Usłyszała dźwięk dzwonka. Natychmiast zmieniła się w kłębek nerwów. Otrzepała pobrudzone sadzą ręce, następnie wytarła je o spodnie na biodrach, brudząc je także.
Niech ujrzy prawdziwą Claire. Niech zobaczy, czy tego właśnie chce.
Wyszła do holu, przystanęła na chwilę, by się opanować, i otworzyła drzwi.
– Wejdź.
– Cześć, Claire – rzekł, także szukając słów. Patrzyli tylko na siebie przez moment, a następnie odwrócili wzrok, w poszukiwaniu bezpieczniejszego terytorium. Wszedł do środka i zobaczyła, że na jego kurtce osiadł drobny śnieg, że ciemność na dworze wiruje puchową bielą, jak mgła.
Zamknęła drzwi.
– Rozpaliłam w kominku. Mogę wziąć twoją kurtkę?
Wieszając ją, poczuła w podszewce ciepło jego ciała. Spotykali się i rozmawiali wielokrotnie, ale po raz pierwszy chłonęła go wszystkimi zmysłami, ciepło jego ciała we wnętrzu kurtki, zapach dymu z drewna i topniejącego śniegu. I pewność, bez patrzenia, że w tym momencie nie odrywa od niej oczu.
Poprowadziła go do pokoju.
Ogień płonął wysoko, rozjaśniając panujący w pokoju mrok kręgiem światła. Claire usiadła na kanapie i wyłączyła palącą się lampę. Ogień dawał dość jasności; chroniła się w półcieniu. Lincoln usiadł obok, ale nie za blisko; odległość świadczyła o neutralności, nierozróżniającej między przyjacielem, kochankiem czy zwykłym znajomym.
– Jak tam Noah? – spytał w końcu, zachowując neutralność nawet w rozmowie.
– Poszedł do łóżka zły. W pewnym sensie chce być ofiarą, chce czuć, że świat jest przeciw niemu. Nic nie mogę zrobić, by zmienić jego sposób myślenia. – Westchnęła i oparła głowę na dłoni. – Przez dziewięć miesięcy oskarżał mnie, że zmusiłam go do tej przeprowadzki. Dzisiaj, gdy powiedziałam, że zastanawiam się nad powrotem do Baltimore, wybuchnął. Powiedział, że nie myślę o jego potrzebach, o tym, czego on chce. Wszystko jedno, co robię, zawsze jest źle. Nie mogę go zadowolić.
– Możesz więc jedynie zadowolić siebie.
– To samolubstwo.
– Naprawdę?
– To tak, jakbym jako matka nie robiła wszystkiego, na co mnie stać.
– Widzę, jak bardzo się starasz, Claire. Żaden rodzic nie jest w stanie zrobić więcej. – Przerwał i westchnął. – A teraz wygląda na to, że dodaję jeszcze jedną komplikację do twego życia, wtedy kiedy jej absolutnie nie potrzebujesz. Ale ja nie mam czasu, Claire. Musiałem to powiedzieć, zanim podjęłaś decyzję. Zanim wyjechałaś z Tranquility. Zanim będzie za późno, bym mógł w ogóle cokolwiek powiedzieć.
W końcu na niego spojrzała. Siedział wpatrzony w podłogę, oparłszy zmęczoną głowę na dłoni.
– Trudno się dziwić, że chcesz wyjechać – rzekł. – To miasteczko nie śpieszy się, by okazać sympatię przybyszom, by im zaufać. Jest kilka osób po prostu wrednych. Ale większość to ludzie tacy sami jak wszędzie. Niektórzy bywają naprawdę dobrzy. Najlepsi ludzie, jakich mogłabyś znaleźć… – Zamilkł, jakby nie miał już nic więcej do powiedzenia.
Minęła chwila.
– Czy znowu przemawiasz w imieniu całego miasteczka, Lincoln? Czy we własnym?
Pokręcił głową.
– Nie o to mi chodziło. Przyszedłem tu, żeby coś powiedzieć, a tymczasem kręcę się tylko wokół tematu. Wiele o tobie myślę, Claire. W gruncie rzeczy myślę o tobie cały czas. Nie jestem pewien, jak sobie z tym poradzić, bo to dla mnie nowe doświadczenie. Chodzę z głową w chmurach.
Uśmiechnęła się. Tak długo myślała o nim jako o stoickim jankesie, konkretnym i praktycznym. Człowieku, który zbyt mocno stąpa po ziemi, by kiedykolwiek stracić głowę.
Wstał i zbliżył się do kominka. Czuł się niepewnie.
– To wszystko, co chciałem ci powiedzieć. Wiem, że to nieprosta sytuacja. Przede wszystkim jest Doreen. Wiem też, że nie mam żadnego doświadczenia w byciu ojcem. Ale jeśli chodzi o sprawy, na których mi naprawdę zależy, jestem bardzo cierpliwy. – Chrząknął. – Pójdę już, nie odprowadzaj mnie.
Zdejmował kurtkę z wieszaka, gdy go dogoniła. Dotknęła jego ramienia, a on odwrócił się, by na nią spojrzeć. Kurtka ześliznęła się i niezauważona upadła na podłogę.
– Wróć i posiedź ze mną. – Ta wyszeptana prośba, uśmiech na jej wargach wystarczały za zaproszenie. Dotknął twarzy Claire, pogładził ją po policzku. Nie pamiętała już, jakie to uczucie – dotknięcie męskiej ręki na ciele. Obudziło pragnienia, tak głębokie, nieoczekiwane i potężne, że westchnęła i zamknęła oczy. Westchnęła ponownie, gdy ją pocałował, gdy ich ciała przywarły do siebie.
Całowali się przez całą drogę do pokoju. Całowali się jeszcze, opadając na kanapę. W kominku osunęło się polano, wywołując deszcz iskier i płomień, rozbłyskując nową jasnością. Wysuszone drewno daje najgorętszy ogień. Gorąco ich własnego ognia spalało ją, spopielając wszelki opór. Leżeli na kanapie, przytulając się do siebie, a ręce badały, odkrywały. Podciągnęła mu koszulę i przesunęła dłonią po plecach. Jego skóra była tam zaskakująco chłodna, jakby całe ciepło było skierowane ku niej, w pocałunkach, którymi pokrywał jej twarz i szyję. Rozpięła mu koszulę, wdychając jego zapach. Dotychczas, w minionych tygodniach, czuła go od czasu do czasu przez krótką chwilę i jakoś utkwił jej w pamięci, więc teraz był znajomy i upajający.
– Jeśli mamy przestać – wymruczał – to lepiej zróbmy to teraz.
– Nie chcę przestawać.
– Nie jestem gotów… to znaczy, nie przygotowałem się przed przyjściem…
– W porządku. W porządku – słyszała swoją odpowiedź, nie wiedząc i nie przejmując się, czy to naprawdę jest w porządku, tak bardzo pragnęła jego dotyku.
– Noah – wyszeptał. – A co, jeśli Noah się obudzi…
Otworzyła oczy i stwierdziła, że wpatruje się wprost w jego źrenice. Takim nigdy go dotychczas nie widziała: twarz miał rozjaśnioną światłem z kominka, w oczach kryła się tęsknota.
– Na górę – powiedziała. – Do mojej sypialni. Jego twarz powoli rozjaśnił uśmiech.
– Czy drzwi zamykają się na klucz?
Tej nocy kochali się trzykrotnie. Za pierwszym razem było to gorączkowe zetknięcie ciał, splątanych kończyn, a potem wstrząsająca eksplozja gdzieś głęboko. Za drugim razem nadeszło spokojniejsze połączenie się kochanków, znających już swój dotyk i zapach.
Za trzecim razem kochali się na pożegnanie.
Obudzili się wczesnym rankiem, przed świtem. I w ciemnościach sięgnęli po siebie bez słów. Ich ciała połączyły się z własnej woli, dwie połówki tworzące jedność. Gdy w ciszy nadeszło spełnienie, było niczym łzy radości, a zarazem smutku. Radości, że się znaleźli. Smutku z powodu tego, czemu teraz muszą stawić czoło. Gniewowi Doreen. Oporowi Noaha. Miasteczku, które być może nigdy Claire nie zaakceptuje.
Nie chciałby rano Noah znalazł ich razem w łóżku. Żadne z nich nie było gotowe, by dać sobie radę z konsekwencjami tego faktu. Było jeszcze ciemno, gdy Lincoln ubrał się i wyszedł z domu.
Widziała z okna sypialni, jak odjeżdża. Słyszała głośny trzask lodu pod kołami samochodu i wiedziała, że noc stała się jeszcze mroźniejsza, że rano samo oddychanie będzie bolesne. Przez długi czas po zniknięciu tylnych świateł stała w oknie, patrząc na rozsrebrzone księżycowym światłem kryształki lodu. Już czuła jego nieobecność. I męczyło ją coś jeszcze, coś nieoczekiwanego i niepokojącego: matczyne poczucie winy, że samolubnie podąża za swoimi potrzebami, swoimi pragnieniami.
Przeszła korytarzem pod drzwi pokoju Noaha. W środku panowała cisza. Wiedząc, jak głęboko syn zawsze śpi, była pewna, że nie słyszał nic z tego, co działo się w jej sypialni. Weszła do środka i uklękła w ciemnościach przy jego łóżku.