– Zapewne oznacza to, że musimy przewieźć go do Bangor?
– Tutaj, u nas, nie wykonujemy kraniotomii. Nasi lekarze zazwyczaj odsyłają pacjentów neurochirurgicznych do Clarence’a Rothsteina w Stanowym Centrum Medycznym.
– Polecałby go pan?
Chapman kiwnął głową i wyłączył podświetlarkę.
– Ma bardzo dobrą rękę.
Brokuły na parze, ryż i żałosny kawałeczek dorsza.
Louise Knowlton nie wiedziała, jak długo jeszcze będzie w stanie patrzeć, jak jej syn powoli się zagładzą. Stracił kolejny kilogram, ale w jego ponurym spojrzeniu i atakach rozdrażnienia przejawiało się napięcie. Nie był to już jej pogodny Barry.
Louise spojrzała ponad stołem na męża i w oczach Mela odczytała tę samą myśclass="underline" To ta dieta. Zachowuje się tak z powodu diety.
Louise wskazała na talerz frytek, który dzieliła z Melem.
– Barry, kochanie, wyglądasz na głodnego! Kilka frytek ci nie zaszkodzi.
Barry nie zwracał na nią uwagi. Skrobał widelcem po talerzu, a od tego dźwięku ciarki przechodziły po plecach.
– Barry, przestań!
Spojrzał na nią. Nie było to zwykłe spojrzenie, lecz najzimniejszy, najbardziej pozbawiony wyrazu wzrok.
Drżącymi rękami Louise wyciągnęła w jego kierunku talerz frytek.
– Proszę cię, Barry – zamruczała. – Zjedz choć jedną. Zjedz je wszystkie. Poczujesz się o wiele lepiej, jeśli po prostu coś zjesz.
Aż szarpnęła się, zaskoczona, gdy Barry odepchnął krzesło i wstał. Bez słowa odszedł i zatrzasnął za sobą drzwi pokoju. Chwilę później usłyszeli nieprzerwaną strzelaninę gry wideo. Ich syn rozwalał całe zastępy wirtualnych wrogów.
– Czy coś się dziś wydarzyło w szkole? – spytał Mel. – Chłopaki znów mu dokuczali?
– Nie wiem – westchnęła Louise. – Nic już nie wiem. Siedzieli wsłuchani w potęgujący się ryk karabinów, w krzyki i jęki wirtualnych ofiar, umierających w jakimś piekle Super Nintendo.
Louise spojrzała na stos rozmiękłych frytek i wzdrygnęła się. Po raz pierwszy w życiu odsunęła od siebie niedokończony obiad.
Stereo Noaha grało na cały regulator, gdy Claire wróciła do domu. Ból głowy, który przybierał na sile przez całe popołudnie, opasał jej czaszkę ciasną obręczą, wbijając szpony w czoło. Odwiesiła płaszcz i zatrzymała się u stóp schodów, słuchając bezlitosnego walenia bębnów i głosu piosenkarza. Nie rozumiała ani jednego słowa. Jak mam śledzić, jakiej muzyki słucha moje dziecko, skoro nawet nie wiem, o czym mówią piosenki?
Tak nie mogło dłużej trwać. Nie była w stanie znieść hałasu, nie dzisiaj.
– Noah, ścisz to! – zawołała w górę schodów.
Muzyka grała dalej, nie cichnąc. Nie do zniesienia.
Weszła na piętro, a jej irytacja przeradzała się w gniew.
Drzwi pokoju syna były zamknięte na klucz. Walnęła w nie pięścią, krzycząc:
– Noah!
Trwało chwilę, zanim otworzył. Muzyka runęła na nią, obmyła ją falą hałasu. Noah opierał się o framugę. Jego koszula i spodnie były tak obszerne, że wisiały na nim niby jakieś uroczyste szaty.
– Ścisz to! – krzyknęła.
Przekręcił potencjometr i muzyka nagle zamarła. Cisza aż zadzwoniła jej w uszach.
– Co ty wyprawiasz, chcesz ogłuchnąć? A po drodze doprowadzić mnie do szału?
– Nie było cię w domu.
– Byłam w domu. Wolałam, ale mnie nie słyszałeś.
– No to teraz cię słyszę.
– Za dziesięć lat nie będziesz słyszał niczego, jeśli dalej będziesz puszczał muzykę tak głośno. Nie mieszkasz pod tym dachem sam.
– Jakże mogę o tym zapomnieć, skoro ciągle mi przypominasz? – Opadł jak kamień na krzesło i okręcił się przodem do biurka. Tyłem do niej.
Stała, patrząc na niego. Choć przerzucał kartki czasopisma, wiedziała po napiętych mięśniach jego ramion, że tak naprawdę nie czyta. Zbyt był świadom jej obecności, jej gniewu.
Weszła do pokoju i ze znużeniem usiadła na łóżku.
– Przepraszam, że na ciebie wrzasnęłam – powiedziała po chwili.
– Ciągle teraz na mnie wrzeszczysz.
– Naprawdę?
– Tak. – Przewrócił kartkę.
– Przepraszam, Noah. Tyle rzeczy naraz mi się wali na głowę, że nie daję sobie z tym rady.
– Wszystko jest popieprzone, od kiedy przeprowadziliśmy się tutaj, mamo. Wszystko. – Zamknął czasopismo i oparł głowę na rękach. Jego głos był ledwo słyszalny. – Szkoda, że taty tu nie ma.
Przez chwile oboje milczeli. Słyszała, jak jego łzy padają na strony magazynu, słyszała, jak gwałtownie wciąga powietrze, starając się opanować.
Wstała i położyła mu ręce na ramionach. Wszystkie mięśnie miał napięte od powstrzymywania łez. Jesteśmy tacy podobni, pomyślała, oboje nieustannie walczymy, by zapanować nad emocjami, nie stracić kontroli. To Peter był tym otwartym członkiem rodziny, to on krzyczał z radości w wesołym miasteczku i wybuchał głośnym śmiechem w kinie. To on śpiewał pod prysznicem i uruchamiał alarm przeciwpożarowy przy próbach ugotowania czegokolwiek. To on nigdy nie wahał się powiedzieć: „Kocham cię”.
Jak bardzo byś się zasmucił, widząc nas teraz, Peter. Boimy się wyciągnąć do siebie rękę. Wciąż jesteśmy w żałobie, wciąż okaleczeni przez twoją śmierć.
– Też mi go brak – szepnęła. Objęła syna ramionami i oparła policzek na jego czuprynie, wdychając chłopięcy zapach, który tak kochała. – Też mi go brak.
Zadzwonił dzwonek do drzwi wejściowych.
Nie teraz. Nie teraz.
Trwała dalej bez ruchu, ignorując ten dźwięk, wyłączając cały zewnętrzny świat, skupiona tylko na cieple trzymanego w ramionach syna.
– Mamo – powiedział Noah, wysuwając się z jej objęć. – Mamo, ktoś dzwoni do drzwi.
Niechętnie rozwarła ramiona i wyprostowała się. Ta ulotna chwila, ta szansa minęła, i znów wpatrywała się w jego sztywny kark.
Zeszła na dół, zła na intruza, na jakieś nowe żądania, odciągające ją od syna. Otworzyła drzwi. Za nimi, w lodowatym wietrze, stał Lincoln z ręką w rękawiczce ponownie uniesioną do dzwonka. Nigdy dotychczas do niej nie zachodził, więc wizyta ta zdziwiła ją i zaskoczyła.
– Muszę z tobą porozmawiać – powiedział. – Mogę wejść? Nie rozpaliła jeszcze w kominku we frontowym pokoju, było więc tam zimno i przygnębiająco ciemno. Szybko włączyła wszystkie lampy, ale światło nie równoważyło chłodu.
– Po twoim wyjściu – zaczął – przemyślałem to, co powiedziałaś. Że przemoc w tym mieście rozwija się według pewnego wzorca. Że istnieje jakiś związek między rokiem 1946 a tym, co dzieje się teraz. Sięgnął do kurtki i wyjął plik fotokopii artykułów, który mu zostawiła. – Wiesz co? Odpowiedź jest właśnie tutaj.
– Jaka odpowiedź?
– Spójrz na pierwsza stronę. Październik 1946 rok.
– Czytałam już ten artykuł.
– Nie, nie chodzi mi o morderstwo, tylko o artykuł na dole strony. Pewnie go nawet nie zauważyłaś.
Wygładziła kartkę na kolanach. Artykuł, o którym mówił, był częściowo odcięty, fotokopia objęła jedynie jego górną część. Tytuł brzmiał: UKOŃCZONO NAPRAWĘ MOSTU NA RZECE LOCUST.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi – powiedziała.
– W tym roku musieliśmy naprawiać ten sam most. Pamiętasz?
– Tak.
– A dlaczego musieliśmy go naprawiać?
– Bo jest stary?
Przeczesał z irytacją włosy palcami.
– Myśl, Claire, myśl! Dlaczego trzeba było naprawiać most? Bo uszkodziła go powódź. Na wiosnę mieliśmy rekordowe opady, rzeka Locust wystąpiła z brzegów, zalała dwa domy i zerwała cały ciąg kładek dla pieszych. Zadzwoniłem po potwierdzenie do Amerykańskiego Centrum Kontroli Geologicznej. W tym roku mieliśmy największe opady od pięćdziesięciu dwóch lat.