Zielony sedan. To samochód akurat dla niej.
Rzuciła okiem na sklep, zobaczyła, że nikt nie wychodzi, i szybko wśliznęła się za kierownicę. Fotel był miękki i ciepły, nawiew z wentylatora skierowany akurat na kolana. Wrzuciła bieg, nacisnęła gaz i ruszyła, podskakując na krawężniku. Coś w bagażniku głośno stuknęło.
Już odjeżdżała, gdy jakiś głos na ulicy zawołał:
– Hej! Hej, to mój samochód!
Dopiero kilka przecznic dalej udało jej się odkryć, jak włącza się światła, jeszcze jedną przecznicę zajęło włączenie wycieraczek. W końcu zaczęła widzieć drogę przed sobą. Dodała gazu i sedan zatańczył na świeżym śniegu. Słyszała, jak w bagażniku toczą się jakieś przedmioty, jak na ostrym zakręcie dzwoni szkło. Dotarła do domu Lincolna i poślizgiem wjechała na podjazd.
W domu było ciemno.
Wysiadła z samochodu, potykając się weszła na ganek i walnęła pięścią w drzwi.
– Lincoln! Lincoln! Muszę z tobą porozmawiać! Wciąż jesteś moim mężem!
Waliła i stukała, ale żadne światła się nie zapaliły, a drzwi były zamknięte na klucz. Ta świnia zabrała jej klucz, więc nie mogła wejść do środka.
Wróciła do samochodu i siedziała tam dłuższą chwilę z włączonym silnikiem i ogrzewaniem. Śnieg wciąż padał, cicho osiadając na szybie. Lincoln nie pracował na ogół w sobotnie wieczory, więc gdzie jest? Myślała o wszystkich miejscach, w których mógłby być, i czuła palący ból. Nie była głupia, wiedziała, że Fern Cornwallis zawsze miała Lincolna na oku. Zapewne są także inne kobiety, dziesiątki kobiet, dla których policjant w mundurze staje się pokusą nie do odparcia. Coraz bardziej zdenerwowana, zaczęła kiwać się na siedzeniu i jęczeć. Wróć do domu, wróć do domu. Wróć do mnie.
Nawet ogrzewanie nie wystarczyłoby przegnać chłód wkradający się w jej ciało, w jej duszę. Tęskniła za brandy, za pożądanym ciepłem alkoholu w żyłach. Nagle przypomniała sobie brzęk szkła w bagażniku. Proszę, niech to będzie coś, co da się wypić. Coś mocniejszego niż lemoniada z bąbelkami.
Niepewnie wysiadła z samochodu, okrążyła go i otworzyła bagażnik. Przez chwilę nie mogła skupić wzroku, a nawet potem zastanawiała się, czy to nie halucynacje. Takie piękne, takie zielone. Jak słoiki szmaragdów świecące w ciemnościach. Wyciągnęła rękę, by jeden podnieść, ale odwróciła się, słysząc odgłos silnika samochodowego.
Oślepiły ją zbliżające się światła. Niepewnie uniosła rękę, by osłonić oczy.
Ktoś wysiadł z samochodu.
Doktor Francis Clevenger był miniaturowym mężczyzną o drobnych kościach i twarzy jak jaskółka. Laboratoryjny kitel wyglądał na nim jak zbyt duży ojcowski płaszcz. Dzięki temu i absolutnie pozbawionej zarostu twarzy wyglądał na znacznie młodszego niż w rzeczywistości, bardziej na bladego nastolatka niż uznanego patologa. Na widok Claire i doktora Rothsteina, neurochirurga, który operował Warrena Emersona, żwawo podniósł się z krzesła.
– Te slajdy są niesamowite – powiedział. – To ostatnia rzecz, jaką bym się spodziewał na nich zobaczyć. No, popatrzcie tylko! – Wskazał dwuokularowy mikroskop.
Claire i Rothstein usiedli po przeciwnych stronach mikroskopu i przytknęli oczy do soczewek.
– No i co widzicie? – spytał Clevenger, niemal tańcząc z podniecenia.
– Mieszankę komórek – powiedział Rothstein. – Chyba astrocytów. I coś, co mi wygląda na zbliznowaciałą tkankę.
– To początek. Doktor Elliot, a pani widzi coś godnego uwagi?
Claire nastawiła mikroskop i przyjrzała się tkance. Była w stanie zidentyfikować większość komórek na podstawie tego, co zostało jej w głowie z zajęć z histologii w akademii medycznej. Rozpoznała gwiaździste astrocyty i makrofagi – załogę sprzątaczy, których zadaniem jest oczyszczenie organizmu po infekcji. Zobaczyła również to, co przedtem Rothstein: fragmenty ziarniny, czyli zbliznowaciałej tkanki, prawdopodobnie pozostałość po ostrym stanie zapalnym.
Sięgnęła po pokrętło ustawiające slajd i przesunęła pole widzenia, odkrywając nowe komórki. Pojawił się nieznany jej wzorzec, jakaś włóknista materia grubości kilku komórek, tworząca mikroskopijną ściankę.
– Widzę tu otorbienie – powiedziała. – Warstwę zbliznowaciałej tkanki. Czy to jakaś cysta? Jakiś proces zapalny, otoczony i otorbiony przez jego układ odpornościowy?
– Ciepło, ciepło. Pamiętacie tomografię?
– Tak, wyglądało na to, jakby Warren miał wyodrębniony guz ze zwapnieniami.
– Po przewiezieniu pacjenta zrobiliśmy rezonans magnetyczny – powiedział Rothstein. – Wykazał właściwie to samo. Patologiczne zmiany chorobowe, otorbione, ze zwapnieniami.
– Właśnie – potwierdził Clevenger. – A to, co doktor Elliot przed chwila zidentyfikowała, to ścianka torbieli. Ziarnina utworzona przez układ odpornościowy organizmu, otaczający i wyodrębniający gniazdo zapalne.
– Gniazdo zapalne wywołane przez jaki organizm? – spytał Rothstein, podnosząc głowę, by spojrzeć na Clevengera.
– Tu właśnie jest cała zagadka.
Claire powoli przesuwała slajd, znów zmieniając pole widzenia. To, co pojawiło się w jej okularze, było tak zdumiewające, że zamarła.
– Cóż to takiego, u licha?
Clevenger wydał z siebie odgłos niemal dziecięcej radości.
– Znalazła pani!
– Tak, ale nie wiem, co to jest.
Rothstein znów nachylił się nad mikroskopem.
– Mój Boże. Ja też nie wiem, co to jest.
– Proszę nam to opisać, pani doktor – powiedział Clevenger.
Claire milczała przez chwilę, przesuwając slajd i powoli badając całe pole. To, co zobaczyła, przypominało dziwnie pokrętną architekturę, częściowo zwapniała.
– To jakaś zwyrodniała tkanka. Nie wiem, czy to jest jedna całość, czy co – wygląda, jakby jakiś organizm zamarł w formie harmonijki, a następnie spetryfikował się.
– Dobrze. Dobrze! – wykrzyknął Clevenger. – Podoba mi się to określenie – spetryfikował. Jak skamielina.
– Tak, ale czego?
– Obejmijcie spojrzeniem większe pole.
Zmniejszyła stopień powiększenia, usiłując objąć wzrokiem całość. Kształt przybrał pełniejszą formę, stał się ciasno zwiniętą spiralą. Nagłe uświadomienie sobie, na co patrzy, sprawiło, że Claire wyprostowała się i wlepiła wzrok w Clevengera.
– To jakiś pasożyt!
– Tak! Czy nie fajny?
– A co, do diabła, pasożyt robił w mózgu mojego pacjenta? – zapytał Rothstein.
Prawdopodobnie był tam od lat. Zaatakował szare komórki, wywołał chwilowe zapalenie mózgu. Układ odpornościowy podjął walkę jak z zapaleniem. Mamy zwiększoną liczbę białych ciałek, eozynofili, wszystkiego, co organizm gospodarza może wykorzystać do walki. W końcu gospodarz wygrywa, a jego organizm otorbia robaka, otacza ziarniną, tworząc rodzaj cysty. Pasożyt ginie. Jego część ulega zwapnieniu – spetryfikowaniu, jeśli wolicie. Lata później mamy właśnie to. – Ruchem głowy wskazał mikroskop. – Martwy pasożyt, złapany w torbę z ziarniny. To jest prawdopodobnie przyczyna jego ataków. Złożony efekt tej torbieli z martwym robakiem i blizny.
– O jakim pasożycie mówimy? – spytała Claire. – Jedyny, jakiego znam, który atakuje mózg, to tasiemiec.
– No właśnie. Nie jestem w stanie ostatecznie zidentyfikować tego gatunku, jest w zbyt zaawansowanej fazie zwyrodnienia. Ale niemal na pewno mamy do czynienia z cysticerkozą, wywołaną przez larwę Taenia solium. Tasiemca uzbrojonego.
Rothstein nie wyglądał na przekonanego.
– Wydawało mi się, że Taenia solium występuje jedynie w krajach Trzeciego Świata.
– Najczęściej tak. Spotykamy go w Meksyku, Ameryce Południowej, czasami w Afryce i Azji. Dlatego byłem taki podniecony, gdy zobaczyłem ten slajd. To niewiarygodne, żeby tu, w północnym Maine, znaleźć przypadek cysticerkozy. To warte artykułu w „The New England Journal of Medicine”. Musimy się teraz dowiedzieć, kiedy i gdzie pacjent miał kontakt z wągrami tasiemca uzbrojonego.