– To zamknij drzwi.
– Zamknęłam. Telewizor gra za głośno.
To mój dom. Masz szczęście, że w ogóle pozwalam ci tu mieszkać. Cały dzień ciężko pracuję i mam prawo odprężyć się tak, jak chcę.
– Nie mogę się skupić. Nie mogę odrabiać lekcji. Dźwięk, jaki Jack z siebie wydał, był pół beknięciem, pół śmiechem.
– Taka dziewczyna jak ty nie powinna przemęczać swoich szarych komórek. Nawet ich zresztą nie potrzebujesz.
– A cóż to niby ma znaczyć?
– Znajdź bogatego faceta, zakołysz tymi włosami, a będziesz miała co jeść do końca życia.
Ugryzła się w język, by powstrzymać gniewną odpowiedź. Jack ją prowokował. Widziała ten uśmieszek na jego ustach, cienki wąsik unoszący się z jednej strony. Lubił doprowadzać ją do gniewu, cieszył się, gdy się denerwowała. Inaczej nie był w stanie zwrócić na siebie jej uwagi i Amelia wiedziała, że podnieca go każdy przejaw okazanej przez nią emocji, nawet jeśli to była wściekłość.
Wzruszyła ramionami i skupiła uwagę na telewizorze. W kontaktach z Jackiem należało okazywać lodowatą obojętność. Nie okazywać ani gniewu, ani żadnych innych uczuć. Wtedy się wściekał, bo to mu uświadamiało dokładnie, kim jest: kimś całkowicie nieistotnym. Bez znaczenia. Patrząc na ekran, czuła, jak odzyskuje nad nim przewagę. Do diabła z nim. Nie może się do niej przebić ani jej zranić, bo mu na to nie pozwoli.
Dopiero po kilku sekundach jej mózg zarejestrował obrazy na ekranie. Zobaczyła brązową furgonetkę, holowaną przez samochód policyjny, widziała niewyraźną postać chłopca, zakrywającego twarz, wprowadzanego na posterunek policji w Tranquility. Gdy w końcu zrozumiała, na co patrzy, Jack całkowicie wyleciał jej z głowy.
– … Czternastoletni chłopiec został zatrzymany w celu złożenia wyjaśnień. Ciało czterdziestotrzyletniej Doreen Kelly znaleziono wczesnym rankiem na odległym odcinku Slocum Road, we wschodniej części Tranquility. Według anonimowego naocznego świadka furgonetkę podejrzanego widziano w tej właśnie okolicy około dziewiątej wieczorem, jadącą zygzakiem po jezdni, a nieujawnione dowody skłoniły policję do zatrzymania chłopca. Ofiara, żona komendanta policji municypalnej Lincolna Kelly, miała za sobą długa historię choroby alkoholowej. Jak mówią mieszkańcy…”
Na ekranie pojawiła się nowa twarz – kobieta, w której Amelia rozpoznała kasjerkę ze sklepu „Cobb i Morong”.
– Doreen była dla nas naprawdę tragiczną postacią. Nigdy, nigdy nie skrzywdziłaby nikogo, i po prostu nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś mógł coś takiego zrobić. Tylko potwór zostawiłby ją tam na pewną śmierć.
Teraz telewizja pokazała okryte, leżące na noszach ciało, wnoszone do karetki.
– W opinii społeczności wstrząśniętej już wczorajszą tragedią w szkole średniej ta śmierć jest kolejnym ciosem zadanym miasteczku, które, o ironio, nazywa się Tranquility…
– O czym oni mówią? – spytała Amelia. – Co się stało? W bezbarwnych oczach Jacka mignęło ponure rozbawienie.
– Słyszałem o tym dzisiaj w mieście – powiedział. – Ten chłopak doktorki ma przechlapane.
Noah? Przecież nie może chodzić o Noaha!
– Wczoraj wieczorem na Slocum Road przejechał żonę komendanta. Tak mówi świadek.
– Jaki świadek?
Rozbawienie z oczu Jacka rozlało się po całej jego twarzy, wyginając mu wargi w paskudnym uśmieszku.
– No, to właśnie jest pytanie, nie? Kto to widział? – Uniósł brwi w udanym zaskoczeniu. – Ach, zapomniałem, to przecież w tym chłopcu się wszystkie podkochujecie, nie? Ty też myślisz, że jest jakiś specjalny. No, chyba masz rację. – Roześmiał się. – Będzie naprawdę specjalny w więzieniu.
– Odpieprz się – powiedziała Amelia, odwróciła się i wbiegła na górę po schodach.
– Hej! Hej, wróć tu i przeproś! – wrzasnął Jack. – Masz mi okazywać cholerny szacunek!
Ignorując jego żądanie, skierowała się wprost do sypialni matki i zamknęła drzwi. Niech mnie zostawi w spokoju na pięć minut. Niech mi da zadzwonić…
Wykręciła numer domu Noaha Elliota.
Niestety, usłyszała czterokrotny sygnał, a potem automatyczna sekretarka odezwała się głosem matki Noaha:
– Mówi doktor Elliot. Nie ma mnie w domu, więc proszę zostawić wiadomość. Jeśli sprawa jest nagła, można się ze mną porozumieć przez centralę szpitala Knox. Oddzwonię, gdy tylko będę mogła.
Po sygnale Amelia wyrzuciła z siebie gwałtownie:
– Pani doktor, mówi Amelia Reid. Noah nie przejechał tej kobiety! Nie mógł tego zrobić, bo był…
Drzwi pokoju otworzyły się gwałtownie.
– Co robisz w moim pokoju, ty mała suko? – ryknął Jack. Amelia rzuciła słuchawkę i odwróciła się, by stanąć z nim twarzą w twarz.
– Masz mnie przeprosić – zażądał Jack.
– Za co?
– Za przeklinanie, do jasnej cholery.
Chodzi ci o to, że powiedziałam „odpieprz się”? Policzek był tak silny, że jej głowa poleciała w bok. Amelia uniosła dłoń do piekącej twarzy, a potem znów napotkała jego wzrok. Przez chwilę wpatrywała się w ojczyma i coś głęboko w niej, jakiś rdzeń z płynnej stali, wydawał się nareszcie twardnieć. Gdy uniósł rękę, by uderzyć ją powtórnie, nawet nie mrugnęła. Patrzyła tylko na niego, a jej oczy mówiły mu, że jeśli to zrobi, będzie tego bardzo, bardzo żałował. Powoli opuścił rękę. Nie próbował jej zatrzymać, gdy wychodziła z sypialni. Wciąż stał tam bez ruchu, gdy zamykała za sobą drzwi własnego pokoju.
Claire i Max Tutwiler stali przed biurkiem Lincolna i upierali się, by ich wysłuchał. Razem pojawili się w komisariacie, a teraz Max otwierał teczkę i pod nierozumiejącym wzrokiem Lincolna wyjmował z niej mapę topograficzną i rozkładał na biurku.
– I co mam tu zobaczyć? – spytał Lincoln.
– To wyjaśnienie choroby mego syna. I tego, co się dzieje w tym mieście – powiedziała Claire z naciskiem. – Noaha trzeba hospitalizować. Musisz go wypuścić.
Lincoln niechętnie podniósł na nią wzrok. Zaledwie dwanaście godzin temu byli kochankami. Teraz najwyraźniej z trudem zmuszał się, by na nią spojrzeć.
– Wcale nie wygląda na chorego. Niemal nam uciekł dziś rano.
Choroba jest w jego mózgu. To pasożyt pod nazwą Taenia solium. W początkowej fazie infekcji może wywoływać zmiany osobowości. Jeśli Noah jest zakażony, wymaga leczenia. Torbiele Taenia solium wywołują obrzęk mózgu i objawy zapalenia opon mózgowych. To właśnie u niego obserwowałam przez kilka ostatnich dni. Drażliwość, napady złości. Jeśli nie zabiorę go do szpitala, jeśli ma już torbiel, a ona pęknie… – Przerwała, walcząc ze łzami. – Proszę – szepnęła. – Nie chcę stracić syna.
– W sumie oznacza to – wtrącił się Max – że chłopiec nie jest odpowiedzialny za swoje czyny. Te inne dzieciaki też nie.
– A skąd dzieci mają tego pasożyta? – spytał Lincoln.
– Od Warrena Emersona – powiedziała Claire. – Patolog w Stanowym Centrum Medycznym jest niemal pewien, że uszkodzenie jego mózgu zostało wywołane przez Taenia solium – tasiemca uzbrojonego. Emerson jest prawdopodobnie zakażony od lat. Co znaczy, że jest także nosicielem choroby.
– A w ten sposób dzieciaki zaraziły się od Emersona – powiedział Max, wygładzając rozłożoną na biurku Lincolna mapę. – Claire wysnuła następującą teorię. Oto dolny bieg potoku Meegawki. Wysokość, możliwe zalewy powodziowe, a nawet podziemne fragmenty nurtu.
– Co to oznacza?
– Proszę spojrzeć. – Max położył palec na mapie. – Tutaj mniej więcej znajduje się farma Warrena Emersona, jakieś półtora kilometra w górę potoku od jeziora. Wysokość sześćdziesiąt jeden metrów. Potok Meegawki przepływa tuż obok jego posiadłości, niedaleko szamba. To pewnie bardzo stary system kanalizacyjny. – Max podniósł wzrok na Lincolna. – Czy rozumie pan znaczenie położenia jego farmy?