– Chyba trochę mnie oszołomiło. Ocknęłam się na podłodze, ale nie pamiętam, jak się tam znalazłam.
– Powinna pani być dziś pod obserwacją. Gdyby było krwawienie wewnątrz czaszki…
– Nie mogę iść do szpitala. Nie jestem ubezpieczona.
– Nie powinna pani zostawać sama w domu. Mogę załatwić bezpośrednie przyjęcie.
– Nie mam także pieniędzy. Nie mogę płacić za szpital. Claire przyglądała się przez chwilę swojej pacjentce, zastanawiając się, jak dalece powinna nalegać.
– No dobrze. Ale jeśli ma pani zostać w domu, to ktoś jeszcze powinien tu być.
– Nie mam nikogo.
– Przyjaciel? Sąsiad?
– Nikt mi nie przychodzi do głowy.
Usłyszały głośne pukanie do drzwi.
– Hej! – krzyknął Elwyn przez drzwi. – Mogę wejść i skorzystać z ubikacji?
– Nadal jest pani pewna, że nie ma nikogo? – spytała Claire ze znaczącym spojrzeniem ku Elwynowi.
Rachel zamknęła oczy i westchnęła.
Wóz policyjny właśnie wyłonił się z ciemności, gdy Claire wyszła ponownie na ganek Rachel. Razem z Elwynem przyglądała się wysiadającemu policjantowi. Gdy przeciął podwórze i wszedł w krąg światła, rozpoznała Marka Dolana. Zdziwiło ją to, ponieważ zazwyczaj pracował na późniejszej, nocnej zmianie. Nigdy go nie lubiła, a teraz, mając w pamięci, co powiedział jej Mitchell Groome, też nie poczuła do niego sympatii.
– Jakieś problemy? – spytał.
– Dzwoniłem po was ponad godzinę temu – powiedział gderliwie Elwyn.
– Dobra, dobra, ale jesteśmy zawaleni wezwaniami. Wandalizm nie jest wśród nich najważniejszy. Więc o co chodzi? Ktoś przyszedł i wybił okno?
– To coś więcej niż wandalizm – powiedziała Claire. – To występek biorący się z nienawiści. Rzucili kamieniem w okno i Rachel dostała w głowę. Mogła odnieść poważne obrażenia.
– A gdzie tu nienawiść?
– Zaatakowano ją z powodu jej przekonań religijnych.
– Jaka to religia?
– Jest czarownicą, ty tępy kretynie! – wybuchnął Elwyn. – Wszyscy to wiedzą!
Dolan uśmiechnął się z politowaniem.
– To niezbyt miłe z twojej strony, że ją tak nazywasz, Elwyn.
– Co złego w nazywaniu jej czarownicą, skoro tym właśnie jest? Jeśli jej to pasuje, dobra, mnie nic do tego. Uważam, że lepsza czarownica niż wegetarianka. Chociaż tego też nie mam jej za złe.
– Nie nazwałbym jej przekonań religią.
– Wszystko jedno, jak je nazwiesz. To, że kobieta chce wierzyć w jakieś tam bajeczki, nie znaczy, że można w nią ciskać kamieniami!
– To jest przestępstwo z nienawiści – upierała się Claire. – Niech pan tego nie traktuje jak zwykłego aktu wandalizmu.
Dolan uśmiechnął się szyderczo.
– Potraktuję to tak, jak uznam za stosowne – oświadczył, wchodząc po schodkach i znikając we wnętrzu.
Claire i Elwyn stali przez chwilę w milczeniu.
– Zasługuje na coś lepszego – powiedział w końcu. – To dobra kobieta i zasługuje na lepsze przyjęcie, niż ją spotkało w naszym miasteczku.
Claire spojrzała na niego.
– A ty jesteś dobrym człowiekiem, Elwyn. Dziękuję, że z nią dzisiaj zostaniesz.
– No, taaa, teraz zrobiła się z tego grubsza afera, nie? – mruknął, schodząc po schodkach. – Muszę najpierw zabrać psy do domu, bo tylko ją denerwują. Równie dobrze mogę od razu załatwić i ten drugi interes. Skoro już jej obiecałem.
– Co takiego?
– Kąpiel – mruknął i zniknął między drzewami, a psy pobiegły jego śladem.
Było już późno i Noah spał, gdy w końcu odezwał się telefon.
– Już kilkanaście razy brałem słuchawkę, by do ciebie zadzwonić – powiedział Lincoln – i zawsze coś mi przerywało. Pracujemy na dwie zmiany, by obsłużyć wszystkie wezwania.
– Słyszałeś o napaści na Rachel Sorkin?
– Mark wspomniał o tym.
– Czy wspomniał także, że jest kompletnym palantem?
– Co takiego zrobił?
– Raczej czego nie zrobił. Nie potraktował tej sprawy poważnie. Uznał ją za zwykły akt wandalizmu.
– Powiedział mi, że to tylko rozbita szyba.
– Wandale wypisali w jej kuchni sprayem „kurwa szatana”. Zapadła cisza. Gdy się w końcu odezwał, usłyszała w jego głosie ledwie skrywany gniew.
– Te diabelskie spekulacje zaszły już za daleko. Muszę dopaść tę cholerną Damaris Horne, zanim zacznie wypisywać bzdury o przekleństwie Penobscotów.
– Nie mówiłeś jej o swojej rozmowie z Vince’em?
– Nie, skąd. Staram się jej unikać.
– Kiedy z nią będziesz rozmawiał, możesz ją zapytać o jej kumpla, policjanta Dolana.
– Czy to znaczy to, co myślę, że znaczy?
– Usłyszałam o tym od jednego z reporterów, Mitchella Groome’a. Widział ich razem.
– Pytałem już Marka, czy z nią rozmawiał. Absolutnie zaprzecza. Nie mogę podjąć działań przeciw niemu bez dowodów.
– Ufasz jego słowu?
Milczenie.
– Szczerze mówiąc, nie wiem. – Westchnął. – Ostatnio dowiaduję się o moich sąsiadach i przyjaciołach rzeczy, których się nawet nie domyślałem. Których nie chcę wiedzieć. – Z jego głosu zniknął gniew. – Ale nie dzwonię, by rozmawiać o Marku Dolanie.
– A dlaczego dzwonisz?
– By porozmawiać o tym, co stało się ostatniej nocy. Między nami.
Zamknęła oczy, nastawiając się na słowa przeprosin. Jakaś jej część chciała być znowu wolna. Znaczyłoby to, że może stąd wyjechać, nie oglądając się za siebie, nie dręcząc się decyzją.
Ale inna jej część, większa część, chciała jego.
– Czy przemyślałaś to, co mówiłem? – spytał. – O tym, czy zostaniesz?
– A ty wciąż mnie o to prosisz?
– Tak.
Powiedział to bez wahania. Nie uwalniał jej. Zalała ją radość i lęk.
– Nie wiem, Lincoln. Wciąż myślę o wszystkich powodach, dla których powinnam stąd wyjechać.
– A co z powodami, dla których powinnaś zostać?
– A są jakieś, poza tobą?
– Możemy o tym porozmawiać. Mogę teraz przyjechać. Chciałaby przyjechał, ale równocześnie bała się tego, co się może stać. Bała się podjęcia przedwczesnej decyzji, faktu, że sama jego obecność może okazać się najbardziej przekonującym argumentem za pozostaniem w Tranquility. Tyle rzeczy ją stąd odciągało. Wystarczyło spojrzeć przez okno, w nieprzenikniona ciemność listopadowej nocy, która jest tak zimna, że może zabić…
– Mogę być u ciebie za dziesięć minut. Przełknęła ślinę. Kiwnęła głową pustemu pokojowi.
– Dobrze.
Gdy tylko odłożył słuchawkę, ogarnęła ją panika. Jak wygląda? Czy jest uczesana, a dom wysprzątany? Nie miała wątpliwości, co znaczą te myśli: kobiece pragnienie wywarcia wrażenia na ukochanym. Zaskoczyło ją, że w jej wieku jeszcze tego doświadcza. Średni wiek nie przynosi automatycznie godności, pomyślała ze smutnym uśmiechem.
Specjalnie unikała nawet jednego spojrzenia w lustro. Zeszła na dół, do salonu, gdzie zmusiła się do rozpalenia ognia w kominku. Skoro Lincoln miał ochotę składać wizyty o tak późnej godzinie, musi go zadowolić to, co tu zastanie. Kobietę z sadzą na rękach i zapachem dymu we włosach. Prawdziwą Claire Elliot, wyczerpaną i niezbyt piękną. Niech mnie zobaczy właśnie taką, myślała buntowniczo, a wtedy zobaczymy, czy wciąż mnie będzie chciał.
Ułożyła szczapy i rozpałkę, zapaliła zapałkę i przytknęła ją do pomiętych gazet. Ogień będzie płonął równo bez dalszych starań, ale pozostała przed kominkiem, patrząc z pierwotną satysfakcją, jak zajmują się najpierw drobne gałązki, a potem grubsze szczapy. Drewno było dobrze wysuszone, będzie więc płonąć szybko i wydajnie. Ona też była jak te szczapy, sucha i przez nikogo nierozpalana przez długi czas. Ledwie w ogóle pamiętała, co znaczy płonąć.