Lincoln nie pamiętał, żeby wyciągał broń – po prostu nagle zjawiła się w jego ręku. Strach był tak silny, że ściskał go za gardło. Mężczyzna oświetlił latarką podwórze szerszym łukiem i odkrył drugą połowę psa i jego wnętrzności koło schodków na werandę. Podszedł do krwawej masy i zmusił się do dotknięcia szczątków gołą ręką. Tkanka była zimna, ale jeszcze niezamarznięta. Od rzezi musiała upłynąć mniej niż godzina. Cokolwiek rozszarpało tego psa, wciąż może być w pobliżu.
Stłumiony dźwięk tłuczonego szkła sprawił, że Lincoln okręcił się na pięcie, a serce zaczęło mu walić w piersiach. Zerknął na ciemne okna. Odgłos pochodził z wnętrza domu. W tym domu mieszka pięcioro ludzi, w tym czternastoletnia dziewczynka. Co się z nimi stało?
Wszedł na werandę, do drzwi frontowych. Nie były zamknięte – kolejny niepokojący szczegół. Nacisnął klamkę i pchnął je. Szybki ruch latarką ukazał wytarty dywan i kilka par butów, rozrzuconych na podłodze holu. Nic niepokojącego. Sięgnął do kontaktu i przekręcił, chcąc włączyć światło. Nie zapaliło się. Czyżby wyłączono elektryczność?
Na chwilę zawahał się przy frontowych drzwiach, rozważając, czy nie powinien zaanonsować swojej obecności. Wiedział, że Jack Reid ma dubeltówkę i nie zawahałby się jej użyć, gdyby przypuszczał, że ktoś się włamuje do domu. Lincoln wciągnął powietrze, chcąc krzyknąć: „Policja!”, gdy dostrzegł coś, co go natychmiast uciszyło.
Na ścianie widniał krwawy odcisk dłoni.
Pistolet nagle zaczął ślizgać się w jego ręce. Lincoln podszedł bliżej. Rzeczywiście, była to krew, a jeszcze dalej kolejne krwawe plamy wskazywały drogę do kuchni.
W tym domu mieszka pięć osób. Gdzie są?
W kuchni znalazł pierwszego członka rodziny. Jack Reid leżał na podłodze z gardłem poderżniętym od ucha do ucha. Krew tryskająca z jego tętnicy obryzgała wszystkie ściany. Wciąż ściskał w dłoni dubeltówkę.
Coś upadło i potoczyło się po podłodze. Lincoln natychmiast poderwał broń, a krew pulsująca w uszach niemal go ogłuszała. Hałas dochodził z dołu. Z piwnicy.
Oddychał płytko i szybko. Podszedł cicho do drzwi piwnicy, zatrzymał się, żeby policzyć do trzech. Spocone palce mocno trzymały broń, a serce biło coraz szybciej. Nabrał powietrza i kopnął w drzwi.
Odskoczyły i stuknęły w przeciwległą ścianę.
Kilka prowadzących w dół schodków ginęło w ciemnościach. Ktoś tam był. Mrok wydawał się naładowany wrogą energią. Lincoln niemal wyczuwał czyjąś obecność u stóp tych schodów. Skierował w dół promień latarki, szybko omiatając nim pomieszczenie. Dostrzegł tylko błyskawiczny ruch cienia chowającego się pod schodami.
– Policja! – krzyknął. – Stań tam, gdzie cię mogę widzieć! – Wciąż oświetlał przestrzeń przy schodach, w to samo miejsce celując bronią. – No już, wychodź! Natychmiast!
Powoli ciemność przybrała konkretny kształt. Najpierw w zasięgu światła latarki pojawiła się ręka. Potem twarz, z której patrzyły przerażone oczy. Chłopiec.
– Moja mama – zaszlochał Eddie Reid. – Proszę mi pomóc wydostać stąd mamę.
Teraz spod schodów rozległ się kobiecy szept.
– Pomocy! Na miłość boską, pomocy!
Lincoln zszedł po schodach i skierował światło wprost na kobietę. Twarz Grace Reid była trupioblada, zastygła w wyrazie przerażenia.
– Żadnego światła – prosiła. – Niech pan wyłączy światło, bo nas znajdzie! – Cofnęła się. Za nią widać było otwartą skrzynkę z bezpiecznikami. Grace opuściła wszystkie dźwignie, odcinając dopływ prądu.
Eddie ciągnął matkę ku schodom.
– Mamo, już dobrze. Musimy stąd wyjść. Proszę, rusz się. Proszę cię!
Grace pokręciła głową w gwałtownym proteście.
– Nie, on na nas czeka. – Wyrwała się i zaparła w miejscu. – J.D. jest na górze.
Eddie znowu chwycił matkę za rękę i pociągnął ku schodom.
– Teraz, mamo!
– Chwileczkę – wtrącił się Lincoln. – A co z Amelią? Gdzie jest Amelia?
Grace spojrzała na niego szeroko otwartymi oczyma.
– Amelia? – bąknęła, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o córce. – W swoim pokoju.
– Wyprowadźmy stąd twoją mamę – powiedział Lincoln do Eddiego. – Mój wóz stoi tuż przed domem.
– A co z…
– Znajdę twoją siostrę, ale najpierw muszę wpakować was do samochodu i wezwać pomoc. A teraz chodźmy. Trzymaj się tuż za mną. – Odwrócił się i zaczął powoli wchodzić po schodach. Słyszał, że Eddie i Grace idą za nim. Oddech Grace brzmiał niemal jak pojękiwanie, a Eddie mruczał słowa pociechy.
J.D. Oboje bali się J.D.
Lincoln dotarł do szczytu schodów. Nie było sposobu, żeby tego uniknąć: musiał przeprowadzić ich przez zbryzganą krwią kuchnię, koło ciała Jacka Reida. Jeśli Grace dostanie histerii, to właśnie tam.
Dzięki Bogu za Eddiego. Chłopiec objął ramieniem macochę, przytulając jej twarz do swojej piersi.
– Niech pan idzie – przynaglił Lincolna. – Proszę, niech pan nas stąd po prostu zabierze.
Lincoln przeprowadził ich przez kuchnię do holu. Tam zatrzymał się nagle, bo napięte nerwy wysyłały mu sygnały alarmowe. W świetle latarki zobaczył, że drzwi frontowe stoją otworem. Czy zamknąłem je po wejściu do domu?
– Zaczekajcie – szepnął i podsunął się do drzwi. Śnieg na dworze lśnił w świetle księżyca. Wóz patrolowy stał jakieś dziesięć metrów od werandy. Panowała całkowicie nieruchoma cisza.
Coś jest nie tak. Ktoś nas obserwuje. Ktoś się czai. Odwrócił się do Eddiego i Grace, i szepnął:
– Biegnijcie do samochodu. Teraz!
Ale Grace nie pobiegła. Zamiast tego cofnęła się, a gdy jej profil pojawił się na tle oświetlonego księżycem okna, Lincoln zobaczył, że patrzy w górę. Ku schodom.
Okręcił się na pięcie akurat w chwili, gdy rzucił się na niego cień. Lincoln uderzył o ścianę z taką siłą, że stracił oddech. Ból przeciął mu policzek. Szarpnął się w bok i ostrze noża śmignęło obok, o włos, głęboko wbijając się w ścianę koło jego głowy. Broń mu upadła, wytrącona z dłoni w pierwszym zwarciu. Teraz rozpaczliwie macał po podłodze, usiłując znaleźć w ciemnościach pistolet.
Usłyszał zgrzyt noża wyrywanego z drewna i odwrócił się w momencie, gdy cień znów się na niego rzucił. Podniósł lewe ramię, zasłaniając się przed ciosem. Ostrze wbiło się aż do kości. Własny jęk bólu dotarł do niego niby jakiś obcy, odległy dźwięk.
Udało mu się jakoś uchwycić prawą ręką przegub chłopca i wytrącić mu nóż, który padając, stuknął o podłogę. Chłopak wyrwał się i potknął, cofając.
Lincoln kucnął i chwycił nóż, ale poczucie triumfu było krótkotrwałe.
J.D. także wstał, a jego sylwetka była wyraźnie widoczna na tle okna. Trzymał pistolet Lincolna. Wymierzył go wprost w jego pierś.
Wystrzał był tak głośny, że szyba w oknie rozpadła się na kawałki. Szkło poleciało chmurą iskierek na werandę.
Żadnego bólu. Dlaczego nie czuje żadnego bólu?
Z niedowierzaniem patrzył, jak J.D. Reid, oświetlony światłem księżyca wpadającym przez stłuczone okno, powoli osuwa się na podłogę.
– Zabiłem go? – spytał drżącym głosem Eddie.
Potrzebujemy światła – powiedział Lincoln. Usłyszał, jak Eddie potyka się w ciemnościach w kuchni, a następnie schodzi do piwnicy. Po chwili włączył bezpieczniki i światło rozbłysło.