– Nie, nie chcę wnosić sprawy – oświadczyła. – Dam mu jeszcze jedną szansę – dodała wspaniałomyślnie.
– Jestem pewien, że Noah ci za to podziękuje, Fern – powiedział Lincoln.
To nie jego aprobaty pragnę, pomyślała żałośnie. Tylko twojej.
– Chcesz o tym porozmawiać? – spytała Claire.
W odpowiedzi Noah cofnął się jak ameba, kuląc się po swojej stronie samochodu.
– Musimy o tym kiedyś porozmawiać, kochanie.
– Dlaczego?
– Dlatego, że zostałeś zawieszony. Nie wiemy, kiedy ani czy w ogóle będziesz mógł wrócić do szkoły.
– No to nie wrócę. I tak się tam niczego nie uczę. – Odwrócił się i utkwił wzrok za oknem, odcinając się od niej.
Jechała dalej w milczeniu, patrząc na drogę, ale jej właściwie nie widząc. Zamiast tego oczami duszy ujrzała swego syna, jakim był w wieku lat pięciu, zwiniętego w kłębek na kanapie, milczącego, zbyt nieszczęśliwego, by jej opowiedzieć o drwinach, jakie go spotkały tego dnia w szkole. Nigdy nie miał daru komunikacji, pomyślała. Zawsze odgradzał się milczeniem, a teraz ten mur stał się grubszy i bardziej nieprzenikliwy.
– Myślę o tym, co powinniśmy zrobić, Noah. Musisz mi powiedzieć, czego byś chciał. Czy uważasz, że postępuję właściwie. Wiesz, że moja praktyka lekarska nie idzie najlepiej. A teraz, przy tych wszystkich wybitych oknach i zniszczonych dywanach, miną tygodnie, zanim znów będę mogła przyjmować pacjentów. Jeśli w ogóle jeszcze jacyś zechcą do mnie przyjść… – Westchnęła. – Próbowałam po prostu znaleźć miejsce dobre dla ciebie, dobre dla nas obojga. A wygląda na to, że tylko zabałaganiłam sprawę. – Skręciła na podjazd przed domem i zgasiła silnik. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Zwróciła się ku niemu. – Nie musisz mi odpowiadać od razu, ale musimy o tym niedługo porozmawiać. Musimy zadecydować.
– Zadecydować o czym?
– Czy nie powinniśmy wrócić do Baltimore.
– Co?! – Uniósł gwałtownie głowę i w końcu na nią spojrzał. – To znaczy wyjechać stąd?
– Od miesięcy powtarzasz, że chcesz wrócić do miasta. Dziś rano rozmawiałam z babcią Elliot. Powiedziała, że mógłbyś wrócić wcześniej i u niej zamieszkać. Ja bym dojechała po spakowaniu wszystkiego i wystawieniu domu na sprzedaż.
– Znowu robisz to samo. Podejmujesz decyzje dotyczące mojego życia.
– Nie, proszę cię tylko, byś mi pomógł wybrać.
– Nie pytasz. Już zadecydowałaś.
– To nieprawda. Raz popełniłam ten błąd i nie powtórzę go więcej.
– Chcesz wyjechać, tak? Przez tyle miesięcy to ja chciałem wracać do Baltimore, a ty mnie nie słuchałaś. Teraz to ty decydujesz, że już czas, i nagle pytasz: „Czego chcesz, Noah?”.
– Pytam, bo to ma dla mnie znaczenie! Twoje życzenia zawsze miały znaczenie.
– A jeśli powiem, że chcę zostać? Że mam przyjaciółkę, na której mi naprawdę zależy, a ona jest tutaj?
– Przez minionych dziewięć miesięcy mówiłeś tylko, jak nienawidzisz tego miejsca.
– A ciebie to nic nie obchodziło.
– Więc czego chcesz? Co mogę zrobić, byś był zadowolony? Czy cokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwy?
– Wrzeszczysz na mnie.
– Tak się staram, a ciebie nigdy nic nie zadowala!
– Przestań na mnie wrzeszczeć!
– Myślisz, że podoba mi się bycie twoją matką? Myślisz, że byłoby ci lepiej z inną?
Walnął pięścią w deskę rozdzielczą i walił dalej, krzycząc:
– Przestań-na-mnie-wrzeszczeć!
Patrzyła tylko, zaszokowana gwałtownością jego wybuchu i jasnoczerwoną kroplą krwi, która nagle wyciekła z jego nosa. Kapnęła mu na kurtkę.
– Krwawisz…
Automatycznie dotknął górnej wargi i spojrzał na krew na swoich palcach. Z nosa wypłynęła kolejna kropla i spadła na kurtkę, tworząc czerwoną plamę.
Pchnął drzwi i pobiegł do domu.
Poszła za nim, ale zamknął się w łazience.
– Noah, wpuść mnie.
– Daj mi spokój.
– Chcę zatrzymać krwawienie.
– Już ustało.
– Mogę popatrzeć? Dobrze się czujesz?
– Do jasnej cholery! – ryknął. Usłyszała, jak coś spadło na podłogę i rozbiło się. – Odczep się wreszcie!
Patrzyła na zamknięte drzwi, w milczeniu starając się je zaczarować, by się otwarły, i wiedząc, że to się nie zdarzy. Dzieliło ich już zbyt wiele zamkniętych drzwi, a te były jedynie kolejnymi, których nie mogła pokonać.
Zadzwonił telefon. Spiesząc do kuchennego aparatu, myślała: W ilu kierunkach naraz mogę dać się ciągnąć?
Głos w słuchawce był znajomy i spanikowany.
– Pani doktor, musi pani tu przyjechać! Trzeba, żeby ktoś na nią popatrzył!
– Elwyn? – spytała Claire. – Czy to ty?
– Tak. Jestem u Rachel. Ona nie chce jechać do szpitala, więc pomyślałem, że lepiej do pani zadzwonię.
– Co się stało?
– Nie wiem dokładnie. Ale lepiej niech pani szybko przyjedzie, bo ona zakrwawi całą kuchnię.
Rozdział 18
Mrok zapadał, gdy Claire dotarła do domu Rachel Sorkin. Elwyn Clyde stał na ganku i przyglądał się psom goniącym się po podwórku.
– Paskudna sprawa – mruknął ponuro do wchodzącej po schodkach na ganek Claire.
– Jak ona się czuje?
– Och, jest okropnie uparta. Kazała mi wyjść, a przecież staram się tylko pomóc. Tylko pomóc, a ona mówi: „Idź stąd, Elwyn, zasmradzasz mi kuchnię”. – Spuścił wzrok, a jego pospolita twarz posmutniała. – Była dla mnie dobra, gdy miałem tę historię ze stopą i w ogóle. Chciałem się jej tylko odwdzięczyć.
– Już to zrobiłeś – pocieszyła Claire Elwyna, klepiąc go po ramieniu. Zupełnie jakby poklepała przez cienki płaszcz wiązkę patyków. – Zaraz zobaczę, co z nią jest.
Claire weszła do kuchni. Jej wzrok padł na ścianę. Krew – przyszło jej natychmiast do głowy na widok jaskrawych plam. Potem dopiero dostrzegła słowa, wypisane czerwonym sprayem na drzwiach szafek:
KURWA SZATANA – Wiedziałam, że tak się skończy – powiedziała cicho Rachel. Siedziała przy kuchennym stole, przyciskając do głowy plastikową torebkę z lodem. Krew zaschła jej na policzku i skleiła pasma czarnych włosów. Na ziemi wokół jej stóp leżały kawałki rozbitego szkła. – To była tylko kwestia czasu.
Claire przysunęła sobie krzesło.
– Proszę pokazać głowę.
– Ludzie są takimi nieprawdopodobnymi ignorantami. Wystarczy jeden idiota, który ich nakręci, a zaraz zaczyna się… – roześmiała się urywanie -… polowanie na czarownice.
Claire delikatnie odjęła pakiet lodu od głowy Rachel. Choć przecięcie nie było głębokie, obficie krwawiło. Będzie wymagało co najmniej sześciu szwów.
– Czy to od szkła?
Rachel kiwnęła głową i natychmiast skrzywiła się, jakby ten prosty ruch pobudził ból.
– Nie widziałam, że leci kamień. Byłam tak zła o tę farbę, o bałagan, jakiego tu narobili. Nie zdawałam sobie sprawy, że są pod domem, widzą, jak wchodzę. Stałam tu, patrząc na szafki, gdy wpadł kamień, tłukąc okno. – Machnęła ręką w stronę zabitego teraz deskami okna. – Elwyn założył deski.
– A skąd on się tu wziął?
– Och, ten stuknięty Elwyn zawsze przechodzi z psami przez moje podwórko. Zobaczył wybitą szybę i zaszedł zobaczyć, co ze mną.
– To miło z jego strony. Mogłaby pani trafić na gorszego sąsiada.
– Pewnie tak – przyznała Rachel niechętnie. – W każdym razie ma serce na właściwym miejscu.
Claire otworzyła torbę lekarską i wyjęła zestaw do nakładania szwów. Zaczęła przemywać ranę Rachel betadiną.
– Czy straciła pani przytomność?
– Nie pamiętam.
– Nie jest pani pewna?