– Zamknij się, J.D.! Usiłuję oglądać telewizję!
Na co J.D. pognał na dół, by pokłócić się z Jackiem. Z dużego pokoju dobiegały ją ich coraz bardziej podniesione głosy. Jedna wielka, szczęśliwa rodzina. Teraz ktoś zaczął przewracać sprzęty na podłogę. Amelia słyszała trzask mebli, brzęk rozbijanego szkła. O Boże, czy może być jeszcze gorzej? Teraz do awantury dołączyła się matka, płacząca nad rozbitą ukochaną lampą. Amelia spojrzała na rozłożone na łóżku podręczniki, na listę zadań, które powinna skończyć do poniedziałku, i zrozumiała, że nic z tego nie wyjdzie. Powinnam była pójść do szkoły na zabawę, pomyślała. Skoro nie mogę odrabiać lekcji, przynajmniej bym się zabawiła.
Tylko że zabawa wcale nie będzie fajna, bo nie będzie tam Noaha Elliota.
Słyszała, jak druga lampa rozbija się o podłogę.
– Dlaczego nic z tym nie zrobisz, Jack? – zawodziła Grace. – Dlaczego nigdy nie reagujesz?
Rozległ się głośny policzek i Grace wybuchnęła płaczem.
Amelia wrzuciła książki do plecaka, złapała kurtkę i wymknęła się z sypialni. Nie usłyszeli nawet, jak schodziła po schodach. Zerknęła do dużego pokoju: podłogę zaścielało rozbite szkło, a J.D., purpurowy i sapiący jak wściekły byk, stał przed ojcem i macochą.
Amelia wymknęła się przez drzwi frontowe w śnieżną noc.
Zaczęła iść wzdłuż Toddy Point Road, początkowo nie zastanawiając się dokąd, chcąc jedynie być jak najdalej od nich. Jednak gdy znalazła się w pobliżu pochylni dla łodzi, zimno zaczęło przenikać przez jej kurtkę, a topiący się śnieg spływał po twarzy. Musiała iść dokądś – błądzenie bez celu w taką noc było głupie i niebezpieczne. Przychodziło jej na myśl tylko jedno takie miejsce, dokąd naprawdę chciała pójść, jeden dom, gdzie na pewno zostanie powitana z radością.
Na myśl o tym serce zabiło jej żywiej. Ruszyła szybszym krokiem.
Od kiedy to uczennice noszą publicznie tak wymyślną bieliznę? – zastanawiał się Lincoln, przyglądając się uczniom na parkiecie. Pamiętał szkolne potańcówki z własnej młodości. Dziewczyny miały lśniące włosy, sukienki w pastelowych kolorach i minispódniczki. Dzisiejsze dziewczęta przypominały raczej zgromadzenie wysztafirowanych wampirzyc w czarnych koronkach na cieniutkich ramiączkach. Niektóre pomalowały na czarno także i usta, co na tle ich zimowo bladych twarzy, w półmroku sali gimnastycznej, dawało dość trupi efekt. Jeśli zaś chodzi o chłopców, cóż, kolczyki w uszach miewali teraz równie często jak dziewczęta.
– Przecież w takich strojach mogą jak nic złapać zapalenie płuc – powiedział stojący obok Pete Sparks. – Trudno mi uwierzyć, że matki pozwoliły im się tak ubrać.
– Założę się, że ich matki nie mają o tym pojęcia – rzekł Lincoln. Wiele dziewczyn, jak widział, pojawiało się w skromnych sukienkach, po czym znikało w toalecie, wracając w czymś ukazującym zdecydowanie więcej ciała.
Z głośników buchnęła nagle głośna muzyka. Po kilku minutach Lincoln marzył już jedynie o ucieczce.
Minął podwójne drzwi sali gimnastycznej i wyszedł we względną ciszę mroźnej nocy.
Śnieg padał łagodnie – tylko w świetle ulicznej latarni widać było jego wirujące płatki. Lincoln zatrzymał się w podcieniach sali, podniósł kołnierz i z ulgą wciągnął w płuca ostre, czyste powietrze.
Drzwi za nim otwarły się i znów zamknęły.
– Dla ciebie to też za wiele szczęścia? – usłyszał głos Fern.
Podeszła i zatrzymała się obok. Włożyła płaszcz, co znaczyło, że ma zamiar pozostać tu dłuższą chwilę.
– Czy czasem czujesz, że ciąży na tobie zbyt wielka odpowiedzialność, Lincoln? Nie miałbyś ochoty powiedzieć, że dość tego, i po prostu pójść sobie?
Roześmiał się niewesoło.
– Co najmniej dwa razy dziennie.
– A jednak wciąż tu jesteś. Spojrzał na nią.
– Ty także.
– Nie dlatego, że chcę. Dlatego, że nie widzę innego wyjścia. – Uniosła głowę, patrząc na padający śnieg. – Doreen na ciebie nie zasługuje – powiedziała cicho. – Nigdy nie zasługiwała.
– Nie można mówić, że ktoś zasługuje na dobry lub zły los, Fern.
A jednak powinieneś mieć lepszy. Przez te wszystkie lata patrzyłam, jak ona cię unieszczęśliwia, i myślałam, jakie to niesprawiedliwe. Jaka jest samolubna. Życie nie musi być niesprawiedliwe. Możemy wybrać szczęście. – Przerwała, przygotowując się na to, co zamierzała powiedzieć. Wiedział, co to jest; zawsze wiedział i zawsze unikał sytuacji, w których mógłby jej słowa usłyszeć, świadom, że ich następstwem będzie jej upokorzenie i jego przykrość. – Nie jest jeszcze dla nas za późno – powiedziała. Westchnął z żalem.
– Fern…
– Moglibyśmy zacząć tam, gdzie skończyliśmy. Przed Doreen.
– Nie możemy. – Pokręcił głową.
– Dlaczego nie?
Słyszał w jej głosie prawdziwą determinację. Zmusił się, by spojrzeć jej w oczy.
– Jest ktoś inny.
Cofnęła się w mrok, ale zdążył jeszcze dostrzec łzy w jej oczach.
– Chyba to przeczuwałam.
– Tak mi przykro.
– Nie, nie ma powodu, żeby ci było przykro. – Pokiwała głową i roześmiała się. – To po prostu historia mojego życia.
Patrzył, jak się odwraca. Wyprostowała ramiona, by odzyskać godność. Dlaczego to nie mogła być Fern? – zastanawiał się. Gdyby się w niej zakochał, gdyby się pobrali, żyliby zapewne w stosunkowo szczęśliwym związku. Była dość atrakcyjna i inteligentna. A jednak czegoś między nimi zawsze brakowało. Magii.
Z żalem patrzył, jak odchodzi i otwiera drzwi. W tym samym momencie buchnął z nich hałas, krzyki i tupot biegnących nóg.
– Cóż tam się dzieje? – zaniepokoiła się Fern i wbiegła do środka. Lincoln szedł tuż za nią.
Wewnątrz panowało totalne zamieszanie. Waza z ponczem przewróciła się i płyn w kolorze truskawek tworzył wielką plamę na podłodze. Muzyka wciąż grała ogłuszająco, ale połowa uczniów stłoczyła się w przerażeniu pod jedną ścianą. Pozostali stali kręgiem wokół głośników. Lincoln nie widział, co się dzieje w środku kręgu, ale usłyszał, jak głośnik pada na podłogę, a Pete Sparks i opiekunowie wołają:
– Przestańcie! Cofnąć się! Cofnąć się!
Lincoln przepychał się do środka, gdy kolejny wzmacniacz przewrócił się w płynący strumień ponczu. Rozległ się ogłuszający trzask i wszyscy zakryli uszy rękami, cofając się przed strzelającymi iskrami elektrycznymi.
W następnej chwili muzyka ucichła, a światła zgasły.
Ciemność trwała zaledwie parę sekund, ale w tej krótkiej chwili, zanim zapaliła się lampa awaryjna, tłum wpadł w panikę. Na Lincolna wpadały wrzeszczące dzieciaki, usiłujące dopaść wyjścia. Nie widział, kto na niego biegnie, słyszał jedynie odgłos kroków. Poczuł, że ktoś przewrócił się przy jego nogach, sięgnął więc ręką na oślep i podniósł jakąś dziewczynę za sukienkę.
Lampa awaryjna w końcu rozbłysła, ale był to jedynie słaby reflektor w odległym kącie sali gimnastycznej. Dawał akurat dość światła, by ogarnąć chaos biegających i dźwigających się na nogi postaci.
Scena, jaką Lincoln zarejestrował w następnym momencie, zmroziła go do szpiku kości. Pete Sparks padł na kolana i wydawał się zbyt oszołomiony, by zauważyć stojącego obok grubego chłopaka, który pochylił się i wyjął broń z jego kabury.
Lincoln stał za daleko, by rozbroić chłopca odpowiednim chwytem. Zrobił zaledwie dwa kroki w przód, gdy chłopiec zwrócił się w jego stronę, patrząc płonącymi wściekłością oczyma. Lincoln rozpoznał Barry’ego Knowltona.