Выбрать главу

Lucy rozparła się na krześle, a na jej opaloną twarz padło światło z okna. Lata pracy na dworze odbiły się na jej cerze i zimowe światło podkreślało wszystkie piegi i zmarszczki.

– Nie wiemy, rodzina najwyraźniej żyła w znacznym odosobnieniu. Według map nadań z tego okresu, własność Gowów obejmowała cały południowy brzeg jeziora. Być może wśród sąsiadów nikt dobrze nie znał chłopca.

– A zatem rodzina była zamożna?

– Nie wiem, czy zamożna, ale niewątpliwie posiadali dużo ziemi. Vince mówił, że ten teren stał się własnością rodziny Gow pod koniec osiemnastego wieku, i tak było aż do tego…

wydarzenia. Później wyprzedano ziemię po kawałku i zabudowano.

– Czy Vince to ten zapyziały chłopak z kucykiem?

Roześmiała się.

– Wszyscy moi studenci są zapyziali. To niemal warunek uzyskania doktoratu.

– A gdzie mógłbym go teraz znaleźć?

– Od dziewiątej powinien być u siebie w gabinecie. W suterenie muzeum. Zadzwonię i uprzedzę go, że pan do niego idzie.

Lincoln był tu już wcześniej. Tym razem na szerokim drewnianym stole leżały ceramiczne skorupy, a nie ludzkie szczątki, a okna sutereny zasypał śnieg. Brak naturalnego światła i wilgotne kamienne stopnie sprawiły, że Lincoln miał wrażenie, iż znalazł się w wielkiej, podziemnej grocie. Wszedł w labirynt półek z eksponatami, stosów pudełek, zawierających artefakty, o nadgryzionych wilgocią etykietkach. „Ludzka szczęka dolna (mężczyzna)” – odczytał na jednej. Pomyślał, że drewniana skrzynka to żałośnie anonimowe miejsce dla czegoś, co niegdyś było ludzką szczęką. Zaczynało go już drapać w gardle od kurzu, pleśni i niewyraźnego, dymnego zapachu, który z każdym krokiem w głąb sutereny stawał się coraz mocniejszy. Marihuana.

– Panie Brentano? – zawołał.

– Jestem tutaj – odpowiedział mu głos. – Niech pan skręci w lewo przy wypchanej sowie.

Po kilku następnych krokach Lincoln stanął przed wielką sową w szklanej gablotce. Skręcił w lewo.

„Gabinet” Vince’a Brentano składał się zaledwie z biurka i szafki kartotekowej, wciśniętych między półki z eksponatami. Choć w zasięgu wzroku nie było żadnej popielniczki, zapach marihuany wisiał ciężko w powietrzu, a młody mężczyzna, najwyraźniej niepewnie czując się w obecności policjanta, przyjął defensywną pozycję, barykadując się za biurkiem i opierając na wyciągniętych przed siebie rękach. Patrząc Vince’owi prosto w oczy, Lincoln wyciągnął dłoń na powitanie.

Po krótkiej chwili wahania Vince ją uścisnął. Obaj zrozumieli znaczenie tego gestu: zawarto układ.

– Proszę siadać – zaproponował Vince. – Może pan zestawić to pudło na podłogę, ale proszę uważać, bo krzesło się trochę chwieje. Wszystko tu się chwieje. Jak pan widzi, mam luksusowe biuro.

Lincoln zestawił pudło z krzesła. W środku coś zagrzechotało.

– Kości – wyjaśnił Vince.

– Ludzkie?

– Goryla nizinnego. Używam ich na wykładach porównawczych. Daję je studentom i proszę o diagnozę, ale nie mówię, że nie są ludzkie. Powinien pan usłyszeć, co wymyślają. Wszystko od akromegalii po syfilis.

– To podstępny chwyt.

– Całe życie jest podstępnym chwytem. – Vince rozparł się na krześle, patrząc na Lincolna z ciekawością. – Zakładam, że ta wizyta także jest podstępem. Zazwyczaj policja nie grzebie w morderstwach sprzed stu lat.

– Rodzina Gowów interesuje mnie z innych powodów.

– Jakich?

– Wydaje mi się, że ich śmierć może mieć związek z naszymi obecnymi problemami w Tranquility.

Vince wyglądał na zdziwionego.

– Czy mówi pan o tych niedawnych morderstwach?

– Popełnili je normalni skądinąd chłopcy. Nastolatki, które straciły nad sobą kontrolę i zabiły. Psychologowie dziecięcy przeprowadzają psychoanalizę każdego dzieciaka w mieście, ale nie potrafią wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Więc zacząłem myśleć o tym, co przydarzyło się Gowom. O podobieństwach.

– Chodzi panu o nastoletniego zabójcę? – Vince wzruszył ramionami. – Popychadło też ma granice wytrzymałości. Gdy władza zbyt mocno naciska, młodzi ludzie buntują się. To się zdarzało wielokrotnie.

– To nie jest bunt. Ci chłopcy wpadają w amok, zabijają przyjaciół i rodzinę. – Przerwał na chwilę. – To samo zdarzyło się pięćdziesiąt dwa lata temu.

– Co się zdarzyło?

– W tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym roku w Tranquility w listopadzie popełniono siedem morderstw.

Siedem? – Vince szeroko otworzył oczy za szkłami okularów w drucianej oprawce. – W miejscowości liczącej ile osób?

– W 1946 roku Tranquility liczyło siedmiuset mieszkańców. A teraz znów przeżywamy taki sam kryzys.

Vince zaśmiał się nerwowo.

– Człowieku, musicie mieć u siebie poważne problemy socjologiczne. Ale niech pan nie obciąża za to młodzieży. Niech pan szuka winy w starszych. Gdy dzieci rosną w atmosferze przemocy, uczą się, że przemoc jest sposobem na rozwiązywanie problemów. Tatuś wielbi wszechmogącą broń, wychodzi i dla sportu rozwala sarnę. Synek odczytuje komunikat: zabijanie jest frajdą.

– To zbyt gładkie wyjaśnienie.

– Nasze społeczeństwo wielbi agresję! A potem wkładamy broń w ręce dzieci. Niech pan spyta pierwszego z brzegu socjologa.

– Nie wydaje mi się, by socjologowie potrafili wyjaśnić nasz przypadek.

– No dobrze, a jakie jest pańskie wyjaśnienie?

– Deszcze.

Zapadło długie milczenie.

– Słucham?

– W tym roku mieliśmy identyczny wzorzec pogody jak w roku 1946. Zaczęło się w kwietniu od bardzo obfitych opadów deszczu. Lokalny most został zerwany, zwierzęta domowe potonęły…

Vince uniósł oczy do nieba.

– Biblijny potop?

– Wie pan, nie jestem zbyt religijny…

– Ja też nie wierzę w Boga. Jestem naukowcem.

– A zatem zawsze szukacie wzorców w przyrodzie, prawda? Korelacji. No więc taki właśnie wzorzec dostrzegam i w tym roku, i w 1946. W kwietniu i maju w mieście zanotowano rekordowe opady deszczu. Rzeka Locust wystąpiła z brzegów i zniszczyła stojące na brzegach domy. Potem deszcze kończą się – w lipcu i sierpniu nie pada w ogóle. Co więcej, jest niezwykle gorąco. Tak gorąco, że oba lata trafiają do księgi rekordów. – Zaczerpnął powietrza i wolno je wypuścił. – W końcu, w listopadzie, zaczyna się to wszystko dziać.

– Co takiego?

– Morderstwa.

Vince nic nie mówił. Siedział z nieprzeniknioną miną.

– Wiem, że to zwariowana teoria – powiedział Lincoln.

– Nie ma pan pojęcia, jak bardzo.

– Ale korelacja istnieje. Doktor Elliot uważa, że to może być zjawisko przyrodnicze. Jakaś nowa bakteria czy algi w jeziorze, wywołujące zmiany osobowości. Czytałem o czymś podobnym, dotyczyło to rzek na południu. Mikroorganizm, który zabija miliony ryb. Produkuje toksynę, działającą także na ludzi, uszkadzającą ich koncentrację, czasem powodującą napady wściekłości.

– Pewnie mówi pan o dinoflagellata. To rodzaj planktonu.

– Tak. Być może u nas dzieje się coś podobnego. Dlatego chcę zebrać informacje o sprawie rodziny Gowów. Konkretnie chcę wiedzieć, czy w roku, w którym zginęli, były obfite deszcze. Rządowe dane powodziowe nie sięgają tak daleko w przeszłość, dlatego potrzebuję relacji prasowych.

Vince w końcu zrozumiał.

– Chce pan zobaczyć moje wycinki prasowe.

– Być może zawierają informacje, których szukam.

– Powódź. – Vince wyprostował się i zmarszczył brwi, jakby usiłował przywołać jakieś wspomnienie. – To dziwne. Wydaje mi się, że coś sobie przypominam na temat powodzi… – Okręcił się na krześle ku szafce, wyciągnął szufladę i przerzucił kilka teczek. – Gdzie ja to widziałem? Gdzie, gdzie… – Wyciągnął teczkę, opisaną „Listopad 1887, Two Hills Herald„. W środku był plik fotokopii artykułów prasowych.