Выбрать главу

Jeden rzut oka powiedział Lincolnowi, że J.D. nie żyje.

Eddie wrócił przez kuchnię, wciąż trzymając dubeltówkę ojca. Zwolnił i stanął koło macochy. Żadne z nich nie było w stanie oderwać oczu od martwego chłopca ani wydać z siebie dźwięku. Straszliwy widok J.D. Reida leżącego w kałuży krwi na zawsze utrwalał się w ich umysłach.

– Amelia – powiedział Lincoln i podniósł wzrok ku schodom, ku piętru. – Gdzie jest jej sypialnia?

– Druga po prawej… – Eddie spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.

Lincoln wbiegł po schodach. Jedno spojrzenie na drzwi pokoju Amelii powiedziało mu, że najgorsze już się stało. W drzwiach widniała wyrąbana siekierą dziura, a kawałki drewna zaścielały hol. Dziewczyna zapewne starała się zamknąć przed J.D. w sypialni, ale kilka ciosów siekierą rozwaliło deski. Bojąc się tego, co zobaczy w środku, Lincoln wszedł do pokoju.

Zobaczył siekierę wbitą w krzesło, przerąbane niemal na pół. Zobaczył rozbite lustro, poszarpane sukienki, drzwi szafy wiszące na wyrwanym zawiasie. Potem popatrzył na łóżko.

Było puste.

Mitchell Groome siedział za kierownicą subaru Claire Elliot i jechał powoli w dół Beech Hill. Czekał aż do północy, do godziny, kiedy wszyscy będą już spać, ale, niestety, niebo było czyste, a światło księżyca w pełni z przeraźliwą jasnością odbijało się od śniegu. Przez to czuł się bezbronny i wystawiony na cudze spojrzenia. W każdym razie, pełnia czy nie, musiał skończyć tej nocy całą sprawę. Zbyt wiele rzeczy poszło nie po jego myśli, narzucając mu podjęcie znacznie bardziej drastycznych kroków, niż zamierzał.

Jego zadanie początkowo było bardzo proste: miał mieć na oku doktora Tutwilera oraz – udając dziennikarza zadającego pytania – spokojnie i dyskretnie badać naturalne rozprzestrzenianie się infekcji pasożytniczej wśród młodzieży Tranquility. Pracę nagle skomplikowała mu Claire Elliot, której podejrzenia okazały się zbyt bliskie prawdy. A potem Doreen Kelly stworzyła jeszcze większy problem.

Będzie musiał się gęsto tłumaczyć, gdy wróci do Bostonu.

Był pewien, że wymyśli rozsądne wyjaśnienie zniknięcia Maksa Tutwilera. Nie mógł przecież powiedzieć swoim szefom w Anson Biologicals, co się stało naprawdę: że Max chciał się wycofać, gdy dowiedział się, jak zginęła Doreen Kelly. Zatrudniono mnie do znalezienia robaków, protestował Max. W Anson powiedzieli mi, że to tylko takie biologiczne poszukiwanie skarbów. Nikt nic nie mówił o mordowaniu, zresztą po co? Żeby ten gatunek pozostał sekretem korporacji?

Max nie rozumiał, że praca nad nowym środkiem medycznym to coś w rodzaju poszukiwania złota. Tajemnica jest czymś nieodzownym. Nie można dać znać konkurencji, że znalazło się nową żyłę.

Złotem w tym przypadku był hormon produkowany przez unikalnego bezkręgowca, hormon, którego działanie polegało na potęgowaniu poziomu agresji. Wystarczyła minimalna dawka, by podnieść wartość bitewną żołnierza w walce. Był to morderczy specyfik o oczywistych zastosowaniach militarnych.

Anson Biologicals i jego firma-matka, Sloan-Routhier Pharmaceuticals, dowiedzieli się o istnieniu robaków zaledwie dwa miesiące temu, gdy na oddział psychiatryczny wojskowego szpitala w Wirginii przyjęto dwóch nastoletnich synów miejscowego małżeństwa. Jeden z chłopców wydalił robaka – bioluminescencyjny gatunek, którego żaden wojskowy patolog nie potrafił zidentyfikować.

Cała rodzina spędzała lipiec w domku nad brzegiem jeziora w Maine.

Groome skręcił na Toddy Point Road. Siedząca obok niego Claire jęknęła i poruszyła głową. Miał nadzieję, dla jej dobra, że lekarka nie w pełni odzyska świadomość, ponieważ czekający ją koniec nie był miły. On nie miał jednak innego wyjścia. Śmierć kobiety tak żałosnej, jak Doreen Kelly, nikogo w mieście specjalnie nie poruszyła, ale miejscowa lekarka nie mogła ot, po prostu zniknąć. Władze muszą znaleźć jej ciało i stwierdzić śmierć w następstwie nieszczęśliwego wypadku.

Droga biegła teraz po niewielkich wzniesieniach. O tej porze nocy była to samotna jazda. Reflektory Groome’a ślizgały się po czarnym asfalcie, pokrytym lodem i piaskiem z pobocza, oświetlając łuk na tyle szeroki, by widać było drzewa po obu stronach. Czarny tunel, otwarty jedynie na gromady gwiazd nad głową.

Groome zbliżył się do kolejnego zakrętu, gdzie asfalt uciekał ostro w lewo, i zahamował na szczycie pochylni dla łodzi.

Claire znów jęknęła, gdy przeciągał ją z siedzenia pasażera na miejsce kierowcy. Zapiął jej pas. Nie gasząc silnika, wrzucił bieg, zwolnił ręczny hamulec i zamknął drzwi.

Samochód zaczął toczyć się naprzód po łagodnym spadku pochylni.

Groome stał na poboczu, patrząc, jak dociera do jeziora i toczy się dalej. Na lodzie był śnieg i koła powoli go gniotły, reflektory oświetlały nagą przestrzeń. Dziesięć metrów. Dwadzieścia. Jak daleko do cienkiego lodu? Był dopiero pierwszy tydzień grudnia i jezioro nie mogło jeszcze zamarznąć tak mocno, by utrzymać ciężar samochodu.

Trzydzieści metrów. Wtedy właśnie Groome usłyszał ostry jak wystrzał trzask. Przód samochodu przechylił się w dół, reflektory nagle zginęły w śniegu i łamiącym się lodzie. Kolejny trzask i samochód przechylił się w przód pod dziwacznym kątem, a czerwone tylne światła wskazały niebo. Teraz pękł także lód pod tylnymi kołami i samochód wpadł do wody. Reflektory zgasły, gdy zostały zalane przewody elektryczne.

Koniec rozegrał się w świetle księżyca, w krajobrazie wysrebrzonym świetlistą bielą śniegu. Samochód kołysał się chwilę na wodzie, silnik zakrztusił się, woda wciągała wóz głębiej, biorąc go w posiadanie. Teraz odgłos chlapania, płynne zamieszanie, gdy samochód wślizgiwał się głębiej i zaczynał obracać. Zatonął kołami do góry, a dach utkwił w mule. Groome wyobrażał sobie kłęby ciemnych osadów, zasłaniające sączące się z góry, wodniste światło księżyca.

Jutro ktoś zobaczy połamany lód, pomyślał Groome, i doda dwa do dwóch. Biedna, przemęczona doktor Elliot, jadąc nocą do domu, przegapiła zakręt i przez nieuwagę wjechała na pochylnię dla łodzi. Co za tragedia.

Usłyszał odległe zawodzenie syreny policyjnej i odwrócił się w nagłym napięciu. Dopiero gdy wóz patrolowy minął go, a potem zniknął w oddali, pozwolił sobie lżej odetchnąć. Policję wezwano gdzie indziej – nikt nie był świadkiem jego zbrodni.

Odwrócił się i zaczął iść szybkim krokiem, ku ciemności Beech Hill. Czekała go niemal pięciokilometrowa wyprawa z powrotem do jaskini, gdzie wciąż miał wiele do zrobienia.

Rozdział 25

Czuła, jak ciemność zamyka się wokół niej, czuła szok wywołany lodowatymi objęciami wody omywającej jej ciało i nagle odzyskała przytomność, budząc się w rzeczywistości znacznie bardziej przerażającej niż jakikolwiek senny koszmar.

Czarne ciemności więziły ją w przypominającej trumnę ciasnej przestrzeni. Nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół. Czuła jedynie, że woda wspina się wokół niej coraz wyżej, chlupiąc wokół jej pasa, zaraz potem wokół piersi. Machała rękoma w panice, instynktownie wyciągając szyję, by utrzymać głowę nad powierzchnią, ale stwierdziła, że jej ciało jest przypięte. Szarpała za przytrzymujący ją pas, ale nie mogła się uwolnić. Woda moczyła już jej kark. Oddechy zamieniły się w rozpaczliwe łykanie haustów powietrza, jakby pełnych paniki szlochów.

A później nagle wszystko wywróciło się do góry nogami.

Miała czas na jeden tylko głęboki wdech – zaraz potem przewróciła się na bok, a woda zalała jej głowę, wpływając do nozdrzy.

Połykająca ją ciemność była światem absolutnej, płynnej czerni. Claire rzucała się, schwytana pod wodą głową w dół. Płuca ją bolały, rozsadzał je ostatni zaczerpnięty haust powietrza.