– Uważa pan jednak, że jest to jakiś rodzaj larwy?
– Albo to, albo jakiś przedziwny artefakt barwnika laboratoryjnego.
– Czy mógłby to być inny pasożyt – nie Taenial Jaki?
– Taki, który dostaje się do organizmu nosiciela przez nos. Może zwinąć się w jednej z zatok i tam trwać, aż w końcu zostaje usunięty lub zginie. Wszelkie biologiczne toksyny, jakie wydziela, zostają wchłonięte wprost przez błony zatokowe do krwiobiegu nosiciela.
– Ale czy nie byłoby to widoczne na tomografie?
– Nie, na tomografie nikt nie zwróciłby na to uwagi, ponieważ wyglądałoby całkowicie niewinnie, po prostu jak cysta śluzowa. – Tak jak u Scotty’ego Braxtona.
– Skoro chowa się w zatoce, skąd wzięłoby się w mózgu Warrena Emersona?
– Niech pan weźmie pod uwagę, że między mózgiem a zatoką czołową jest tylko cienka ścianka kostna. Pasożyt mógł ją zerodować.
Wie pani, to efektowna teoria. Nie ma jednak pasożyta, który pasowałby do tego obrazu klinicznego. W podręcznikach nic takiego nie znalazłem.
– A może tego nie ma w podręcznikach?
– To znaczy, że mówi pani o całkowicie nowym pasożycie? – Clevenger roześmiał się. – Chciałbym! To by oznaczało wykopanie naukowego garnka złota. Moje imię zyskałoby nieśmiertelność. Taenia clevengeria. Ładnie brzmi, prawda? Niestety, mam jedynie zwyrodniałą, niedającą się zidentyfikować larwę pod mikroskopem. I ani śladu żywego egzemplarza do pokazania i opisania.
Tylko dżdżownicę.
W drodze powrotnej do Tranquility zdała sobie sprawę, że w tej układance wciąż brakuje jej kilku kawałków. Max Tutwiler będzie musiał ich dostarczyć. Da mu szansę wyjaśnienia wszystkiego w cztery oczy. Ostatecznie jest jej przyjacielem i wątpliwości powinna interpretować na jego korzyść. Była żoną naukowca i znała gorączkę, która tych ludzi czasami ogarnia, ten niezwykły przypływ podniecenia, gdy czują, że są na tropie odkrycia. Tak, rozumiała, dlaczego Max schował okaz, dlaczego chciał trzymać sprawę w sekrecie aż do upewnienia się, że to nieznany dotąd gatunek. Nie mogła jednak zrozumieć ani tym bardziej wybaczyć faktu, że ukrył informacje przed nią i lekarzami Noaha. Informacje, który mogły w istotny sposób zaważyć na zdrowiu jej syna.
Z każdym kilometrem jej gniew rósł.
Najpierw z nim porozmawiaj, napominała się. Możesz się mylić. To może nie mieć nic wspólnego z Maksem.
Gdy dojechała do Tranquility, była zbyt spięta, by odkładać spotkanie na później. Chciała to z nim załatwić od razu.
Pojechała wprost do domku Maksa.
Jego samochodu nie było. Zaparkowała na podjeździe i szła ku werandzie, gdy zobaczyła odchodzące w prawo ślady butów. Poszła za nimi w las, aż do miejsca, gdzie poruszony śnieg wymieszany był z ziemią. Przykucnęła i ręką w rękawiczce grzebała w ziemi, aż na głębokości niecałych dwudziestu centymetrów dotarła do warstwy miękkiej próchnicy i martwych liści. Podniosła garść tej mieszaniny i zobaczyła coś błyszczącego, wijącego się na dłoni. Dżdżownica. Odrzuciła ją i zawróciła.
Na werandzie rozejrzała się za szpadlem – wiedziała, że gdzieś musi być. Stał rzeczywiście, oparty o stos drewna koło siekiery, jeszcze z ziemią przywartą do ostrza.
Drzwi nie były zamknięte. Pchnęła je i od razu zrozumiała, dlaczego Max nie zadbał o zabezpieczenie wejścia. W domku niemal nic nie było. To, co zostało – meble, sprzęty kuchenne – zapewne stanowiło stałe wyposażenie. Przeszła przez sypialnię i kuchnię i znalazła zaledwie kilka rzeczy Maksa: pudło z książkami, kosz z brudną bielizną i nieco jedzenia w lodówce. Oraz topograficzną mapę potoku Meegawki, przypiętą do ściany. Wróci po te rzeczy, pomyślała, a ja będę tu na niego czekać.
Jej spojrzenie padło na pudło z książkami. Na firmową etykietkę, przyklejoną do kartonu: ANSON BIOLOGICALS.
To samo laboratorium przeprowadzało analizę krwi Scotty’ego i Taylora i podało, że wyniki badań na toksyny są negatywne. Fałszywe wyniki? – zastanawiała się. A jeśli tak, to co próbowali ukryć? Anson Biologicals dało także pieniądze Zespołowi Pediatrycznemu z Two Hills na pobranie próbek krwi od nastolatków w okolicy. Dlaczego interesowało się dziećmi z Tranquility?
Wyjęła telefon komórkowy i zadzwoniła do Anthony’ego w laboratorium szpitala Knox.
– Co pan wie o Anson Biologicals? – spytała. – Jak to się stało, że podpisali kontrakt z naszym szpitalem?
– To było dosyć dziwne. Dawniej wysyłaliśmy wszystkie nasze analizy do BloodTeku w Portland. A potem nagle, jakieś dwa miesiące temu, przenieśliśmy się do Anson.
– Kto podjął taką decyzję?
– Nasz główny patolog. Zmiana miała sens, ponieważ Anson zaoferowało niższe ceny. Szpital nie mógł się oprzeć. Prawdopodobnie oszczędzamy w ten sposób dziesiątki tysięcy dolców.
– Czy mógłby pan się dowiedzieć o nich czegoś więcej? Muszę mieć informacje jak najprędzej. Można mnie złapać przez pager.
– A co konkretnie chciałaby pani wiedzieć?
– Wszystko. Czy są czymś więcej niż tylko laboratorium diagnostycznym. I jakie inne związki mają z Tranquility.
– Zobaczę, czego uda mi się dowiedzieć.
Schowała telefon. Mimo włączonego ogrzewania elektrycznego w pokoju było zimno. Rozpaliła ogień w piecyku na drewno i zrobiła sobie śniadanie z mizernych zapasów Maksa. Kawa, grzanka z masłem i trochę pomarszczone jabłko. Gdy skończyła jeść, piec dawał już tyle ciepła, że poczuła się senna. Zadzwoniła do szpitala, dowiedzieć się o stan Noaha, i usiadła przy oknie. Czekała.
Nie mógł jej przecież unikać w nieskończoność.
Wydawało jej się, że minęła ledwo chwila, gdy nagle obudziła się na krześle. Kark ją rozbolał od niewygodnej pozycji w czasie snu. Była już trzecia po południu i poranne słońce zastąpiły nisko padające popołudniowe promienie.
Wstała i masując kark, snuła się bez celu po domku. Do sypialni, na powrót do kuchni. Gdzież on jest? Przecież musi chyba wrócić po brudne rzeczy.
Zatrzymała się w dużym pokoju. Jej wzrok padł na przypiętą do ściany mapę topograficzną. Podeszła do niej bliżej, nagle skupiając uwagę na Beech Hill, wysokość 298 metrów. Co takiego powiedziała Lois Cuthbert podczas zebrania mieszkańców? Miało to coś wspólnego ze światłami, które ludzie widzieli migające na wzgórzu, i z pogłoskami o satanistycznej sekcie, zbierającej się nocą w lesie.
Lois wyjaśniła pochodzenie świateł. To ten biolog, doktor Tutwiler, który w nocy zbiera salamandry. Parę tygodni temu niemal przejechałam go w ciemnościach, gdy wracał ze wzgórza.
Claire została jedynie godzina światła dziennego – będzie jej to musiało wystarczyć na znalezienie tego, czego szuka. Wiedziała już w każdym razie, gdzie zacząć.
Wyszła z domku i wsiadła do samochodu.
Śnieg ułatwi jej poszukiwania. Skręciła na drogę prowadzącą do Beech Hill. W pobliżu posiadłości Emersona zwolniła i zauważyła, że podjazd do jego domu nie został oczyszczony ze śniegu. Od czasu jej ostatniej wizyty w celu nakarmienia kota nie pojawiły się żadne nowe ślady opon. Pojechała dalej, mijając farmę. Za nią, na wzgórzu, nie było już żadnych domów, a droga zmieniała się w polną. Kilkadziesiąt lat temu wożono tędy drewno z wyrębu, teraz korzystali z niej jedynie myśliwi i turyści zmierzający do wieży widokowej na szczycie wzgórza. Pługi śnieżne nie oczyściły ano śniegu, który ostatnio padał, i subaru Claire ledwo przebijał się naprzód. Przed nią jechał tędy już inny samochód – widziała ślady opon.