Gdy Noah był jeszcze mały, Claire często siedziała przy śpiącym synu, głaszcząc go po głowie, wdychając zapach czystej pościeli i mydła. Teraz tak rzadko pozwalał jej się dotknąć, że niemal zapomniała, jak to jest. Zawsze odruchowo się odsuwał. Gdybym tylko mogła cię odzyskać. Pochyliła się i pocałowała go w czoło. Jęknął i odwrócił się plecami. Nawet we śnie się ode mnie odwraca, pomyślała.
Miała już wstać, gdy nagle zamarła ze wzrokiem utkwionym w poduszce. W fosforyzującej plamie zieleni w miejscu, gdzie twarz Noaha dotykała pościeli.
Z niedowierzaniem dotknęła tego miejsca i poczuła wilgoć, jakby ciepłe łzy. Spojrzała na koniuszki swoich palców.
Świeciły w ciemnościach.
Rozdział 19
– Max, muszę wiedzieć, co rośnie w tym jeziorze. I muszę to wiedzieć dzisiaj.
Max wpuścił ją do środka i zamknął drzwi przed lodowatym wiatrem.
– Jak się Noah dzisiaj czuje?
– Zbadałam go od stóp do głów i wygląda na to, że jest absolutnie zdrowy, poza zatkanym nosem. Zostawiłam go w łóżku z sokiem i środkami na wydzielanie śluzu.
– A fosforescencja? Pobrałaś próbkę do posiewu?
– Tak, natychmiast ją wysłałam. – Zdjęła płaszcz. Maksowi udało się w końcu uruchomić piec i teraz w domku panował upał. Niemal wolała przenikający do kości wiatr na dworze. Tutaj, w otoczeniu wszystkich sprzętów Maksa, w powietrzu pełnym dymu, wydawało jej się, że się udusi.
– Waśnie zaparzyłem kawę – powiedział. – Siadaj, jeśli znajdziesz jakieś wolne krzesło.
Rozejrzała się po wywołującym klaustrofobię wnętrzu i poszła za Maksem do kuchni.
– Opowiedz mi o wynikach badań próbek wody. Tych, które pobrałeś, zanim zamarzło jezioro.
– Dziś rano je dostałem.
– Dlaczego mnie nie zawiadomiłeś od razu?
– Bo nie ma o czym. – Przerzucił stos papierów na blacie kuchennym i podał jej wydruk z komputera.
– Proszę. Końcowe wyniki badań laboratoryjnych. Rzuciła okiem na długą listę mikroorganizmów.
– Większość tych nazw nic mi nie mówi – oznajmiła.
– Bo nie są patogenami, nie wywołują chorób u ludzi. Na tej liście masz typowe bakterie i algi, jakie znajdziesz w każdym północnym zbiorniku wodnym. Poziom pałeczek okrężnicy jest nieco podwyższony, co zapewne wskazuje, że czyjeś szambo przecieka z brzegu lub do jednego ze strumieni wpadających do jeziora. W sumie jednak jest to dość przeciętne spektrum bakterii.
– Żadnego fosforyzującego Vibrio?
– Nie. Jeśli Vibrio nawet było w tym jeziorze, nie przeżyło długo, co czyni z niego mało prawdopodobne źródło zakażenia. Prawdopodobnie Vibrio nie jest patogenem, ale przypadkową bakterią. Niegroźną, jak wszystkie inne, które nosimy w organizmie.
Westchnęła.
– To samo powiedzieli mi w Stanowym Wydziale Zdrowia.
– Dzwoniłaś do nich?
– Z samego rana. Wpadłam w taką panikę z powodu Noaha.
Podał jej kawę. Wypiła łyk i odstawiła filiżankę, zastanawiając się, czy Max użył do jej zaparzenia butelkowanej wody, czy bezmyślnie nabrał wody z kranu.
Z jeziora.
Jej spojrzenie powędrowało za okno, ku czystej białej płaszczyźnie. Jezioro Locust. Na wiele sposobów ten zbiornik wodny określał codzienny tryb ich życia. W lecie pływali i kąpali się w jego wodach, łowili w jego głębinach ryby. W zimie ślizgali się po jego powierzchni na łyżwach, uszczelniali domy przed bezlitosnym wiatrem, wyjącym nad jego lodem. Bez jeziora Tranauility byłoby tylko jeszcze jedną doliną w lesie.
Odezwał się biper w jej kieszeni. W okienku pojawił się numer, którego nie znała, z numerem kierunkowym do Bangor.
Zadzwoniła z telefonu Maksa. Odezwała się pielęgniarka ze Stanowego Centrum Medycznego.
– Doktor Elliot? Doktor Rothstein prosiłby do pani zadzwonić. W sprawie tego pacjenta po kraniotomii, tego, którego nam pani przysłała w zeszłym tygodniu. Pana Emersona.
– I jak się Warren czuje po operacji?
– No cóż, psychiatra i opiekun społeczny odwiedzili go kilkakrotnie, ale nic nie pomaga. Dlatego do pani dzwonimy. Myśleliśmy, że skoro jest pani pacjentem, to może pani będzie wiedziała, co zrobić w tej sytuacji.
– Jakiej sytuacji?
– Pan Emerson odmawia przyjmowania lekarstw. Co gorsza, przestał jeść. Pije jedynie wodę.
– Czy podał jakąś przyczynę?
– Tak. Mówi, że czas umrzeć.
Warren Emerson wydawał się mniejszy, niż gdy go widziała ostatni raz, jakby życie opuszczało go powoli, niby powietrze uchodzące z balonu. Siedział na krześle koło okna, wpatrzony w parking na dole, gdzie pokryte śniegiem samochody przypominały miękkie bochenki chleba. Nie odwrócił się, gdy weszła do pokoju – dalej wyglądał przez okno. Zmęczony człowiek, skąpany światłem szarego dnia. Ciekawa była, czy w ogóle zdaje sobie sprawę z jej obecności.
– To niczego nie zmieni – odezwał się. – Więc możecie po prostu zostawić mnie w spokoju. Gdy czas nadchodzi, to po prostu nadchodzi.
– Ale pański czas jeszcze nie nadszedł – powiedziała Claire.
W końcu odwrócił się i jeśli jej widok go zdziwił, nie okazał tego po sobie. Miała wrażenie, że jest już poza dziwieniem się. Poza przyjemnością czy bólem. Z obojętnością patrzył, jak się do niego zbliża.
– Pańska operacja udała się – oznajmiła. – Wycięli guz i prawdopodobnie jest on łagodny. Może pan mieć nadzieję na całkowite wyzdrowienie. Na normalne życie.
Wydawało się, że jej słowa nie wywierają na nim żadnego wrażenia. Po prostu znowu odwrócił się ku oknu.
– Człowiek taki jak ja nie może mieć normalnego życia.
– Jesteśmy w stanie kontrolować ataki. Być może uda nam się nawet zupełnie…
– Wszyscy się mnie boją.
To stwierdzenie, wypowiedziane z taką rezygnacją, wszystko wyjaśniało. To była ta choroba, na która nie ma lekarstwa, choroba, z której nigdy nie wyzdrowieje. Nie mogła zaproponować mu żadnej operacji, która usunęłaby z jego życia strach i wstręt bliźnich.
– Widzę to w oczach ludzi – powiedział. – Za każdym razem, gdy ich mijam na ulicy lub ocieram się o nich w sklepie. Zupełnie jakbym był trędowaty. Nikt mnie nie dotyka. Nikt mnie nie dotknął od trzydziestu lat. Tylko lekarze i pielęgniarki. Ludzie, którzy nie mają wyboru. Widzi pani, jestem trujący. Jestem niebezpieczny. Wszyscy trzymają się ode mnie z daleka, bo wiedzą, że jestem miejscowym potworem.
– Nie, nie jest pan potworem. Oskarża się pan o to, co stało się wiele lat temu, ale, moim zdaniem, nie stało się to z pańskiej winy. To była choroba. Nie miał pan kontroli nad tym, co pan robił.
Nie spojrzał na nią i nie była nawet pewna, czy ją usłyszał.
– Panie Emerson?
Wciąż patrzył przez okno.
– Miło, że mnie pani odwiedza – powiedział cicho. – Ale nie musi pani kłamać, pani doktor. Wiem, co zrobiłem. – Zaczerpnął powietrza i wolno je wypuścił, a przy tym westchnieniu wydawał się jeszcze kurczyć. – Jestem bardzo zmęczony. Codziennie zasypiam, mając nadzieję, że już się nie obudzę. I codziennie rano otwieram oczy rozczarowany. Ludzie uważają, że utrzymanie się przy życiu wymaga walki. Ale wie pani, to jest łatwe. Dopiero umieranie jest naprawdę trudne.
Nic na to nie mogła odpowiedzieć. Spojrzała na stojącą przy oknie nietkniętą tacę z obiadem. Pierś kurczaka w zimnym już sosie, wzgórek ryżu, ziarna błyszczące jak małe perełki. I chleb, podstawa życia. Życia, którego Warren Emerson już nie chciał. Nie mogę sprawić, byś zechciał żyć, pomyślała. Mogę karmić cię na siłę, wtłaczać płynne pożywienie rurką prowadzącą przez nozdrza do żołądka, ale nie mogę tchnąć radości życia w twoje płuca.