Выбрать главу

Znalazł ją śpiącą na kanapie. Kwaśny odór alkoholu wypełniał pokój. Jeśli ją teraz obudzi, rozegra się kolejna pijacka scena z krzykiem i płaczem. Sąsiedzi się obudzą. Lepiej niech to odeśpi. Porozmawia z nią rano, gdy Doreen wytrzeźwieje, a on nie będzie się zataczał ze zmęczenia. Stał nad nią, ze smutnym niedowierzaniem przyglądając się kobiecie, z którą się ożenił. W jej splątanych rudych włosach pojawiły się siwe pasemka. Z otwartych ust wydobywał się głośny rytm gwizdów i pomruków. A jednak nie czuł do niej obrzydzenia, raczej litość i niedowierzanie, jak kiedykolwiek mógł być w niej zakochany.

Miał także poczucie nużącej, nie wygasłej odpowiedzialności.

Potrzebny jej koc. Skierował się do szafki w holu, gdy zadzwonił telefon. Szybko podniósł słuchawkę, bojąc się, że dźwięk dzwonka obudzi Doreen i rozpocznie się scena, której się lękał.

Mówił Pete Sparks.

– Przepraszam, że dzwonię tak późno – powiedział – ale doktor Elliot nalegała. Sama chciała do ciebie dzwonić, gdybym ja tego nie zrobił.

– Czy chodzi o przecięte opony? Mark już mnie o tym powiadomił.

– Nie, coś innego.

– Co się stało?

– Jestem w jej gabinecie. Ktoś tu wybił wszystkie okna.

Rozdział 16

Szkło było wszędzie. Lśniące igły zaścielały dywan, stolik na czasopisma, kanapę w poczekalni. Przez wybite okna, teraz otwarte na nocne powietrze, wpadały płatki śniegu i osiadały na meblach niby cienka koronka.

Oszołomiona i milcząca Claire przeszła przez poczekalnię do recepcji. Okno nad biurkiem Very także zostało rozbite. Kawałeczki szkła i połamane sople lśniły na klawiaturze komputera. Wiatr rozwiał papiery i śnieg po całym pokoju białą kurzawą, która wkrótce przemieni się w mokre plamy na dywanie.

Usłyszała trzeszczenie szkła pod butami Lincolna.

– Sklejka już jedzie, Claire. Zapowiadają dalsze opady śniegu, więc okna trzeba zabezpieczyć jeszcze tej nocy.

Nie odrywała wzroku od śniegu na dywanie.

– To przez to, co powiedziałam na zebraniu, prawda?

– Nie tylko ten budynek padł ofiarą wandali. W tym tygodniu uszkodzono też kilka innych.

– Ale tylko mnie dotknęło to dwukrotnie w ciągu jednej nocy. Nie mów, że to przypadek.

Policjant Pete Sparks wszedł do pokoju.

– Nie mamy szczęścia z sąsiadami, Lincoln. Zadzwonili, gdy usłyszeli brzęk szkła, ale nie widzieli, kto to zrobił. To tak samo jak w zeszłym tygodniu w warsztacie Joego Bartletta. Rozwalili i uciekli.

– Ale Joemu Bartlettowi wybito tylko jedno okno – powiedziała Claire. – A mnie rozbili wszystkie. Będę musiała zamknąć gabinet na parę tygodni.

Sparks próbował ją uspokoić.

– Te okna da się wymienić w parę dni.

A mój komputer? A zniszczony dywan? Będę musiała odtworzyć wszystkie dane i wszystkie rachunki. Nie wiem, czy warto. Nawet nie wiem, czy w ogóle chcę zaczynać od początku.

Odwróciła się na pięcie i wyszła z budynku.

Siedziała skulona w furgonetce, gdy pojawili się Lincoln i Sparks. Zamienili parę słów, a potem Lincoln podszedł do jej wozu i wsunął się na siedzenie pasażera.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Patrzyła wprost przed siebie załzawionymi oczyma, a migające światło wozu patrolowego Sparksa wyglądało jak pulsująca mgiełka. Szybko i gniewnie otarła dłonią łzy.

– Muszę powiedzieć, że komunikat jest wyraźny i jednoznaczny. To miasto mnie nie chce.

– Nie całe miasto, Claire. Jeden wandal. Jedna osoba…

Która prawdopodobnie wyraża opinię wielu innych. Właściwie już dziś mogę się spakować i wyjechać. Zanim postanowią spalić również mój dom. Nie odezwał się.

– Ty też tak myślisz, prawda? – powiedziała. – Że straciłam szansę na znalezienie tu miejsca dla siebie.

– Utrudniłaś sobie dzisiaj zadanie. Gdy mówisz o zamknięciu jeziora, wiele osób czuje się zagrożonych.

– Powinnam była siedzieć cicho.

– Nie, Claire, musiałaś to powiedzieć. Zrobiłaś to, co trzeba, i nie tylko ja tak uważam.

– Jakoś nikt nie podszedłby uścisnąć mi dłoń.

– Uwierz mi. Są też inni, których niepokoi sprawa jeziora.

– Ale go nie zamkną, prawda? Nie mogą sobie na to pozwolić. Więc zamiast tego próbują zamknąć mnie, robiąc to, co robią. Usiłując wypędzić mnie z miasta. – Spojrzała na budynek. – I to im się uda.

– Nie spędziłaś tu jeszcze nawet roku. To trwa…

– Jak długo trzeba tu czekać, by zostać zaakceptowanym? Pięć lat, dziesięć? Całe życie? – Wyciągnęła rękę i przekręciła kluczyk w stacyjce. Uderzył ją pierwszy powiew zimnego powietrza z wentylatora.

– Twój gabinet można wyremontować.

– Tak, budynki łatwo naprawić.

– Wszystko można wymienić. Okna, komputer…

– A co z pacjentami? Nie sądzę, żeby mi jeszcze jacyś zostali po dzisiejszym wieczorze.

– Tego nie wiesz. Nie dałaś Tranquility szansy.

– Ja nie dałam? – Wyprostowała się i spojrzała na niego z gniewem. – Poświęciłam temu miastu dziewięć miesięcy życia! Codziennie martwię się o moją praktykę, o to, dlaczego wciąż mam na wpół pustą książkę zgłoszeń. Dlaczego ktoś aż tak mnie nienawidzi, że rozsyła anonimowe listy do moich pacjentów. Są tu ludzie, którzy chcą, by mi się nie powiodło, i robią, co mogą, by wypędzić mnie z miasta. Długo trwało, zanim zrozumiałam, że nigdy nie będzie lepiej. Tranquility mnie nie chce, Lincoln. Chcą kolejnego doktora Pomeroya albo Marcusa Welby’ego. Ale nie mnie.

– To wymaga czasu, Claire. Przyjechałaś z daleka i ludzie muszą się do ciebie przyzwyczaić, uwierzyć, że ich nie zostawisz. Pod tym względem Adam DelRay ma nad tobą przewagę. To facet stąd i wszyscy zakładają, że tu zostanie. Ostatni lekarz, który do nas przyjechał z innego stanu, został półtora roku. Nie wytrzymał zimy. Doktor, który był przed nim, uciekł przed upływem roku. Miejscowi uważają, że ty też nie przetrwasz. Czekają, jak zniesiesz zimę. Czy poddasz się i wyjedziesz, jak tamci dwaj.

– To nie zima mnie stąd wygania. Mogę znieść ciemności i zimno. Nie mogę natomiast znieść obcości. Poczucia, że nigdy nie będę tu przynależeć. – Odetchnęła głęboko, a jej gniew nagle rozpłynął się, pozostawiając jedynie zmęczenie. – Nie wiem, dlaczego uznałam, że wszystko będzie dobrze. Noah nie chciał się tu przeprowadzić, ale ja go zmusiłam. I widzę teraz, jakie to było z mojej strony głupie…

– Dlaczego właściwie się tu przeniosłaś, Claire? – Zadał to pytanie tak cicho, że niemal rozpłynęło się w szumie powietrza z ogrzewania.

Nigdy dotąd tego pytania jej nie zadał. Była to podstawowa informacja na jej temat, a nigdy mu jej nie udzieliła. Dlaczego przyjechałam do Tranquility. Teraz czekał na odpowiedź, a milczenie rozciągało się między nimi, powiększając jej niechęć do zwierzeń.

Wyczuł zmieszanie Claire i przeniósł spojrzenie na ulicę, zapewniając jej w ten sposób pewien margines prywatności. Gdy znów się odezwał, jego słowa wydawały się skierowane nie do niej, zupełnie jakby dzielił się myślami z kimś innym.

– Ludzie, którzy przeprowadzają się tu z innych miejscowości – powiedział – najczęściej, jak mi się wydaje, od czegoś uciekają. Od pracy, której nienawidzą, byłego męża, byłej żony. Jakiejś tragedii, która wstrząsnęła ich życiem.

Oparła się o drzwiczki i poczuła lodowate dotknięcie szyby na policzku. Skąd on to wie? – zastanawiała się. Ile odgadł?

– Przyjeżdżają tu, ci ludzie skądinąd, i myślą, że znaleźli raj. Może są na wakacjach. Może po prostu przejeżdżają tędy samochodem, a nazwa miasteczka zapada im w pamięć. Tranquility. Spokój. Brzmi tak bezpiecznie, jak miejsce, do którego można uciec, w którym się można schować. Zaglądają do miejscowego biura nieruchomości i patrzą na fotografie na ścianach. Wszystkie te farmy na sprzedaż, domki nad jeziorem.