Выбрать главу

– Odłóż to, chłopcze – powiedział spokojnie. – Po prostu połóż pistolet na podłodze.

– Nie. Nie, mam dość tego, że wszyscy robią ze mnie pośmiewisko!

– Możemy o tym porozmawiać, ale najpierw musisz położyć to na podłodze.

– Nikt nigdy ze mną nie rozmawia! – Barry obrócił się i omiótł wzrokiem obecnych. – Wy, dziewczyny, nigdy się nie wysilacie. Tylko się ze mnie nabijacie! Tylko to ciągle słyszę – śmiech. – Przeniósł wzrok w inną część sali. – Albo ty, wieprzu! Jak mnie nazwałeś? Gruba dupa? Powiedz to teraz! No dalej, powiedz to teraz!

Odłóż pistolet – powtórzył Lincoln, powoli sięgając po własną broń. Była to ostateczność – nie chciał zastrzelić chłopca. Musiał z nim porozmawiać. Negocjować. Wszystko, żeby tylko kule nie zaczęły gwizdać w powietrzu. W mroku rozlegał się odgłos kroków. Dostrzegł blond głowę Fern, wyprowadzającej grupę uczniów. Jednakże kilkadziesiąt osób wciąż tkwiło w pułapce pod przeciwległą ścianą i nie mogło uciec.

Znów zrobił krok do przodu. Chłopiec natychmiast zwrócił się w jego kierunku.

– Wiemy, o co ci chodzi, Barry – powiedział Lincoln. – Chodźmy do pokoju obok i pogadajmy, dobrze?

– Nazwał mnie grubą dupą. – W głosie chłopca słychać było udrękę. Rozpacz outsidera.

– Porozmawiajmy, tylko my dwaj – powtórzył Lincoln.

– Nie. – Chłopak odwrócił się ku uczniom skulonym pod ścianą. – Teraz moja kolej, żeby dyktować warunki.

Claire wyłączyła radio w samochodzie, więc ciszę przerywał jedynie szum wycieraczek, zsuwających z szyby płatki śniegu. Godzinną jazdę z Bangor odbyła pogrążona w myślach i zanim minęła granicę Tranauility, wszystko razem ułożyło się w całość. Jej teoria opierała się na Warrenie Emersonie.

Farma Emersona zajmowała dolną część stoku Beech Hill, jakieś półtora kilometra od jeziora w górę potoku. Leżała tak daleko, że wymagała własnej kanalizacji. Jeśli w trzewiach Warrena Emersona mieszkał dorosły pasożyt, byłby stałym źródłem jaj. Wystarczyłby przeciek w starym szambie, rok z powodzią, i jaja te zostałyby wymyte do pobliskiego potoku Meegawki.

Do jeziora.

Eleganckie, logiczne wyjaśnienie, pomyślała. To nie epidemia szaleństwa. Ani nie odwieczne przekleństwo, ciążące na tym miejscu. Po prostu mikroorganizm, larwa pasożyta, która umiejscowiła się w ludzkim mózgu, w miarę wzrostu wprowadzając zamieszanie. Do potwierdzenia tej diagnozy wystarczył pozytywny wynik analizy krwi w enzymatycznym teście immunoabsorbcyjnym. Jeszcze jeden dzień, a będą pewni.

Wycie syreny ostrzegło ją o zbliżaniu się wozu policyjnego. Rzuciła okiem w lusterko wsteczne i zobaczyła wóz patrolowy z Two Hills. Przemknął koło niej w kierunku Tranquility. Chwilę później minął ją drugi wóz jadący w tę samą stronę, a za nim karetka pogotowia.

Zobaczyła, że daleko przed nią samochody skręciły w drogę prowadzącą do szkoły.

Pojechała za nimi.

Była to jakby powtórka przerażającej sceny sprzed miesiąca: pojazdy służb miejskich zostawione byle gdzie przed salą gimnastyczną, na drodze grupki płaczących i kulących się nastolatków. Tylko że teraz z nocnego nieba prószył śnieg i migające światła na dachach pojazdów były stłumione, jakby widziane przez białą gazę.

Claire złapała torbę lekarską i pośpieszyła do szkoły. Kawałek od sali gimnastycznej zatrzymał ją uzbrojony po zęby Mark Dolan. Spojrzenie, jakie jej rzucił, potwierdziło tylko to, co już od dawna podejrzewała: że w pełni odwzajemnia jej niechęć.

– Wszyscy muszą się cofnąć – powiedział. – Mamy tam zakładników.

– Czy są ranni?

– Jeszcze nie, i sądzimy, że tak zostanie.

– Gdzie Lincoln?

– Próbuje zagadać chłopaka. A teraz proszę się cofnąć, pani doktor. Dalej od budynku.

Claire wycofała się do miejsca, gdzie zebrał się tłumek. Widziała, jak Dolan naradza się z komendantem policji z Two Hills. Teraz rządzili tu mężczyźni w mundurach, a ona była po prostu jeszcze jednym niepotrzebnym cywilem.

– Lincoln jest całkiem sam – odezwała się Fern. – A ci cholerni bohaterowie nic nie robią, żeby mu pomóc. – Blond włosy Fern były rozburzone, a kosmyki pokrywał śnieg. – Zostawiłam go tam – mówiła dalej cicho. – Nie miałam wyboru. Musiałam wyprowadzić dzieci…

– Kto jeszcze tam został?

– Co najmniej kilkudziesięciu uczniów. – Wpatrywała się w budynek, a topniejący śnieg skapywał z jej policzków. – Lincoln ma pistolet. Dlaczego go po prostu nie użyje?

Claire też spojrzała na salę gimnastyczną, dokładnie wyobrażając sobie, co się dzieje w środku. Niezrównoważony chłopiec. Sala z kilkudziesięcioma zakładnikami. Lincoln nie działałby pochopnie i na pewno nie zastrzeliłby chłopca z zimną krwią, gdyby znalazł jakieś inne wyjście. Dotychczas nie słychać jeszcze było strzelaniny, co znaczyło, że wciąż istnieje nadzieja na uniknięcie rozlewu krwi.

Rzuciła okiem na policjantów zgromadzonych za wozami patrolowymi, dostrzegła ich poruszenie, usłyszała podniecenie w ich głosach. Byli to małomiasteczkowi gliniarze, stojący w obliczu wielkomiejskiego problemu, i aż ich ponosiło, żeby podjąć działanie. Jakiekolwiek działanie.

Mark Dolan dał znak dwóm policjantom, stojącym już w pogotowiu po obu stronach drzwi do sali. Ponieważ jego szef znajdował się w środku, Dolan przejął dowodzenie i pozwalałby działanie dyktował mu testosteron.

Claire pobiegła przez śnieg ku samochodom. Dolan i komendant policji z Two Hills spojrzeli ze zdumieniem, gdy przypadła obok nich do ziemi.

– Ma pani się cofnąć! – powiedział Dolan.

– Chyba nie chcecie posłać do środka uzbrojonych mężczyzn?

– Ten chłopak ma pistolet.

– Dolan, przez pana zginą ludzie!

– Zginą, jeśli czegoś nie zrobimy – oświadczył komendant z Two Hills. Dał znak trzem policjantom, skulonym za sąsiednim samochodem.

– Wstrzymajcie się – powiedziała do Dolana. – Nie znacie sytuacji w środku…

– A pani zna?

– Nie było strzałów. Dajcie Lincolnowi szansę na negocjacje.

– Lincoln tu nie decyduje, pani doktor. A teraz niech pani zejdzie mi z oczu albo panią aresztuję!

Patrzyła przed siebie, na drzwi sali. Śnieg padał coraz gęstszy, zasłaniając widok na budynek, a przez cieniutką białą zasłonę policjanci wyglądali jak duchy, płynące ku wejściu.

Jeden z nich sięgnął do klamki.

Lincoln i chłopiec znaleźli się w sytuacji patowej. Stali twarzą w twarz w pełnej cieni sali, a światło odległej lampy awaryjnej przecinało ciemność między nimi. Chłopiec wciąż trzymał pistolet, ale dotychczas tylko wymachiwał nim wokół siebie, co wywoływało pełne przerażenia krzyki ze strony stłoczonych pod ścianą uczniów. Nie wycelował jeszcze broni w nikogo konkretnego, nawet w Lincolna, który trzymał rękę na kaburze, gotów w każdej chwili wyciągnąć broń. Tuż za chłopcem stały dwie dziewczynki, przez co każdy strzał był dość ryzykowny. Lincoln zaufał swojemu instynktowi, przekonany, że chłopca można jeszcze ułagodzić rozmową, że choć kieruje nim wściekłość, to przecież jakaś część jego istoty walczy o przejęcie kontroli, a spokojny głos mu w tym pomaga.

Powoli Lincoln opuścił rękę. Teraz stał przed Barrym z rękoma wzdłuż boków, w neutralnej pozycji. Okazując zaufanie.

– Nie chcę cię zranić, synu. I jestem pewien, że ty także nie chcesz nikogo skrzywdzić. Jesteś ponad to. Jesteś lepszy.

Chłopiec zawahał się. Zaczął przyklękać, by położyć pistolet na podłodze, ale zmienił zdanie i znów się wyprostował. Odwrócił się ku kulącym się w cieniu kolegom.

– Nie jestem taki jak wy. Nie jestem jak żaden z was!