Выбрать главу

– Deszcze byłyby na wiosnę – powiedział Lincoln. – Nie będzie nic o tym w wycinkach z listopada…

– Nie, to ma coś wspólnego ze sprawą Gowów. Pamiętam, że to odnotowałem. – Przerzucał fotokopie, w końcu zatrzymał się przy jednej i przyjrzał pomiętej stronie. – Tak, tu jest ten artykuł z datą dwudziestego trzeciego listopada. Tytuł: SIEDEMNASTOLATEK ZABIJA SWOJĄ RODZINĘ. PIĘĆ OFIAR. Dalej jest mowa o zmarłych: państwu Teodorostwu Gow, ich dzieciach Jennie i Josephie, oraz matce pani Gow, Althei Frick. – Odłożył kartkę na bok. – Już pamiętam. To było w nekrologach.

– Co było?

Vince wyciągnął kolejną fotokopię.

– Tu jest nekrolog matki pani Gow. „Althea Frick, sześćdziesiąt dwa lata, zabita na początku minionego tygodnia, została pochowana 30 listopada podczas wspólnego pogrzebu z rodziną Theodora Gow. Urodzona w Two Hills, była córka Petrasa i Marii Goose. Oddana matka dwojga dzieci. Przez czterdzieści jeden lat wierna żona Donata Fricka, który utopił się minionej wiosny… – Głos Vince’a nagle umilkł. Doktorant podniósł wzrok na Lincolna -… gdy rzeka Locust wystąpiła z brzegów”.

Patrzyli na siebie, obaj pod wrażeniem tego nieoczekiwanego potwierdzenia. Przy nogach Vince’a stał piecyk elektryczny ze spiralą świecącą jasno-pomarańczowym światłem. Nic jednak nie było w stanie zwalczyć chłodu, jaki w tym momencie ogarnął Lincolna, który na chwilę zwątpił, czy kiedykolwiek zdoła się znów rozgrzać.

– Kilka tygodni temu – powiedział – wspomniał pan Indian z plemienia Penobscot. Mówił pan, że odmawiali osiedlania się w pobliżu jeziora Locust.

– Tak. Było objęte tabu, tak samo jak niższa część Beech Hill, gdzie płynie potok Meegawki. Uważali, że to niezdrowe miejsce.

– Czy wie pan, dlaczego było uważane za niezdrowe?

– Nie.

Lincoln zamyślił się.

– Nazwa Meegawki – to słowo pewnie pochodzi z języka Penobscotów?

– Tak. To zniekształcone Sankadelak Migah’ke, ich nazwa dla tego obszaru. Sankadelak w wolnym przekładzie to potok.

– A co znaczy to drugie słowo?

– Lepiej to sprawdzę. – Vince okręcił się na krześle i sięgnął na półkę po dość sfatygowany egzemplarz Języka Penobscotów. Szybko znalazł odpowiednią stronę. – No tak, miałem rację co do Sankade’lak. Oznacza rzekę lub strumień.

– A to drugie?

– Migah’ke znaczy „walczyć” lub… – Vince przerwał. Uniósł wzrok na Lincolna. – Lub „zabijać”.

Patrzyli się na siebie w milczeniu.

– To wyjaśniałoby tabu – powiedział w końcu Lincoln cicho.

Vince przełknął ślinę.

– Tak. To „zabójczy strumień”. Strumień, który zabija.

Rozdział 17

– Grube dupsko – syknął J.D. Reid z sekcji puzonów. – Barry ma grube dupsko!

Noah uniósł wzrok i zerknął z ukosa na swego partnera przy pulpicie, Barry’ego Knowltona. Biedny grubas mocno ściskał saksofon, starając się skoncentrować na zachowaniu rytmu, ale spurpurowiał i zaczął się pocić, jak zawsze, gdy odczuwał stres. Barry Knowlton pocił się i na sali gimnastycznej, i odmieniając czasowniki na lekcji francuskiego, i wtedy, gdy odezwała się do niego jakaś dziewczyna. Najpierw się rumienił, potem na jego czole i skroniach zbierały się małe kropelki, a już po chwili strumyczki potu spływały z niego jak lody topniejące w upale.

– Ludzie, to dupsko jest takie grube, że gdyby je wystrzelić w kosmos, mielibyśmy drugi księżyc.

Kropla potu kapnęła z twarzy Barry’ego na saksofon. Ściskał instrument tak mocno, że palce mu całkiem zbielały. Noah odwrócił się.

– Odczep się, J.D.

– Oooch. Teraz chuda dupa jest zazdrosna, że się na nią nie zwraca uwagi. Stąd mam niezły widok. Gruba dupa i chuda dupa, do pary.

– Powiedziałem, odczep się!

Reszta zespołu przestała grać i w nagłej ciszy „odczep się” Noaha rozległo się z pełną mocą.

– Noah, co tam się dzieje?

Noah odwrócił się i zobaczył, że pan Sanborn marszczy brwi. Pan Sanborn był fajnym facetem, jednym z ulubionych nauczycieli Noaha, ale był też kompletnie ślepy na to, co się dzieje w klasie.

– Noah usiłuje wywołać bójkę, proszę pana – powiedział J.D.

– Co takiego? To on usiłuje wywołać bójkę! – zaprotestował Noah.

– Nie sądzę – prześmiewał się J.D.

– Nigdy nie odpuści! Wciąż robi głupie komentarze! Pan Sanborn znużonym gestem skrzyżował ramiona.

– Jakie komentarze, mogę wiedzieć?

– Powiedział… powiedział… – Noah przerwał i spojrzał na Barry’ego, napiętego jak struna, która za chwilę się zerwie. – No, to były obraźliwe uwagi.

Ku zaskoczeniu wszystkich, Barry nagle kopnął pulpit tak, że go przewrócił, rozrzucając wokół kartki z nutami.

– Nazwał mnie grubym dupskiem! Tak mnie nazwał!

– Hej, to nie obraźliwa uwaga, to prawda! – powiedział J.D.

Przez salę przeleciał śmiech.

– Przestańcie! – wrzasnął Barry. – Przestańcie się ze mnie śmiać!

– Barry, usiądź, proszę.

Barry zwrócił się do pana Sanborna.

– Nigdy pan nic nie robi! Nikt nic nie robi! Pozwala mu pan mnie prześladować, a wszystkich to gówno obchodzi!

– Barry, musisz się uspokoić. Wyjdź, proszę, do holu i ochłoń trochę.

Barry cisnął saksofon na krzesło.

– Wielkie dzięki, proszę pana – powiedział i wyszedł z sali.

– Oooch. Księżyc w pełni znika – szepnął J.D. Noah w końcu nie wytrzymał.

– Zamknij się! – krzyknął. – Zamknij się w końcu!

– Noah! – Pan Sanborn zastukał pałeczką w pulpit.

– To jego wina, nie Barry’ego! J.D. nigdy nie odpuszcza! Żadne z was nigdy nie przestaje! – Rozejrzał się po kolegach z klasy. – Wszyscy dajecie mu popalić!

Pan Sanborn w furii walił pałeczką w pulpit.

– Jesteście beznadziejni! J.D. roześmiał się.

– I kto to mówi!

Noah skoczył na równe nogi, chcąc rzucić się na J.D. Zabiję go!

Jakaś ręka chwyciła Noaha za ramię.

– Dość tego! – krzyknął pan Sanborn, odciągając go w tył. – Noah, ja się zajmę J.D.! Idź ochłonąć w holu!

Noah zrzucił z ramienia rękę nauczyciela. Wściekłość, która doszła do tak niebezpiecznego szczytu, wciąż krążyła w jego żyłach, ale udało mu sieją opanować. Rzucił J.D. ostatnie spojrzenie, które mówiło: spróbuj jeszcze raz, a pożałujesz, i wyszedł z sali.

Znalazł Barry’ego koło szafek, pocącego się i dyszącego. Chłopak walczył z kombinacją zamka szyfrowego. Wciąż wściekły, walnął pięścią w szafkę, a potem oparł się o nią. Pod jego ciężarem zamek o mało nie puścił.

– Zabiję go – powiedział.

– Razem go zabijemy – rzekł Noah.

– Mówię serio. – Barry spojrzał na niego i Noah nagle zrozumiał. On naprawdę mówi serio.

Zadzwonił dzwonek na koniec lekcji. Dzieciaki wysypały się z klas, zapełniając hol. Noah po prostu stał w miejscu, patrząc, jak Barry odchodzi – spocony grubas, znikający w tłumie. Nie zauważył Amelii, póki nie zatrzymała się tuż koło niego i nie dotknęła jego ramienia.

Drgnął nagle i spojrzał na nią.

– Słyszałam o tobie i J.D. – powiedziała.

– Więc pewnie słyszałaś też, że to mnie wyrzucono z klasy.

– J.D. to kawał palanta. Nikt nigdy mu się dotychczas nie sprzeciwił.

– No cóż, niepotrzebnie to zrobiłem. – Noah ustawił swój zamek szyfrowy i otworzył szafkę. Drzwi odskoczyły ze stukiem. – Nie warto było otwierać jadaczki.