Выбрать главу

– Nie jestem pewna, co to znaczy.

– Ja też nie. Nie wiem nawet, po co to mówię. Żadnemu z nas nie wyjdzie to na dobre. – Nagle chwycił klamkę u drzwi i już miał je otworzyć, gdy wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia. Zamarł w pół ruchu, wciąż trzymając drzwi, wciąż gotów wyskoczyć z samochodu na dwór.

– Wydawało mi się, że mnie nie lubisz – powiedziała. Rzucił jej zdziwione spojrzenie.

– Takie robiłem wrażenie?

– To nie miało nic wspólnego z tym, co mówisz.

– A z czym?

– Nigdy nie poruszałeś żadnych osobistych tematów. Jakbyś nie chciał, żebym cokolwiek o tobie wiedziała. Nie przeszkadzało mi to, zdałam sobie sprawę, że tu tak właśnie jest. Ludzie nie są wylewni, ty też nie. Ale potem, gdy już poznaliśmy się bliżej, a ta niewidzialna ściana wciąż nas dzieliła, pomyślałam, że być może to nie o to chodzi, że jestem outsiderem. Może to coś we mnie. Coś, co ci we mnie nie odpowiada.

– To jest coś w tobie. Milczała chwilę.

– Rozumiem.

– Wiedziałem, co się stanie, jeśli nie będę podtrzymywał tej ściany. – Opuścił ramiona, jakby nieszczęście go przygniotło. – Można się przyzwyczaić do wszystkiego, co długo trwa, nawet do braku szczęścia. Jestem mężem Doreen od tak dawna, że chyba po prostu zaakceptowałem swój los. Dokonałem niewłaściwego wyboru, przyjąłem na siebie odpowiedzialność i teraz muszę sobie z tym radzić, jak umiem.

– Jeden błąd nie powinien rujnować ci życia.

– Gdy istnieje ktoś jeszcze, kogo to zaboli, nie jest łatwo być samolubnym i myśleć tylko o sobie. Oczywiście, łatwiej nic nie robić i pozwolić, by wszystko toczyło się swoim torem. Zorganizować sobie dodatkową warstwę znieczulającą.

Podmuch wiatru na chwilę oczyścił szybę, pozostawiając na szkle topniejące płatki. Wkrótce padający śnieg zasnuje ten krótki rzut oka w noc.

– Jeśli wydawało ci się, Claire, że nie darzę cię sympatią – powiedział – to tylko dlatego, że ciężko nad tym pracowałem.

Raz jeszcze sięgnął ku klamce.

Raz jeszcze zatrzymała go dotykiem, ręką położoną na ramieniu.

Odwrócił się w jej stronę. Tym razem spotkały się ich spojrzenia. Żadne się nie odwróciło, nie wycofało.

Objął jej twarz dłonią i pocałował. Zanim zdążył się odsunąć, zanim zdążył pożałować tego impulsu, pochyliła się ku niemu i oddała pocałunek.

Nie znała jego warg, smaku jego ust. Całowała nieznajomego. Mężczyznę, którego tęsknota, tak długo ukrywana, wybuchła teraz żywym ogniem. Ją też opanowała gorączka, poczuła, jak jej twarz i całe ciało zaczynają płonąć, gdy ją ku sobie przyciągnął. Raz i drugi wymruczał jej imię, jakby w zdumieniu, że to ją właśnie trzyma w ramionach.

Pokrytą śniegiem szybę rozjaśniły nagle światła nadjeżdżającego samochodu. Odsunęli się od siebie i siedzieli w pełnym poczucia winy milczeniu, słuchając zbliżających się do furgonetki kroków. Ktoś zapukał w drzwi od strony pasażera.

Policjant Mark Dolan objął spojrzeniem Lincolna i Claire.

– Och – powiedział tylko. Jedna sylaba, a jaki ocean znaczeń.

– Zobaczyłem, hm, że silnik jest włączony, i chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku – wyjaśnił. – Rozumiecie, zatrucie tlenkiem węgla i tak dalej…

– Wszystko w porządku – powiedział Lincoln.

– Taaa… Dobra. – Dolan cofnął się. – Dobranoc, Lincoln.

– Dobranoc.

Po odejściu Dolana Claire i Lincoln siedzieli przez chwilę w milczeniu.

– Całe miasto będzie jutro o tym wiedziało – powiedział w końcu Lincoln.

– Na pewno. Tak mi przykro.

– A mnie nie. – Roześmiał się, wysiadając. – W gruncie rzeczy, Claire, nic mnie to nie obchodzi. To miasto wie o wszystkim, co mi w życiu nie wyszło. Więc gdy raz dla odmiany coś mi się udało, to niech się i o tym dowie.

Włączyła wycieraczki i przez przejrzystą już szybę patrzyła, jak macha do niej na do widzenia i rusza do swojego samochodu. Po drodze mijał wóz Dolana, zatrzymał się więc, by zamienić z nim kilka słów.

Odjeżdżając, przypomniała sobie nagle, co Mitchell Groome powiedział jej o źródle informacji Damaris Horne.

„Ciemnowłosy, średniej budowy ciała, pracuje na nocnej zmianie”.

Mark Dolan, pomyślała.

Następnego ranka Lincoln pojechał na południe do Orono. Nie spał dobrze tej nocy. Leżał w łóżku, myśląc o wydarzeniach minionego wieczoru. O zebraniu mieszkańców.

O rozmowie z Iris Keating. O zniszczeniach w biurze Claire.

I o samej Claire.

Przede wszystkim o Claire.

O siódmej obudził się niezbyt wypoczęty. Gdy zszedł na dół, widok Doreen wciąż śpiącej w dużym pokoju był jak policzek. Jedno jej ramię zwisało z kanapy, rozrzucone rude włosy matowe i przetłuszczone, usta na wpół otwarte. Przez chwilę stał i patrzył na nią, zastanawiając się, jak ją przekonać, by wyszła bez wrzasku i płaczu, ale był zbyt zmęczony, aby teraz zajmować się tym problemem. Martwienie się o Doreen zużywało ogromną część jego energii życiowej. Na sam jej widok jego ręce i nogi stawały się ciężkie, jak gdyby Doreen i siła ciężkości były blisko związane.

– Przykro mi, złotko – powiedział – ale ja chcę jeszcze trochę normalnie pożyć.

Odbył jedną rozmowę telefoniczną, a potem zostawił śpiącą na kanapie Doreen i wyszedł z domu. Odjeżdżając, poczuł, jak pierwsza warstwa depresji opada z niego niby zużyta, zewnętrzna skóra. Drogi były oczyszczone, jezdnie posypane piaskiem. Nacisnął na gaz i nabierając prędkości, czuł, że zrzuca tych warstw coraz więcej, że gdyby mógł po prostu jechać wystarczająco długo i wystarczająco szybko, to w końcu pojawiłby się prawdziwy Lincoln, taki, jakim był dawniej, oczyszczony i narodzony na nowo. Mijał pola pokryte świeżym śniegiem, unoszonym i układającym się w puszyste chmurki przy najlżejszym nawet powiewie wiatru. Jedź dalej, nie zatrzymuj się, nie oglądaj za siebie. Jego wyprawa miała określony cel, ale w tej chwili rozkoszował się jedynie radosnym poczuciem ucieczki.

Gdy godzinę później dotarł do zabudowań Uniwersytetu Stanowego, czuł się odświeżony i odnowiony, zupełnie jakby przespał całą noc w wygodnym łóżku. Zostawił samochód na parkingu i w ostrym, krystalicznym powietrzu ruszył pieszo przez teren uniwersytetu.

Lucy Overlock siedziała w swoim gabinecie na wydziale antropologii. Dzięki swym stu osiemdziesięciu centymetrom wzrostu i strojowi składającemu się z dżinsów i flanelowej koszuli wyglądała bardziej jak drwal niż profesor uniwersytetu.

Powitała go kiwnięciem głowy i uściskiem twardej dłoni. Nawet siedząc za biurkiem, była imponującą kobietą o budowie amazonki.

– Przez telefon powiedział pan, że ma pytania na temat szczątków znad jeziora Locust.

– Chciałbym dowiedzieć się czegoś o rodzinie Gow. Jak zmarli. Kto ich zabił.

Uniosła brew.

– Jest jakieś sto lat za późno, by kogoś aresztować za tę zbrodnię.

– Niepokoją mnie okoliczności ich śmierci. Czy udało wam się znaleźć jakieś doniesienia prasowe o tym morderstwie?

– Tak, Vince’owi – mojemu doktorantowi. Rozpatruje przypadek rodziny Gow w swojej pracy doktorskiej. Odtwarza dawne morderstwo na podstawie szczątków. Poświecił parę tygodni na znalezienie informacji. Nie wszystkie stare gazety trafiły do archiwów. Wasz teren był wówczas tak słabo zaludniony, że niewiele o nim pisano.

– A zatem jak zginęła rodzina Gow?

– Obawiam się, że to banalna historia. Niestety, przemoc w rodzinie nie jest współczesnym wynalazkiem.

– Ojciec to zrobił?

– Nie. Siedemnastoletni syn. Jego ciało znaleziono wiele tygodni później, wiszące na drzewie. Najwyraźniej popełnił samobójstwo.

– A motywy? Czy chłopak miał zaburzenia?