Выбрать главу

– Jestem doktor Elliot. Zaraz będzie tu karetka pogotowia i zabierzemy pana do szpitala.

– Chcę iść do domu…

– Rozciął pan sobie głowę i trzeba założyć szwy.

– Ale mój kot… mój kot jest w domu.

– Pańskiemu kotu nic się nie stanie. Kto jest pana lekarzem?

Wydawało się, że Warren walczy z pamięcią.

– Doktor Pomeroy.

– Doktor Pomeroy nie żyje. Kto jest pana lekarzem obecnie?

Pokręcił głową i zamknął oczy.

– To nieważne. To już nieważne.

Claire usłyszała syrenę nadjeżdżającej karetki. Ambulans zaparkował przy krawężniku. Wysiadło z niego dwóch sanitariuszy.

– Och, to tylko Warren Emerson – powiedział jeden z nich, jakby codziennie miał do czynienia z tym pacjentem. – Znowu miał atak?

– I dość głęboko rozciął sobie głowę.

– No dobra, Warren, kolego, chyba zrobimy sobie przejażdżkę – oznajmił sanitariusz.

Gdy ambulans odjechał, gniew Claire w końcu znalazł ujście. Spojrzała na zamarzniętą plamę krwi.

– Nie mogę w to uwierzyć – powiedziała. – Czy nikt nie próbował mu pomóc? Czy nikogo nic nie obchodzi?

– Boją się – wyznała kasjerka.

Claire zwróciła się do kobiety:

– Przynajmniej mogliście ochronić jego głowę. Ataku nie ma się co bać.

– Nie boimy się ataku. Tylko jego.

Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Boicie się starego mężczyzny? A czymże on wam może zagrażać?

Na to pytanie odpowiedzią było milczenie. Claire rozejrzała się po twarzach innych gapiów, ale nikt nie podniósł wzroku. Nikt się nie odezwał.

Zanim Claire dotarła do szpitala, lekarz w izbie przyjęć założył już szwy na głowie Warrena Emersona. Teraz zapisywał wszystko na kartce.

– Potrzebował ośmiu szwów – poinformował ją McNally. – Poza tym ma drobne odmrożenia nosa i uszu. Chyba przez dobrą chwilę leżał na mrozie.

– Przynajmniej dwadzieścia minut – powiedziała Claire. – Czy sądzisz, że trzeba go przyjąć na oddział?

– No cóż, ataki są chroniczne i wydaje się, że nie ma wskazań neurologicznych. Jednak uderzył się w głowę. Nie potrafię osądzić, czy stracił przytomność na skutek ataku, czy urazu w głowę.

– Czy on ma lekarza pierwszego kontaktu?

W tej chwili nie. Według naszej dokumentacji ostatni raz był hospitalizowany w 1989 roku, gdy przyjął go doktor Pomeroy. – McNally podpisał kartę pogotowia i spojrzał na Claire. – Chcesz go wziąć?

– Właśnie miałam zamiar to zaproponować – odrzekła. McNally wręczył jej dokumentację Emersona.

– Wesołej lektury – powiedział.

Plik zawierał kartę z hospitalizacji w 1989 roku oraz notatki z licznych wizyt pogotowia w ciągu wielu lat. Najpierw zajrzała do szpitalnej karty choroby z 1989 roku. Rozpoznała pajęcze pismo doktora Pomeroya. Był to suchy wpis, podający jedynie najważniejsze fakty.

Historia choroby: biały mężczyzna, lat 57, przypadkiem uderzył się w stopę siekierą, rąbiąc drzewo pięć dni temu. Rana opuchnięta, bolesna, pacjent nie może stanąć na nodze.

Objawy: Temperatura 37,2. W lewej stopie pięciocentymetrowe przecięcie, brzegi zamknięte. Skóra wokół ciepła, zaczerwieniona, bolesna. Pachwinowe węzły chłonne z lewej strony powiększone.

Rozpoznanie: Zapalenie tkanki łącznej.

Leczenie: Antybiotyk dożylnie.

Nie było żadnej dawniejszej historii chorób, żadnego wywiadu społecznego, nic, co by wskazywało, że ta zainfekowana stopa należy do żywego, oddychającego człowieka.

Przejrzała notatki z pogotowia. Było dwadzieścia pięć notatek z dwudziestu pięciu wizyt na przestrzeni trzydziestu lat. Wszystkie z tego samego powodu: chroniczna epilepsja z atakami… Atak, rana głowy… Atak, przecięty policzek… Atak, atak, atak. Za każdym razem doktor Pomeroy po prostu leczył objawy, bez żadnych głębszych badań. Nie znalazła ani jednego zapisu, świadczącego o dokładniejszej analizie diagnostycznej.

Być może Pomeroya pacjenci kochali, ale w tym wypadku postąpił zdecydowanie niedbale.

Weszła do gabinetu.

Warren Emerson leżał na wznak na kozetce. W otoczeniu lśniącego wyposażenia jego ubranie wydawało się jeszcze bardziej zniszczone, jeszcze bardziej sfatygowane. Ogolono mu znaczną część głowy, a rana ze świeżo założonymi szwami była przykryta gazą. Usłyszał, jak Claire wchodzi do pokoju, i powoli odwrócił głowę, by na nią spojrzeć. Wydawało się, że ją poznaje – na ustach pojawił mu się słaby uśmiech.

– Panie Emerson – powiedziała – jestem doktor Elliot.

– Pani tam była.

– Tak, kiedy miał pan atak.

– Chciałem pani podziękować.

– Za co?

– Nie lubię budzić się sam. Nie lubię, kiedy… – Zamilkł i utkwił wzrok w suficie. – Czy mogę już iść do domu?

– O tym właśnie musimy porozmawiać. Od śmierci doktora Pomeroya nikt się panem nie zajmował. Czy chciałby pan, żebym została pańskim lekarzem?

– Nie potrzebuję lekarza. Nikt już nie może dla mnie nic zrobić.

Uśmiechając się, ścisnęła go za ramię. Wydawało się, że pod tymi wszystkimi warstwami ubrania kryje się mumia.

– Myślę, że mogę panu pomóc. Przede wszystkim musimy opanować ataki. Jak często pan je ma?

– Nie wiem. Czasami budzę się na ziemi, więc pewnie wtedy się to zdarza.

– Nie ma nikogo innego w domu? Mieszka pan sam?

– Tak, proszę pani. – Uśmiechnął się smutno. – To znaczy tylko z kotem, Moną.

– Jak często, pana zdaniem, ma pan ataki? Zawahał się.

– Kilka razy w miesiącu.

– A jakie lekarstwa pan bierze?

– Od lat już nic nie biorę. Te wszystkie pigułki wcale mi nie pomagały.

Westchnęła ze zniecierpliwieniem.

– Ależ nie może pan po prostu przestać zażywać lekarstw!

– Nie potrzebuję ich już. Jestem gotów umrzeć. – Powiedział to spokojnie, bez lęku, bez jakiegokolwiek litowania się nad sobą. Było to jedynie stwierdzenie faktu. Wkrótce umrę i nic na to nie można poradzić.

Słyszała już, jak inni pacjenci tak mówili. Przyjmowano ich do szpitala w stanie dalekim od terminalnego, a jednak twierdzili ze spokojną pewnością: „Tym razem nie wrócę już do domu”. Zawsze próbowała ich uspokajać, ale sama też czuła ostrzegawczy chłód śmierci. Pacjenci wydają się zawsze wiedzieć. Gdy mówią, że umrą, naprawdę umierają. Patrząc w spokojne oczy Warrena Emersona, poczuła ten sam chłód. Otrząsnęła się i kontynuowała badanie.

– Muszę obejrzeć dno oka – powiedziała, sięgając po oftalmoskop.

Westchnął z rezygnacją i pozwolił jej zbadać siatkówkę.

– Czy kiedykolwiek zwracał się pan do neurologa z tymi atakami? Do specjalisty od mózgu?

– Kiedyś, dawno. Gdy miałem siedemnaście lat. Wyprostowała się zaskoczona i wyłączyła oftalmoskop.

– To prawie pięćdziesiąt lat temu.

– Powiedział, że mam padaczkę. Że zostanie mi to na całe życie.

– Czy od tego czasu nigdy pan nie był u neurologa?

– Nie, pani doktor. Gdy wróciłem do Tranquility, zajmował się mną doktor Pomeroy.

Kontynuowała badanie, nie znajdując jednak żadnych neurologicznych odstępstw od normy. Serce i płuca też były w porządku, brzuch miękki.

– Czy doktor Pomeroy robił panu tomografię mózgu?

– Parę lat temu skierował mnie na prześwietlenie. Upadłem wtedy i uderzyłem się w głowę. Myślał, że może pękła mi czaszka, ale nie. Chyba mam za twarde kości.

– Czy był pan w jakimś innym szpitalu?

– Nie, pani doktor. Większą część życia spędziłem w Tranquility. Nigdy nigdzie nie wyjeżdżałem. – W jego głosie słychać było żal. – A teraz już jest za późno.