’a. Reporter wysunął się naprzód, nie spuszczając z niej wzroku.
– Flanders, Iowa – powiedział cicho. – Czy to samo dzieje się tutaj?
Pokręciła głową.
– Nie wiem – odparła bezradnie.
Rozdział 13
Od zimnego powietrza Warrena Emersona bolały już płuca. Dziś rano na termometrze za oknem było dwanaście stopni mrozu, ubrał się więc ciepło. Pod kurtkę włożył dwie koszule i sweter, na głowę naciągnął czapkę, na ręce rękawiczki, a wokół szyi okręcił szalik. Nie mógł jednak ogrzać wciąganego do płuc powietrza. Drapało go w gardle, w płucach czuł ból. Jego oddech brzmiał, jakby lokomotywa pędziła po torach. Ziuuuuu – kaszel, ziuuuu – kaszel. Przecież to jeszcze nie zima, pomyślał, a już cały świat zamarzł. Nagie gałęzie krystalicznie błyszczały od szronu. Musiał iść powoli, bo droga była śliska. Ostrożnie stąpał po lodzie tam, gdzie przejeżdżające ciężarówki zostawiły po sobie nieco piasku spod kół. Trudno mu było utrzymać się na nogach, a gdy w końcu dotarł do pierwszych zabudowań miasteczka, nogi drżały pod nim z wysiłku.
Słysząc dzwonek otwieranych drzwi, kasjerka w sklepie „Cobb i Morong, Towary Mieszane” uniosła głowę. Warren uśmiechnął się do niej, jak co tydzień, nie tracąc nadziei, że kobieta kiedyś odwzajemni powitanie. Zobaczył, jak kąciki jej warg unoszą się automatycznie, ale nagle zdaje sobie sprawę, kim jest przybysz, i jej uśmiech zamarza w pół drogi. Odwróciła wzrok.
Milczący i upokorzony Warren sięgnął po wózek na zakupy.
Zgodnie ze zwykłą rutyną ruszył wzdłuż półek po trzeszczących deskach podłogi. Przystanął przed konserwowymi warzywami, wpatrując się w półki zastawione puszkami kukurydzy, zielonej fasolki i buraczków. Ich barwne etykiety przywodziły na myśl letnią świeżość. Etykietki kłamią, pomyślał. Nie ma porównania między puszką pełną pomarańczowego koloru kostek a słodką, świeżo wyciągniętą z ziemi marchewką. Stal przed półką, nie sięgając po żadne towary, myśląc zamiast tego o letnich warzywach, które uprawiał i których mu teraz tak bardzo brakowało. Liczył miesiące do wiosny, dodał parę na wyrośnięcie nowych upraw. Wydawało mu się, że całe życie spędził na czekaniu, aż minie zima, albo na przygotowywaniu się do nadchodzącej. Pomyślał: Dosyć. Przeżyłem już zbyt wiele zim. Nie mogę znieść myśli o kolejnej.
Zostawił wózek w miejscu, przeszedł obok tradycyjnie nieuśmiechniętej kasjerki i wyszedł ze sklepu.
Zatrzymał się na chodniku przed wejściem i spojrzał na drugą stronę drogi, na świeżo zamarznięte jezioro. Jego powierzchnia błyszczała niby wypolerowane lustro, wysrebrzone, niezmatowione nawet odrobiną śniegu. Lód do ślizgania się, pomyślał, wspominając zimy z czasów swego dzieciństwa, pęd po lodzie na łyżwach, cudowne skrzypienie ostrzy.
Przeżyłem dość zim. Nie chcę więcej.
Wciągnął powietrze i gdzieś głęboko w płucach poczuł ukłucie lodowatego powietrza. Ostre. Karzące.
Kot znów siedział w witrynie sklepu „Za Jedną Cenę” przy ulicy Elm. Mył się właśnie, a jego futerko było błyszczące i czarne jak smoła. Na widok Claire przerwał na chwilę ablucje i spojrzał na nią z pogardą.
Zerknęła na niebo. Było czyste i niebieskie – po takim nieskazitelnym błękicie nadchodzi paskudnie zimna noc. Od śmierci Scotty’ego Braxtona przed czterema dniami zima zapanowała okrutnie i zdecydowanie. Całe jezioro pokrywała już równomierna tafla lodu, a zamieszczone tego ranka w gazecie nekrologi wszystkie kończyły się tym samym zdaniem: „Pogrzeb odbędzie się na wiosnę”. Gdy ziemia rozmarznie. Gdy wróci wiosna.