Выбрать главу

– Tak.

– I uważa pani, że wynikają one z jakichś przyczyn biologicznych?

– Ma to coś wspólnego z jeziorem. To jakieś zjawisko przyrodnicze. Bakterie, może algi.

– A co z moją teorią? Że to kolejne Flanders, Iowa?

– Nie, nie chodzi o nadużywanie narkotyków. Wydawało mi się, że coś wykryliśmy w krwi obu chłopców – jakiś rodzaj sterydu anabolicznego. Ale ostateczne analizy toksykologiczne były negatywne. Poza tym Taylor zaprzecza, jakoby zażywali narkotyki.

– Dzieciaki czasem kłamią.

– Ale analizy krwi nie.

Skręcili na podjazd przed domem Claire. Odwrócił się, by na nią spojrzeć.

– Podjęła pani walkę z wiatrakami, pani doktor. Może nie czuła pani ogromu gniewu w tej sali, ale ja tak.

– Nie tylko czułam ten gniew, ale mam cztery przecięte opony jako jego świadectwo. – Wysiadła. – Dziękuję za podwiezienie. Teraz pan jest mi coś winien.

– Tak?

– Nazwisko policjanta, który rozmawia z Damaris Horne.

Przepraszająco wzruszył ramionami.

– Nie znam jego nazwiska. Mogę jedynie powiedzieć, że widziałem ich razem. Chyba są ze sobą dość blisko. Ciemnowłosy, średniego wzrostu. Pracuje na nocnej zmianie.

– Dowiem się, kto to – obiecała ponuro.

Lincoln wspinał się po schodach ładnego, wiktoriańskiego domu, czując, jak z każdym krokiem rośnie jego wyczerpanie. Było już dobrze po północy. Ostatnich parę godzin spędził na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Miejskiej, zwołanym w domu Glena Rydera, gdzie powiedziano mu bez ogródek, że jego posada stoi pod znakiem zapytania. Rada go zatrudniła i tylko ona może go zwolnić. Był urzędnikiem miasta Tranquility, więc jego dobrobyt powinien leżeć mu na sercu. Jak mógł poprzeć propozycję doktor Elliot, by zamknąć jezioro?

– Wyrażałem jedynie swoje szczere przekonanie – oświadczył.

Jednak w tym wypadku szczerość nie była najlepszą polityką.

Musiał potem wysłuchać ogłupiającej litanii statystyk finansowych, wygłoszonej przez skarbnika miejskiego. Ile pieniędzy turyści co roku zostawiają. Ile dzięki temu powstaje nowych miejsc pracy. Ile miejscowych małych przedsiębiorstw istnieje jedynie dzięki turystom.

Skąd pochodzą pieniądze na jego, Lincolna, pensję.

Miasto żyje z jeziora Locust i nie ma mowy o żadnych pomysłach, by je zamknąć, o żadnych alarmach zdrowotnych, o najlżejszej nawet sugestii publicznej debaty.

Wyszedł z zebrania niepewny, czy wciąż ma pracę, niepewny nawet, czy wciąż chce ją mieć. Wsiadł do samochodu i był już w połowie drogi do domu, gdy dyspozytorka przekazała mu wiadomość, że ktoś jeszcze chce się z nim dzisiaj zobaczyć.

Zadzwonił do drzwi. Czekając, aż się otworzą, rozejrzał się po ulicy: wszystkie domy były ciemne, wszystkie zasłony zaciągnięte, by nie wpuścić czarnej, mroźnej nocy.

Drzwi otworzyły się.

– Dziękuję, że przyszedłeś, Lincoln – powiedziała sędzina Iris Keating.

Wszedł do środka. Wydawało mu się, że w domu brakuje powietrza, że się dusi.

– Podobno to coś pilnego.

– Miałeś już spotkanie z Radą?

– Przed chwilą się skończyło.

– Nie chcą rozważyć zamknięcia jeziora?

– Miała pani wątpliwości? – Uśmiechnął się z rezygnacją.

– Dobrze znam to miasto. Wiem, jak ludzie myślą i czego się boją. Jak daleko są gotowi się posunąć, by chronić swoich bliskich.

– Więc wie pani, z czym mam do czynienia. Wskazała drzwi biblioteki.

– Usiądźmy, Lincoln. Chcę ci coś powiedzieć.

W kominku wygasał ogień; już tylko kilka niespokojnych płomyczków wyskakiwało z kupki popiołu. Jednak w pokoju wciąż było za ciepło. Gdy Lincoln zapadł się w miękkim fotelu, pomyślał, że chyba nie zbierze dość energii, by nie zasnąć. By wstać i znów wyjść na mróz. Iris siedziała naprzeciwko, a jej twarz oświetlał jedynie żar kominka. Słabe światło było życzliwe dla rysów jej twarzy, pogłębiało jej oczy, wygładzało zmarszczki sześćdziesięciu sześciu lat do aksamitnych cieni. Tylko dłonie, chude i powykręcane artretyzmem, zdradzały jej wiek.

– Powinnam była zabrać głos na dzisiejszym zebraniu, ale nie miałam odwagi – przyznała.

– Odwagi, żeby co powiedzieć?

– Gdy Claire Elliot mówiła o jeziorze – o tym wieczorze, kiedy widziała poświatę na wodzie – powinnam była też się odezwać.

Lincoln pochylił się naprzód w fotelu. Znaczenie jej słów przebiło się przez jego zmęczenie.

– Też to pani widziała?

– Tak.

– Kiedy?

Uchwyciła mocniej poręcze fotela.

– Było to pod koniec lata. Miałam czternaście lat. Mieliśmy wtedy dom koło Skał. Nie ma go już. Został rozebrany dawno temu. – Przeniosła spojrzenie na ogień i tak zamarła, wpatrzona w migające płomyki. Odchyliła się na oparcie, a jej srebrne włosy utworzyły wokół głowy aureolę na tle czarnego obicia fotela. – Pamiętam tę noc. Bardzo intensywnie padało. Obudziłam się i usłyszałam grzmot. Podeszłam do okna i zobaczyłam coś na wodzie. Światło. Poświatę. Trwało to tylko parę minut, a potem… – Przerwała. – Zanim obudziłam rodziców, zniknęło, a woda znów była ciemna. – Pokiwała głową. – Oczywiście mi nie uwierzyli.

– Czy widziała to pani jeszcze kiedyś?

– Raz. Parę tygodni później, także podczas ulewy. Tylko krótkie migotanie, a potem znowu nic.

– Tego wieczoru, gdy Claire i ja to widzieliśmy, także mocno padało.

Uniosła wzrok i spojrzała na Lincolna.

– Przez te wszystkie lata myślałam, że to musiała być błyskawica. Albo złudzenie optyczne. Ale dziś po raz pierwszy dowiedziałam się, że nie tylko ja to widziałam.

– Czemu pani nic nie powiedziała? Pani by wysłuchali.

– I zaczęli zadawać pytania. Kiedy to było, w którym roku.

– W którym to było roku, pani sędzino?

Odwróciła głowę, ale zdążył dostrzec blask łez w jej oczach.

– W tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym – wyszeptała. – W lecie czterdziestego szóstego.

W tym roku, gdy rodzice Iris Keating zostali zabici przez jej piętnastoletniego brata. W roku, w którym także i Iris zabiła, w obronie własnej. Wypchnęła brata przez okienko w wieżyczce, patrzyła, jak spada na pewną śmierć.

– Rozumiesz teraz, dlaczego się nie odezwałam – powiedziała.

– Szkoda, bo to mogłoby coś zmienić.

– Nikt nie chce o tym słyszeć. A ja nie chcę o tym mówić.

– To było tak dawno temu. Pięćdziesiąt dwa lata…

– Pięćdziesiąt dwa lata to nic! Spójrz, jak wciąż traktują Warrena Emersona. Ja też ponoszę winę. Jako dzieci byliśmy sobie bardzo bliscy. Myślałam, że kiedyś… – Nagle przerwała. Znów wpatrzyła się w ogień, teraz zaledwie tlące się polana. – Unikałam go przez tyle lat. Udawałam, że nie istnieje. A teraz słyszę, że być może to wcale nie była jego wina, tylko po prostu infekcja. Infekcja mózgu. I już za późno, by mu to wynagrodzić.

– Nie jest za późno. Warren był w zeszłym tygodniu operowany i już się dobrze czuje. Nie zechciałaby pani go odwiedzić?

– Nie wiem, co mogłabym mu powiedzieć po tylu latach. Nie wiem, czy w ogóle chciałby mnie zobaczyć.

– Niech pani zostawi Warrenowi tę decyzję.

Myślała o tym, a jej oczy błyszczały w zamierającym blasku żaru. W końcu podniosła się sztywno.

– Chyba ogień już zgasł. – Odwróciła się i wyszła z pokoju.

Na podjeździe przed domem Lincolna stał samochód.

Zatrzymał się za nim i jęknął. Choć przez cały dzień nie było go w domu, w dużym pokoju paliły się światła. Wiedział, co go czeka w środku. Nie teraz, pomyślał. Nie dzisiaj.

Wszedł powoli na schodki prowadzące na ganek. Drzwi frontowe nie były zamknięte. Kiedy Doreen udało się ukraść klucz do nowego zamka?