Выбрать главу

– Więc to udowodnij – powiedział Lincoln. – Odłóż broń, synu.

Chłopiec spojrzał na niego. W tym momencie płomienie jego gniewu wydawały się migotać i przygasać. Wahał się między wściekłością a rozsądkiem, w spojrzeniu Lincolna zaś desperacko szukał pomocy.

Lincoln podszedł bliżej.

– Wezmę to – powiedział spokojnie.

Chłopiec kiwnął głową. Nie odrywając wzroku od jego twarzy, wyciągnął dłoń z pistoletem.

Drzwi otwarły się z trzaskiem, a zaraz potem rozległ się tupot szybko biegnących kroków. Mężczyźni wpadli do sali z kilku kierunków. Lincoln niewyraźnie tylko dostrzegał ich ruchy. Piszczący uczniowie rzucili się przed siebie, poszukując osłony. A pośrodku sali, złapany w światło reflektora, stał Barry Knowlton z wciąż wyciągniętą ręką, w której trzymał broń. W tym ułamku sekundy Lincoln z przeraźliwą jasnością zobaczył, co się stanie. Zobaczył chłopca, wciąż ściskającego pistolet, jak obraca się w stronę policjantów. Zobaczył mężczyzn kierowanych adrenaliną, unoszących broń.

– Wstrzymać ogień! – wrzasnął.

Jego głos zginął w ogłuszającym huku.

Odgłos strzałów na moment sparaliżował stojący na ulicy tłum. Potem wszyscy zareagowali równocześnie: policjanci rzucili się w stronę budynku, pozostali zaczęli histerycznie krzyczeć.

Z sali wybiegła jedna z nauczycielek.

– Potrzebujemy karetki! – krzyknęła.

Walcząc ze strumieniem wybiegających z sali dzieci, Claire usiłowała wepchnąć się do środka. Początkowo dostrzegła jedynie niewyraźne sylwetki uzbrojonych mężczyzn, papierowe serpentyny zwieszające się gdzieś z góry. Ciemność czuć było potem i strachem.

I krwią. Niemal weszła w kałużę krwi, przepychając się ku stojącym kręgiem policjantom. Pośrodku kręgu, na podłodze, siedział Lincoln, trzymając w ramionach chłopca.

– Kto wydał rozkaz? – zapytał stłumionym z wściekłości głosem.

– Posterunkowy Dolan uważał…

– Mark? – Lincoln spojrzał na niego.

– To była wspólna decyzja – oświadczył Dolan. – Komendant Orbison i ja… wiedzieliśmy, że chłopiec ma broń…

– Właśnie miał się poddać!

– Nie wiedzieliśmy!

– Wynoś się stąd! – powiedział Lincoln. – No już, wynoś się stąd!

Dolan odwrócił się i w drodze do wyjścia odepchnął na bok Claire.

Uklękła koło Lincolna.

– Karetka już czeka.

– Za późno – powiedział.

– Pozwól mi zobaczyć, czy mogę mu pomóc!

– Nic już nie możesz zrobić. – Spojrzał na nią ze łzami w oczach.

Sięgnęła po rękę chłopca, ale nie wyczuła pulsu. Wtedy Lincoln rozchylił ramiona i zobaczyła głowę Barry’ego. To, co z niej zostało.

Rozdział 21

Potrzebował jej tej nocy. Gdy już zabrano ciało Barry’ego Knowltona, gdy już przeszedł przez koszmar spotkania z jego rodzicami, znalazł się nagle w jaskrawym świetle fleszy reporterów. Dwukrotnie załamał się i zaczął płakać przed kamerami TV. Nie wstydził się swoich łez i nie miarkował słów w gniewnych wypowiedziach, krytykujących sposób rozwiązania kryzysowej sytuacji. Zdawał sobie sprawę, że przygotowuje grunt pod oskarżenie o niesprawiedliwe zabójstwo przeciwko swemu własnemu pracodawcy, miastu Tranquility. Było mu wszystko jedno. Wiedział tylko, że chłopca zastrzelono jak jelenia w listopadzie i ktoś powinien za to zapłacić.

Jadąc w gęsto padającym śniegu, zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie znieść samotnego powrotu do domu, spędzenia tej nocy tak jak innych – samotnie.

Zamiast tego pojechał do domu Claire.

Przedzierając się z samochodu przez sięgający powyżej kostek śnieg, czuł się jak żałosny pielgrzym, ostatkiem sił zmierzający ku sanktuarium. Wspiął się na ganek i zastukał do drzwi, kilkakrotnie, a gdy nie było odpowiedzi, nagle przeszyła go rozpacz na myśl o tym, że nie ma jej w domu, że dom jest pusty. Że musi bez niej znieść resztę nocy.

Ale w końcu na górze zapaliło się światło, a ciepła poświata przedarła się przez padający śnieg. Chwilę potem drzwi się otwarły i Claire stanęła przed nim.

Wszedł do środka. Żadne z nich się nie odezwało. Ona po prostu otworzyła ramiona, przyjęła go. Był pokryty śniegiem, który teraz topił się od jej ciepła, a zimne strumyczki moczyły flanelę jej szlafroczka. Przytulała Lincolna, a stopiony śnieg tworzył kałużę na podłodze wokół jej bosych stóp.

– Czekałam na ciebie – powiedziała.

– Nie mogłem znieść myśli o powrocie do domu.

– Więc zostań tutaj. Zostań ze mną.

Na górze zrzucili ubrania i wsunęli się w pościel, jeszcze rozgrzaną jej ciałem. Nie przyjechałby się kochać, szukał jedynie pociechy. Dała mu jedno i drugie, zapewniając tak pożądane wyczerpanie, dzięki któremu w końcu zasnął.

Gdy się obudził, niebo za oknem było intensywnie niebieskie, aż kłuło w oczy. Claire leżała zwinięta w kłębek, a jej włosy rozsypały się po poduszce bezładnymi puklami. Widział siwe nitki w masie brązowych loków i ten pierwszy objaw wieku w jej włosach był tak niespodziewanie wzruszający, że Lincoln musiał zamrugać, walcząc ze łzami. Połowa życia bez ciebie, pomyślał. Połowa życia zmarnowana, aż do teraz.

Pocałował ją lekko, ale się nie obudziła.

Ubierał się, patrząc przez okno na świat przemieniony nocną burzą śnieżną. Puszysty śniegowy płaszcz okrył jego samochód, czyniąc z niego niewyraźny biały kopczyk. Gałęzie drzew uginały się pod ciężkimi czapami śniegu, a tam gdzie kiedyś był podjazd przed domem, widniało migoczące w słońcu pole diamentów.

Drogą nadjechała furgonetka i skręciła na teren Claire. Z przodu miała zamontowany pług śnieżny, więc Lincoln pomyślał, że to zapewne ktoś, kogo Claire zatrudniła do oczyszczenia podjazdu. Jednak w kierowcy wysiadającym z furgonetki rozpoznał Floyda Speara w mundurze policyjnym.

Floyd przeszedł przez śnieg do kopca, skrywającego samochód Lincolna, i oczyścił tablicę rejestracyjną ze śniegu. Wyprostował się i spojrzał pytająco na dom. Teraz już całe miasto będzie wiedziało, gdzie spędziłem noc.

Lincoln zszedł na dół i otworzył drzwi akurat w chwili, gdy Floyd uniósł dłoń w rękawiczce, by zapukać.

– Dzień dobry – powiedział Lincoln.

– Uu… Dzień dobry.

– Szukasz mnie?

– Tak, pojechałem do ciebie do domu, ale cię nie było.

– Mój pager jest cały czas włączony.

– Wiem, ale… no, nie chciałem przekazywać tej wiadomości przez telefon.

– Jakiej wiadomości?

Floyd spojrzał na swoje oblepione śniegiem buty.

– Niedobrej, Lincoln. Tak mi przykro. Chodzi o Doreen. Lincoln nic nie powiedział. O dziwo, nic także nie czuł, jakby zimne powietrze, które wciągał do płuc, znieczuliło jego serce i mózg. Głos Floyda zdawał się docierać do niego z wielkiej odległości, słowa zanikały i przestawały być słyszalne. -… Jej ciało na Slocum Road. Nie wiem, skąd się tam w ogóle wzięła. Naszym zdaniem, musiało się to zdarzyć wczoraj wieczorem, mniej więcej w tym samym czasie, co afera w szkole. Ale to już lekarz sądowy będzie musiał stwierdzić.

Lincoln z trudem zmusił się do wypowiedzenia kilku słów.

– Jak… jak to się stało?

Floyd zawahał się, uniósł wzrok, potem znów go spuścił.

– Dla mnie to wygląda, jakby ktoś ją przejechał i uciekł z miejsca wypadku. Policja stanowa już tam jedzie.

Z przedłużającego się milczenia Floyda Lincoln wywnioskował, że to jeszcze nie wszystko. Gdy Floyd w końcu uniósł wzrok, wypowiadał słowa z bolesną niechęcią:

– Zeszłego wieczoru, koło dziewiątej, dyżurny dostał wiadomość o pijanym kierowcy, który jedzie zygzakiem po Slocum Road. Ta sama okolica, gdzie znaleziono Doreen. Ten telefon był wtedy, gdy wszyscy byliśmy w szkole, więc nikt nie pojechał tego sprawdzić…