Выбрать главу

Codziennie rano budzi się samotnie w tym pokoju, w obecności fotografii rodziców. I codziennie wieczorem zasypia, widząc ich uśmiechające się do niego twarze.

Płakała teraz za dzieckiem, jakim niegdyś był. Samotny mały chłopiec, uwięziony w ciele starego mężczyzny.

Wróciła do kuchni.

Nie było sensu biegać za kotem, który nie chciał dać się złapać. Po prostu zostawi jedzenie w misce i wróci kiedy indziej. Otwarła drzwi spiżarni i zobaczyła kilkadziesiąt puszek jedzenia dla kota, ustawionych równo na półkach. W kuchni niewiele było jedzenia dla człowieka, ale wypieszczonej Monie niewątpliwie niczego nie odmawiano.

„Dzisiaj spodziewa się tuńczyka”.

A zatem tuńczyk. Wyrzuciła zawartość puszki do miski i postawiła na podłodze, obok miseczki z wodą. Do następnej miseczki nasypała suchego kociego jedzenia na parę dni. Wymieniła piasek w kuwecie. A potem zgasiła światła i wyszła.

Siedząc już w samochodzie, ostatni raz spojrzała na dom. Warren Emerson mieszkał w tych ścianach przez większą część życia, bez ludzkiego towarzystwa, bez miłości. Prawdopodobnie umrze tu także samotnie w tym domu, i jedynie kot będzie świadkiem jego odejścia.

Otarła łzy z oczu. A potem zawróciła samochód i ciemną drogą ruszyła do domu.

Późnym wieczorem zadzwonił Lincoln.

– Rozmawiałem z Wandą Darnell – powiedział. – Wyjaśniłem jej, że być może istnieje biologiczna przyczyna postępowania jej syna. Że inne dzieci w miasteczku zachowują się podobnie i staramy się odkryć przyczynę tego stanu rzeczy.

– Jak na to zareagowała?

– Chyba jej ulżyło. To oznacza, że istnieje coś, czemu można przypisać winę. Nie rodzina. Nie ona sama.

– Doskonale ją rozumiem.

– Wyraziła zgodę na twoją rozmowę z synem.

– Kiedy?

– Jutro. W Stanowym Ośrodku dla Młodocianych.

Wzdłuż ścian cichej sypialni stał długi rząd łóżek. Poranne słońce padało przez umieszczone wysoko okna; jasny kwadrat światła kładł się na szczupłych ramionach chłopca. Taylor siedział na łóżku z podkurczonymi nogami i opuszczoną głową. Nie przypominał chłopca, którego widziała cztery tygodnie wcześniej, przeklinającego i rzucającego się. To dziecko zostało złamane, jego nadzieje i marzenia rozpadły się w proch i pył, pozostała jedynie fizyczna skorupa.

Nie uniósł głowy, gdy kroki Claire rozległy się na drewnianych deskach podłogi. Stanęła obok łóżka.

– Cześć, Taylor. Czy możemy porozmawiać? Chłopiec uniósł jedno ramię. Był to ledwo widoczny gest, ale przynajmniej stanowił coś w rodzaju przyzwolenia.

Sięgnęła po krzesło. Jej wzrok przesunął się po małym sosnowym stoliku koło łóżka. Był to bardzo zniszczony mebel, o powierzchni pokrytej wyciętymi czteroliterowymi słowami i inicjałami niezliczonych młodych mieszkańców. Ciekawa była, czy Taylor zostawił już swój ślad na tym trwałym świadectwie rozpaczy.

Przysunęła krzesło do jego łóżka i usiadła.

– Cokolwiek sobie dzisiaj powiemy, Taylor, zostanie między nami, dobrze? – Wzruszył ramionami, jakby nie miało to znaczenia. – Opowiedz mi, co się stało tamtego dnia w szkole. Dlaczego to zrobiłeś?

Oparł policzek na kolanach, jakby nagle nie miał już siły trzymać głowy prosto.

– Nie wiem dlaczego.

– Pamiętasz tamten dzień?

– Mhm.

– Wszystko?

Przełknął ślinę z wysiłkiem, ale nic nie powiedział. Jego twarz nagle ściągnęła udręka i zamknął oczy, zaciskając mocno powieki. Zaczerpnął powietrza i to, co powinno było być wyciem bólu, okazało się wysokim, cienkim piskiem.

– Nie wiem. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem.

– Tamtego dnia przyniosłeś do szkoły broń.

– Żeby udowodnić, że mam pistolet. Nie wierzyli mi. Mówili, że zmyślam.

– Kto ci nie wierzył?

– J.D. i Eddie. Zawsze przechwalali się, że ich tata pozwala im strzelać ze swoich pistoletów.

Znowu synowie Jacka Reida. Wanda Darnell mówiła, że wywierają zły wpływ. I miała rację.

– Więc przyniosłeś broń do szkoły – powiedziała Claire. – Czy zamierzałeś jej użyć?

Pokręcił głową.

– Po prostu miałem ją w plecaku. Ale potem dostałem dwóję z testu. A pani Horatio zaczęła na mnie wrzeszczeć o tę głupią żabę. – Zaczął się kołysać, obejmując kolana, a szloch dławił go w gardle. – Chciałem ich wszystkich pozabijać. Po prostu nie mogłem się powstrzymać. Chciałem, żeby wszyscy za to zapłacili. – Przestał się kiwać i zamarł bez ruchu, wpatrzony gdzieś w przestrzeń. – Teraz już wściekłość mi minęła. Ale jest za późno.

– Być może to nie twoja wina, Taylor.

– Wszyscy wiedzą, że to ja zrobiłem.

– Powiedziałeś przed chwilą, że nie byłeś w stanie się powstrzymać.

– A jednak to wciąż moja wina…

– Taylor, spójrz na mnie. Nie wiem, czy ktoś powiedział ci o twoim przyjacielu, Scottym Braxtonie.

Powoli uniósł wzrok.

– Przytrafiło mu się to samo. I jego matka nie żyje.

Wyraz szoku na twarzy Taylora powiedział jej, że chłopiec słyszy tę nowinę po raz pierwszy.

– Nikt nie potrafi wytłumaczyć, co spowodowało wybuch i dlaczego rzucił się na nią. Nie tylko tobie się to przydarzyło.

– Mój tata mówi, że to dlatego, że pani przestała dawać mi lekarstwo.

– Scotty nie brał żadnych leków. – Przerwała, patrząc mu uważnie w oczy. – A może brał?

– Nie.

– To bardzo ważne. Musisz powiedzieć mi prawdę, Taylor. Czy któryś z was coś zażywał?

– Mówię prawdę.

Patrzył jej prosto w oczy. Uwierzyła mu.

– A co ze Scottym? – zapytał. – Czy Scotty też tu przyjedzie?

Oczy zapiekły ją od nagłych łez.

– Przykro mi, Taylor – powiedziała cicho. – Wiem, że byliście dobrymi przyjaciółmi…

– Najlepszymi. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.

– Był w szpitalu. I coś się stało. Próbowaliśmy go uratować, ale było… nie było nic…

– Nie żyje, tak?

Bezpośrednie pytanie wymagało szczerej odpowiedzi.

– Niestety – przyznała cicho.

Ukrył twarz w podkurczonych kolanach. Jego słowa przerywał szloch.

– Scotty nigdy nie zrobił nic złego! Był takim ciamajdą. Tak go zawsze nazywał J.D.: głupi ciamajda. Nigdy się za nim nie ująłem. Powinienem był coś powiedzieć, ale nigdy… bo ja…

– Taylor. Taylor, muszę ci zadać jeszcze jedno pytanie.

– … Bałem się.

– Spędzałeś ze Scottym dużo czasu. Dokąd chodziliście?

Nie odpowiedział, kołysał się tylko na łóżku.

– Naprawdę muszę to wiedzieć, Taylor. Gdzie zwykle chodziliście?

Wciągnął powietrze.

– Z… z innymi chłopakami.

– Gdzie?

– Nie wiem! Wszędzie.

– Do lasu? Do kogoś do domu?

Przestał się kiwać i przez chwilę sądziła, że nie usłyszał ostatniego pytania. W końcu podniósł głowę i spojrzał na nią.

– Nad jezioro.

Jezioro Locust. Było centrum wszystkiego, co działo się w Tranauility, miejscem pikników i wyścigów pływackich, ulubionym terenem wioślarzy i wędkarzy. Bez jeziora nie byłoby letnich przybyszów i strumienia pieniędzy. Samo miasteczko straciłoby rację bytu.

To wszystko ma coś wspólnego z jeziorem, pomyślała nagle. Woda i opady. Powódź i bakterie.

Noc, gdy świeciła się woda.