– Doktor Elliot?
Claire odwróciła się i zobaczyła stojącą w drzwiach pielęgniarkę.
– Doktor Clevenger z patologii próbuje panią złapać telefonicznie. Jest na trzeciej linii.
Claire wyszła z pokoju Warrena Emersona i podniosła słuchawkę wewnętrznego telefonu w dyżurce pielęgniarek.
– Mówi Claire Elliot.
– Cieszę się, że panią złapałem – powiedział Clevenger. – Doktor Rothstein mówił mi, że ma pani przyjechać, pomyślałem więc sobie, że może chciałaby pani wpaść na patologię i obejrzeć te slajdy. Doktor Rothstein też jest już w drodze.
– Jakie slajdy?
– Z guza pani pacjenta po kraniotomii. Tydzień trwało, zanim udało mi się w pełni uchwycić tkankę. Dopiero dziś dostałem slajdy.
– Czy to oponiak?
– Nic podobnego.
– Więc co to jest?
W jego głosie usłyszała nutę podniecenia.
– Żeby uwierzyć, będzie to pani musiała zobaczyć na własne oczy.
Fern Cornwallis uniosła wzrok na transparent zwisający z krokwi sali gimnastycznej i westchnęła.
SZKOŁA ŚREDNIA KNOX – NIE MA LEPRZEJ!
To ironia, że uczniowie z takim wysiłkiem przygotowali transparent, wdrapali się na niesamowicie wysokie drabiny, by go powiesić, ale zapomnieli sprawdzić ortografię. Dawało to zły obraz szkoły, nauczycieli i samej Fern, ale ściąganie transparentu i poprawianie napisu było niewykonalne. Nikt tego i tak nie zauważy, gdy przygasną światła, muzyka zadudni, a w powietrzu zacznie unosić się gęsty obłok nastoletnich hormonów.
– Na dzisiejszy wieczór zapowiedziano śnieg – powiedział Lincoln. – Może to jednak odwołasz?
Hormonów. Fern odwróciła się i poczuła skurcz żołądka, jak zawsze, gdy na niego patrzyła. To niesamowite, że nie dostrzegał tęsknoty w jej oczach. Mężczyźni są tacy ślepi.
– Już dwukrotnie przekładaliśmy termin – odparła. – Dzieciom należy się jakaś nagroda, choćby za to, że przetrwały ten okropny miesiąc.
– Mówią, że spadnie od dziesięciu do piętnastu centymetrów śniegu, a najgęstsza zadymka nadejdzie około północy.
– Zabawa do tej pory już się skończy. Wszyscy będą w domu.
Lincoln kiwnął głową, ale najwyraźniej jej słowa go nie uspokoiły. Rozejrzał się po sali, udekorowanej niebieskimi i białymi wstążkami z bibułki i srebrnymi balonikami. Chłodne kolory zimy. Kilka dziewczynek – dlaczego to zawsze dziewczynki wykonują całą robotę? – nakrywało stół, przyniósłszy wazę z ponczem owocowym, tace ciasteczek, papierowe talerze i serwetki. W odległym kącie kudłaty chłopak ustawiał sprzęt grający, wysyłając przenikliwe dźwięki ze wzmacniacza.
– Proszę, ścisz to! – krzyknęła Fern, przyciskając dłoń do czoła. – Te dzieciaki sprawią, że ogłuchnę.
– To byłoby błogosławieństwo, biorąc pod uwagę muzykę, jaką grają.
– Tak, miejski rap w głębi lasu. Może wszyscy zamienią się w kupę liści.
– Wiesz, ile ich tu dziś będzie?
– Na pierwszej zabawie w roku? Spodziewam się pełnej sali. Cztery poziomy minus trzydziestu ośmiu rozrabiaków, którzy zostali zawieszeni.
– Już tylu?
– Zajęłam tu zdecydowane stanowisko, Lincoln. Jeden fałszywy ruch i wylatują stąd na tydzień. Bez prawa wejścia nawet na teren szkoły.
– To mi ułatwi pracę. Wyznaczyłem Dolana i Pete’a Sparksa do nocnego patrolu, więc co najmniej dwóch z nas będzie tu miało wszystko na oku.
Głośny trzask tacy zwrócił ich uwagę. Ciasteczka rozsypały się na podłogę. Dziewczyna o blond włosach patrzyła z niedowierzaniem na bałagan. Odwróciła się na pięcie ku stojącej w pobliżu brunetce.
– Podstawiłaś mi nogę!
– Wcale nie.
– Przez cały czas na mnie wpadasz!
– Słuchaj, Donna, nie jestem winna temu, że nie potrafisz chodzić, nie potykając się o własne nogi!
– Dosyć! – powiedziała Fern. – Sprzątnijcie ten bałagan albo obie zostaniecie zawieszone!
Spojrzały na nią dwie gniewne twarze. Odezwały się niemal równocześnie:
– Ale pani dyrektor, ona…
– Słyszałyście, co powiedziałam.
Dziewczyny wymieniły nienawistne spojrzenia i Donna wypadła z sali.
– Widzisz, do czego doszło. – Fern westchnęła. – Widzisz, z czym mam do czynienia? – Spojrzała w górę, na wysoko umieszczone okna sali gimnastycznej. Na ciemniejące światło dnia.
Zaczęły padać pierwsze płatki śniegu.
Właśnie zmroku Doreen Kelly bała się najbardziej, bo z nadejściem ciemności wszystkie jej lęki zdawały się wydostawać na wolność ze szczelnie zamkniętych więzień. W słońcu dnia wciąż mogła czuć chwilowe przypływy nadziei, choć były one zaledwie westchnieniem, mogła na nich budować wymyślone scenariusze, w których była znów młoda, urocza i tak nieodparta, że na pewno ściągnie Lincolna do domu, jak to już jej się kilkanaście razy udało. Chodziło tylko o to, żeby zachować trzeźwość. Och, tyle razy próbowała utrzymać się na dobrej drodze! Wielokrotnie udawało jej się przekonać Lincolna, że tym razem odstawiła alkohol na dobre. Ale potem nadchodziło znane pragnienie, jakby swędzenie w gardle, domagające się ukojenia, i w końcu siła woli zawodziła, ulgę niósł słodki smak kawy z brandy na języku, i wkrótce leciała w dół, niezdolna powstrzymać upadku. A najbardziej bolesne nie było wcale poczucie, że przegrała, ani utrata godności. Najbardziej bolało to pełne rezygnacji spojrzenie Lincolna.
Wróć do mnie. Wciąż jestem twoją żoną. Obiecałeś mnie kochać i chronić. Wróć choć jeszcze jeden raz.
Na dworze szare światło popołudnia gasło, a razem z nim gasły nadzieje, które przez cały dzień pielęgnowała. Nadzieje, które – jak wiedziała w swych co bardziej przytomnych chwilach – nie miały podstaw. Z zapadnięciem mroku nadchodziła jasność spojrzenia.
I rozpacz.
Usiadła przy kuchennym stole i nalała sobie pierwszego drinka. Gdy tylko brandy spłynęła jej do żołądka, poczuła, jak ciepło zaczyna krążyć w żyłach, niosąc ze sobą pożądane znieczulenie. Wypiła drugą szklaneczkę i poczuła, że znieczulenie obejmuje wargi, twarz. I lęki.
Przy czwartym drinku nic już nie bolało, rozpacz zniknęła. Co więcej, z każdym łykiem czuła się bardziej pewna siebie. Raz przecież sprawiła, że się w niej zakochał. Może jej się udać jeszcze raz. Wciąż miała dobrą figurę. Lincoln jest mężczyzną, nie? Da się skusić. Wystarczy przyłapać go w chwili słabości.
Wstała chwiejnie i nałożyła płaszcz.
Na dworze zaczynało padać. Miękkie, koronkowe płatki spływały gdzieś z czarnego nieba. Śnieg był jej sprzymierzeńcem – czy może być lepsza ozdoba włosów niż parę błyszczących płatków śniegu? Wejdzie do domu z rozpuszczonymi długimi włosami, policzkami zaróżowionymi od mrozu. On zaprosi ją do środka – będzie musiał ją zaprosić – i być może przebiegnie między nimi iskra pożądania. Tak, tak, tak to sobie wyobrażała, z płatkami śniegu we włosach.
Ale jego dom był za daleko, by dotrzeć tam pieszo. Trzeba było znaleźć samochód.
Poszła w stronę sklepu „Cobb i Morong”. Do zamknięcia została godzina i trwał wieczorny szczyt: w drodze do domu ludzie kupowali jeszcze jeden karton mleka na wszelki wypadek, jeszcze jeden kilogram cukru. Zgodnie z oczekiwaniami Doreen przy chodniku przed sklepem stało kilka samochodów, niektóre miały włączone silniki i ogrzewanie. Nie ma nic równie przygnębiającego w zimną noc jak wsiąść do samochodu i stwierdzić, że silnik nie chce zapalić.
Doreen szła wzdłuż ulicy, przyglądając się samochodom, wybierając ten najlepszy. Nie furgonetka – to nie jest samochód dla damy; nie volkswagen, bo miała ważniejsze rzeczy na głowie niż mocowanie się z drążkiem zmiany biegów.