Выбрать главу

Czy wiosną jeszcze tu będę?

Skręciła w zaułek Tannery. Tablica nad drzwiami chwiała się na wietrze jak szyld tawerny:

POSTERUNEK POLICJI MIASTA TRANQUILITY Podeszła wprost do biurka Lincolna i położyła przed nim najnowsze wydanie „Weekly Informer”.

Zerknął na nią znad okularów.

– Jakieś problemy, Claire?

– Właśnie idę z „Monaghan’s Diner”, gdzie wszyscy mówili wyłącznie o tym. Najnowszy śmieć pióra Damaris Horne.

Zerknął na tytuł: MIASTECZKO W SZPONACH ZŁA.

– To tylko bostoński magazyn – powiedział. – Nikt tego nie traktuje poważnie.

– Czytałeś to?

– Nie.

– Wszyscy u Monaghana czytali. I są tak wystraszeni, że mówią o trzymaniu pod ręką nabitej broni, na wypadek gdyby jakiś opętany przez diabła nastolatek chciał im ukraść samochód czy coś takiego.

Lincoln jęknął i zdjął okulary.

– Cholera. Jeszcze tego mi brakowało.

– Wczoraj zaszyłam rany trzem pacjentom. Jednym z nich był dziewięciolatek, który rozwalił szybę pięścią. Mamy dość kłopotów z dzieciakami. Teraz i dorosłym zaczyna odbijać. – Oparła się o jego biurko obiema dłońmi. – Lincoln, nie możesz czekać do zebrania, by pogadać z tymi ludźmi. Musisz teraz zapobiec histerii. Te Dinozaury ogłosiły sezon polowań na dzieci.

– Nawet kretyni mają prawo do wolności słowa.

– Więc przynajmniej zamknij twarze własnym ludziom! Którego to z twoich policjantów Damaris cytuje? – Popukała palcem w stronicę. – Sam przeczytaj.

Spojrzał na wskazywany przez nią fragment.

Co się kryje za epidemią agresji w tym miasteczku?

Wiele osób sądzi, że zna odpowiedź, ale ich wyjaśnienia są tak niepokojące dla miejscowych władz, że mało kto zgadza się rozmawiać oficjalnie. Jeden z miejscowych policjantów (który pragnie zachować anonimowość) prywatnie potwierdził ponure domysły miejscowych mieszkańców: to sataniści opanowali Tranquility.

– Wiemy bardzo dobrze, że wśród nas mieszkają czarownice – powiedział. – Jasne, nie nazywają tak siebie i mówią, że tylko wielbią duchy ziemi i takie tam. Ale czarnoksięstwo od wieków było związane z kultem diabła, trudno więc nie zadawać sobie pytania, co ci tak zwani czciciele ziemi naprawdę robią nocą w lasach.

Poproszony o bliższe wyjaśnienia, powiedział:

– Mieliśmy sporo skarg od ludzi, którzy słyszeli w lesie odgłosy bębnów. Niektórzy widzieli światła migające na Beech Hill, gdzie przecież nikt nie mieszka.

Odgłosy bębnów i dziwne światła w lesie to nie jedyne alarmujące znaki, że coś jest nie w porządku w tym odciętym od świata miasteczku. Opowieści o satanistycznych rytuałach od dawna stanowią trzon lokalnego folkloru. Pewna kobieta wspomina, że już w dzieciństwie słyszała szeptane opowieści o tajemnych obrzędach i niemowlętach znikających wkrótce po urodzeniu. Inni cytują przerażające dziecięce relacje o uroczystościach, podczas których małe zwierzęta, a nawet dzieci, ofiarowywano w imię Szatana…

– Który to z twoich ludzi rozmawiał z tą reporterką? – powtórzyła Claire.

Z pociemniałą z gniewu twarzą Lincoln skoczył na równe nogi.

– Floyd! Floyd! – krzyknął od drzwi. – Kto z was, do cholery, gadał z tą Damaris Horne?

– Hmmm… ty, Lincoln. W zeszłym tygodniu. – Głos Floyda nie brzmiał zbyt pewnie.

– Jeszcze ktoś musiał z nią rozmawiać. Kto to był?

– Nie ja. – Floyd przerwał i po chwili dodał cicho: – Ta baba mnie naprawdę przeraża. Robi wrażenie, jakby chciała pożreć człowieka żywcem.

Lincoln wrócił do biurka i usiadł, wciąż wyraźnie zły.

– Mamy tu sześciu ludzi – powiedział. – Postaram się znaleźć winnego. Ale anonimowe przecieki są niemal nie do wykrycia.

– Czy mogła wymyślić sobie tę wypowiedź?

– Znając Damaris, tak.

– A jak dobrze ją znasz?

– Lepiej niżbym chciał.

– Cóż to znaczy?

– No, nie mam zamiaru uciec z nią do Rio – uciął. – To cholernie uparta baba i najwyraźniej zawsze dostaje to, co chce.

– Łącznie z miejscową policją.

Zobaczyła, że w oczach znów błysnął mu gniew. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Nagle poczuła niespodziewaną iskrę zainteresowania. Zdumiało ją, że stało się to akurat w tym momencie. Tego ranka nie wyglądał najlepiej. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, jakby sfrustrowany przeczesywał je wielokrotnie palcami, ubranie też miał bardziej pomięte niż zazwyczaj, a oczy zaczerwienione z niewyspania. Z jego twarzy można było wyczytać cały stres, wynikający z pracy i życia osobistego.

W sąsiednim pokoju zadzwonił telefon. W drzwiach gabinetu Lincolna pojawił się Floyd.

– Właśnie dzwoniła kasjerka ze sklepu „Cobb i Morong”. Pani doktor, mogłaby pani tam pojechać?

– Po co? – zapytała. – Co się stało?

– Och, to tylko ten stary Warren Emerson. Znowu ma atak.

Na chodniku zgromadził się mały tłumek. W środku leżał stary człowiek w znoszonym ubraniu. Nogi kopały w ataku epilepsji. Z rany na głowie płynęła krew, a na chodniku zaczęła już zamarzać jej spora, czerwona kałuża. Nikt z obecnych nie starał się pomóc choremu; wszyscy odsunęli się, jakby bojąc się go dotknąć, a nawet doń zbliżyć.

Claire przyklękła przy chorym mężczyźnie. Chciała zapobiec dalszym obrażeniom i przypadkowemu wciągnięciu wydzieliny do płuc. Przekręciła go na bok, rozluźniła mu szalik i wsunęła pod policzek, by ochronić chorego przed zetknięciem z lodowatym chodnikiem. Skórę miał zaczerwienioną od zimna, ale nie siną; puls przyśpieszony, lecz silny.

– Kiedy zaczął się atak? – zawołała.

Nikt jej nie odpowiedział. Uniosła głowę i zobaczyła, że gapie cofnęli się jeszcze dalej, a wpatrywali się nie w nią, tylko w mężczyznę. Słychać było jedynie wiatr wiejący od jeziora, szarpiący płaszcze i szaliki.

– Kiedy? – powtórzyła z nutą zniecierpliwienia.

– Jakieś pięć, może dziesięć minut – usłyszała w końcu.

– Czy wezwano karetkę?

Wszyscy pokręcili głowami, wzruszyli ramionami.

– To tylko stary Warren – powiedziała kobieta, w której Claire rozpoznała kasjerkę ze sklepu. – Nigdy dotąd nie potrzebował karetki.

– Ale teraz potrzebuje! – ucięła Claire gniewnie. – Proszę zadzwonić po pogotowie!

– Atak już mija – oznajmiła kasjerka. – Za chwilę mu przejdzie.

Nogi mężczyzny podrygiwały teraz tylko sporadycznie – jego mózg wystrzeliwał ostatnie iskry swojej burzy elektrycznej. W końcu uspokoił się. Claire znów sprawdziła Warrenowi puls – wciąż był mocny i równomierny.

– Widzi pani, już wszystko w porządku – powiedziała kasjerka. – Zawsze się to tak kończy.

– Potrzebuje szwów. I zbadania przez neurologa – oświadczyła Claire. – Kto jest jego lekarzem?

– Dawniej leczył go doktor Pomeroy.

– Chyba teraz też ktoś mu przepisuje lekarstwa na epilepsję. Jaka jest jego historia choroby? Ktoś wie?

– Czemu pani nie spyta samego Warrena? Już się budzi. Opuściła wzrok i zobaczyła, że Warren Emerson powoli unosi powieki. Choć otaczali go ludzie, patrzył wprost w niebo, jakby je widział po raz pierwszy w życiu.

– Panie Emerson – powiedziała Claire. – Może pan na mnie popatrzeć?

Przez chwilę nie zareagował. Wydawało się, że przebywa jeszcze gdzie indziej – śledził wzrokiem płynącą po niebie chmurkę.

– Warren?

W końcu przeniósł na nią wzrok, marszcząc brwi, jakby usiłował zrozumieć, czego chce od niego ta nieznajoma kobieta.

– Znów to miałem – mruknął. – Tak?