Выбрать главу

– Taylor – zapytała – czy ty i Scotty pływaliście w jeziorze?

– Codziennie – potwierdził.

Rozdział 15

Zebranie mieszkańców miało rozpocząć się o wpół do ósmej, ale już kwadrans po siódmej wszystkie miejsca w szkolnej stołówce były zajęte. Ludzie tłoczyli się w przejściach, podpierali ściany i wpychali się przez tylne drzwi, by znaleźć schronienie przed zimnym wiatrem na dworze. Claire stała z boku, skąd miała dobry widok na stół prezydialny. Siedzieli przy nim Lincoln, Fern Comwallis i przewodniczący Rady Miejskiej, Glen Ryder. Pięciu pozostałych członków rady zajęło miejsca w pierwszym rzędzie.

Claire rozpoznawała wiele twarzy. Większość zebranych stanowili rodzice, z którymi spotykała się przy różnych szkolnych okazjach. Dostrzegła kilku kolegów ze szpitala Knox. Kilkunastu nastolatków stało z tyłu kafeterii, tak zbitych razem, jakby spodziewali się ataku ze strony starszych.

Glen Ryder stukał młotkiem, ale tłum był zbyt wielki i zbyt poruszony, by go słuchać. Zdenerwowany Ryder w końcu wdrapał się na krzesło i wrzasnął:

– Zebrani mają się uspokoić, i to już!

Kafeteria nareszcie umilkła i Ryder mógł mówić dalej.

– Wiem, że nie ma tu dość miejsc dla wszystkich. Wiem, że na dworze są ludzie, którzy się denerwują, bo muszą stać na dziesięciostopniowym mrozie. Ale komendant straży pożarnej twierdzi, że już i tak przekroczyliśmy dozwolony limit zagęszczenia tej sali. Nie możemy nikomu pozwolić wejść, jeśli ktoś inny najpierw nie wyjdzie.

– Moim zdaniem, te dzieciaki tam z tyłu mogą wyjść i zrobić miejsce starszym – powiedział jakiś mężczyzna.

– Też mamy prawo tu być – zaprotestował jeden z nastolatków.

– To przez was tu w ogóle jesteśmy!

– Jeśli macie o nas mówić, chcemy usłyszeć, co kto ma do powiedzenia!

Kilka osób odezwało się naraz.

– Nikogo stąd nie usuniemy! – krzyknął Ryder. – To otwarte zebranie, Ben, i nie możemy nikogo wykluczać. A teraz zaczynajmy. – Ryder spojrzał na Lincolna. – Może komendant policji, pan Kelly, powie nam, jak wyglądają obecnie problemy miasta.

Lincoln wstał. Po jego pochylonych ramionach widać było, że kilka ostatnich dni wyczerpało go fizycznie i emocjonalnie.

– To nie był dobry miesiąc – powiedział. Typowe niedopowiedzenie a la Lincoln Kelly. – Wszyscy wiedzą o morderstwach. Strzelanina w szkole drugiego listopada, a potem morderstwo u Braxtonów piętnastego listopada. To dwa morderstwa w ciągu dwóch tygodni. Ale najbardziej przeraża mnie, że to chyba jeszcze nie koniec. Ostatniej nocy moi ludzie ośmiokrotnie interweniowali w awanturach wywołanych przez agresywnych młodocianych. Nigdy dotychczas nie widziałem nic podobnego. Jestem w tym miasteczku gliną od dwudziestu dwóch lat. Widziałem już pomniejsze fale przestępstw, jak osiągały szczyt, a potem uspokajały się. Ale to, co widzę teraz – dzieciaki, które starają się nawzajem zranić, nawzajem pozabijać, dzieciaki, które starają się zabić ludzi, których kochają… – Pokręcił głową i usiadł, nic już więcej nie mówiąc.

– Pani Cornwallis? – powiedział Ryder.

Dyrektorka szkoły średniej wstała zza stołu. Fern Cornwallis była przystojną kobietą, a dzisiaj postarała się wyglądać jak najlepiej. Lśniące blond włosy upięła we francuski kok. Należała do nielicznych umalowanych kobiet na sali. Jednak kredka do ust jedynie podkreślała bladość jej twarzy.

– Chciałabym przyklasnąć wszystkiemu, co powiedział przed chwilą komendant policji. Nigdy nie widziałam nic, co przypominałoby taki gniew i agresję, jakich ostatnio jesteśmy świadkami. I nie jest to problem wyłącznie szkoły. To także problem w waszych domach. Znam te dzieci! Patrzyłam, jak rosną. Widywałam je w mieście, na korytarzach szkolnych, a czasami także w moim gabinecie. I te, które teraz wdają się w bójki, to dzieci, których nigdy nie uznałabym za rozrabiaki. Żadne z nich w minionych latach nie przejawiało agresywnych cech. I nagle stwierdzam, że ich już nie znam.

Nie poznaję tych dzieci. – Przerwała i przełknęła ślinę. – Boję się ich.

– Więc czyja to wina? – wrzasnął Ben Doucette.

– Nie twierdzimy, że to jest czyjaś wina – odparła Fern. – Staramy się tylko zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Nasza szkoła razem z gimnazjum sprowadziła pilnie pięciu nowych pedagogów – doradców. Psycholog okręgowy, doktor Lieberman, intensywnie pracuje z personelem szkoły średniej. Usiłuje opracować plan działania.

Ben wstał. Był wiecznie skrzywionym, pięćdziesięcioparoletnim kawalerem. W Wietnamie stracił rękę i zdrową dłonią zawsze trzymał się za kikut, jakby chciał podkreślić swoje poświęcenie.

– Mogę wam powiedzieć, na czym polega problem – oświadczył. – To ten sam problem, który pojawił się w całym kraju. Żadnej cholernej dyscypliny. Gdy miałem trzynaście lat, czy odważyłbym się chwycić nóż i grozić matce? Mój stary tak dałby mi w łeb, że bym się przewrócił.

– Co pan proponuje? – spytała Fern. – Żebyśmy dawali lanie czternastolatkom?

– Czemu nie?

– Tylko spróbuj! – krzyknął jeden z chłopaków, któremu natychmiast zaczął wtórować chór pozostałych: „Spróbuj, spróbuj, spróbuj!”.

Zebranie wymknęło się spod kontroli. Lincoln wstał i uniósł rękę, prosząc o ciszę. Miarą szacunku, jakim cieszył się w mieście, był fakt, że tłum się w końcu uspokoiłby usłyszeć, co komendant chce powiedzieć.

– Pora porozmawiać o realistycznych rozwiązaniach – rzekł.

Wstał Jack Reid.

– Nie możemy mówić o rozwiązaniach, póki nie porozmawiamy o tym, dlaczego to wszystko się dzieje. Moi chłopcy mówią, że najwięcej problemów powodują nowe dzieciaki w szkole, te, które przeniosły się tu z innych miast. Zakładają gangi, a może sprowadzają narkotyki.

Odpowiedź Lincolna zginęła w nagłym crescendo głosów. Claire widziała na jego twarzy frustrację, nagły rumieniec gniewu.

– To nie jest problem przywieziony skądinąd – oświadczył Lincoln. – Ten kryzys jest miejscowy. To nasz problem i to nasze dzieci pakują się w kłopoty – Ale kto wszystko zaczął? – rzucił Reid. – Kto ich nakręcił? Dla niektórych po prostu nie powinno tu być miejsca!

Drewniany młotek Glena Rydera znów stukał, ale bezskutecznie. Słowa Jacka Reida podburzyły tłum i teraz wszyscy wrzeszczeli naraz.

Przez hałas przebił się ostry głos kobiecy:

– A co z pogłoskami o odwiecznych praktykach satanistycznych? – spytała Damaris Horne, wstając. Trudno było nie zauważyć tej dzikiej grzywy blond włosów. Trudno było także nie zauważyć pełnych zainteresowania spojrzeń, jakimi obrzucali ją mężczyźni. – Wszyscy słyszeliśmy o tych starych kościach wykopanych nad jeziorem. Jak rozumiem, było to masowe morderstwo. Może nawet rytualna ofiara.

– To się zdarzyło ponad sto lat temu – powiedział Lincoln – i nie ma żadnego związku ze sprawą.

– Może nie. Ale Nowa Anglia ma długą historię satanistycznych kultów.

Lincoln szybko tracił panowanie nad sobą.

– Jedyny kult w tym miasteczku – rzucił – to ten, który kreujesz na użytek swojej kolorowej szmaty!

– Może więc pan wyjaśni wszystkie niepokojące pogłoski, które do mnie dotarły – zaproponowała Damaris, nie tracąc zimnej krwi. – Na przykład liczba sześć-sześć-sześć, wymalowana na ścianie szkoły.

Lincoln rzucił Fern zaskoczone spojrzenie. Claire natychmiast zrozumiała, co ono oznacza. Najwyraźniej oboje byli zaniepokojeni tym, że reporterka dowiedziała się o niedawnym zdarzeniu.

– W zeszłym miesiącu stodoła została zbryzgana krwią – mówiła dalej Damaris. – Jak to wyjaśnić?

– To była puszka czerwonej farby, nie krew.

– A te światła, migające w nocy na Beech Hill? Powiedziano mi, że to leśny rezerwat.