Znów szarpnęła za pas na piersiach, ale nie chciał się rozluźnić, nie chciał jej wypuścić. Powietrze! Potrzebuję powietrza! W uszach waliły jej młoty, w mózgu rozbłyskiwały światła, ostrzegając o niedoborze tlenu. Traciła już siłę w kończynach, a jej wysiłki ograniczały się do bezużytecznego szarpania za więzy. Przez coraz gęstsze warstwy zagubienia zdała dobie sprawę, że ściska w dłoni coś twardego, coś, czego kształt rozpoznawała. Klamrę pasa bezpieczeństwa. Była w samochodzie. Zapięta pasami w samochodzie.
Rozpinała ten pas już tysiące razy, więc teraz jej palce automatycznie znalazły przycisk zwalniający. Przytrzymujące ją więzy zniknęły.
Kopała i machała rękoma i nogami, uderzając o ścianki samochodu. Oślepiona wodą, zdezorientowana w ciemnościach, nie potrafiła nawet powiedzieć, gdzie jest góra, gdzie dół. Palce, desperacko chwytające się wszystkiego, złapały kierownicę, otarły się o deskę rozdzielczą.
Potrzebuję POWIETRZA!
Jej płuca zaczynały się buntować i już, już miała wciągnąć wodę, gdy nagle obróciła się, a jej twarz wyskoczyła nad powierzchnię, w komorę powietrzną. Claire odetchnęła głęboko, raz, drugi i trzeci. Powietrza zostało zaledwie kilkanaście centymetrów, a i ta ilość szybko się zmniejszała. Jeszcze kilka oddechów i już nic nie zostanie.
Dzięki świeżemu dopływowi tlenu jej mózg znów zaczął funkcjonować. Zmusiła się do spokoju i myślenia. Samochód stoi na dachu. Trzeba znaleźć klamkę i otworzyć drzwi.
Wstrzymała oddech i zanurzyła się w wodę. Szybko namacała klamkę i szarpnęła. Poczuła, jak zamek odskakuje, ale drzwi nie chciały się otworzyć. Dach samochodu zbyt głęboko zapadł się w muł, który je zablokował.
Oddech!
Wynurzyła się znów w komorze powietrznej i stwierdziła, że zostało jej zaledwie kilka centymetrów. Wciągając do płuc resztki tlenu, desperacko próbowała zorientować się w postawionym na głowie świecie. Okno. Otworzyć okno.
Ostatni oddech, ostatnia szansa.
Znów zanurzyła się w wodę, szukając na oślep korbki. Palce miała już tak zdrętwiałe z zimna, że z trudem chwyciły rączkę. Każdy obrót zdawał się trwać całą wieczność, ale czuła, jak okno otwiera się, a szpara poszerza. Gdy już otworzyła je na całą szerokość, głód powietrza osiągnął stan alarmowy. Przepchnęła przez otwór głowę i ramiona i nagle znów nie mogła się ruszyć.
Kurtka! Zaczepiła się!
Rzucała się, usiłując się przepchnąć dalej, ale jej ciało tkwiło częściowo na zewnątrz, częściowo w środku samochodu. Sięgnęła do zamka błyskawicznego i rozpięła kurtkę.
W jednej chwili wyswobodziła się i gwałtownie wystrzeliła ku słabej jasności gdzieś w górze.
Przebiła się na powierzchnię, rozpryskując wodę jak milion diamentów w świetle księżyca. Wciągnęła powietrze w płuca i chwyciła najbliższą lodową krawędź. Trwała tak przez moment, dygocąc i charcząc w lodowatej nocy. Straciła już czucie w nogach, a ręce miała tak zdrętwiałe, że z trudem trzymała się lodu.
Usiłowała się nań wyczołgać, udało jej się podnieść nieco ramiona, ale natychmiast wpadła z powrotem do wody. Nie było czego się trzymać, za co chwyci, wszędzie tylko śliski lód, pokryty puszystym śniegiem. Bezradnie drapała rękami powierzchnię – brakowało punktu zaczepienia.
Znów spróbowała się wciągnąć na lód, ale ponownie ześliznęła się z pluskiem i zanurzyła się razem z głową. Wypłynęła, plując i kaszląc. Nogi miała niemal całkowicie sparaliżowane.
Nie uda jej się. Nie da rady wydostać się z wody.
Jeszcze kilkakrotnie próbowała wyczołgać się na lód, ale ubranie miała przemoczone, więc ściągało ją w dół, a dygotała tak silnie, że nawet nie była w stanie niczego się przytrzymać. Wszystkie kończyny opanowywał głęboki letarg. Były jak z drewna. Martwe. Czuła, że znów wpada w wodę, że ciemność wchłania ją, zaprasza do zimnego snu. Nie miała już energii na walkę. Nic nie zostało.
Zanurzyła się głębiej, a wyczerpanie opanowało ją całkowicie. Gdzieś w górze widziała z dziwną obojętnością blask księżyca, ale czuła, że ciemność wciąga ją w swoje objęcia. Nie czuła już zimna, tylko znużenie i nieuchronność tego, co się dzieje.
Noah.
Wydało jej się, że w kręgu światła u góry pojawiła się jego twarz z czasów, gdy był dzieckiem. Wołał do niej, wyciągał ramiona. Krąg światła rozpadł się nagle na odłamki srebra.
Noah. Myśl o Noahu.
Choć nie miała już siły, sięgnęła w górę, ku tej wyimaginowanej ręce. W jej uścisku rozpłynęła się jak woda. Jesteś za daleko. Nie mogę cię dosięgnąć.
Znów poczuła, że ześlizguje się w dół, wpada w mrok. Ręce Noaha znikły, ale wciąż wzywał ją jego głos. Jeszcze raz sięgnęła ku niemu w górę, zobaczyła rozjaśniający się krąg, srebrną aureolę tuż w zasięgu ręki. Jeśli uda mi się jej dotknąć, pomyślała, to dotknę raju. Walczyłaby tam dotrzeć, bijąc rękoma i nogami z wciągającą ją ciemnością, napinając wszystkie mięśnie w dążeniu ku światłu.
Jej ręka przebiła powierzchnię, rozbijając ją na krople głowa wychynęła po jeden łyk powietrza. Dostrzegła księżyc, tak piękny i jasny, że aż zabolały ją oczy, i poczuła, że zanurza się po raz ostatni z ramieniem wyciągniętym w stronę nieba.
Jakaś ręka chwyciła jej dłoń. Prawdziwa ręka, mocny uścisk wokół przegubu. Noah, pomyślała. Znalazłam swego syna.
Teraz ta ręka ciągnęła ją w górę, wyrywała z mroku. Patrzyła ze zdumieniem, jak światło znów jaśniej rozkwitło, a potem jej głowa wynurzyła się. Patrzył na nią nie Noah, ale dziewczyna. Dziewczyna o długich włosach, błyszczących srebrem w świetle księżyca.
Mitchel Groome wylał pół kanistra benzyny na ciało Maksa Tutwilera, choć właściwie zniszczenie zwłok nie było ważne. Ta jaskinia pozostawała nieznana przez tysiąclecia, więc szczątków Maksa nikt prędko nie znajdzie. Ponieważ jednak i tak musiał zlikwidować kolonię robaków, równie dobrze może za jednym zamachem pozbyć się także ciała.
Założył maskę, chroniącą go przed oparami benzyny, powiesił na szyi lampę górniczą, by rozjaśnić ciemności jaskini. Nie śpieszył się, opróżniając trzy kanistry benzyny. Nie musiał się śpieszyć – samochód lekarki zostanie znaleziony dopiero za dnia, a nawet gdyby znaleźli go wcześniej, nikt nie powiąże Groome’a z jej śmiercią. Jeśli na kogokolwiek miałyby się skierować podejrzenia, to raczej na Maksa, którego nagłe zniknięcie tylko je umocni. Groome nie lubił improwizować; nie planował takiego posunięcia, nie planował zabijania kogokolwiek. Nie brał jednak także pod uwagę tego, że Doreen Kelly ukradnie mu samochód.
Jedno morderstwo czasami pociąga za sobą kolejne.
Skończył ochlapywanie ścian i rzucił pusty kanister w płytką kałużę benzyny pośrodku jaskini. Tuż nad nią znajdowała się największa kolonia robaków. Wydawało się, że czują nadciągającą zagładę, bo wierciły się desperacko w unoszących się oparach. Nietoperze już dawno odleciały, zostawiając swoich bezkręgowych towarzyszy ich losowi. Groome jeszcze raz rozejrzał się po jaskini, upewniając się, że o niczym nie zapomniał. Ostatnie pudełko okazów oraz naukowe notatki Maksa spoczywały bezpiecznie w bagażniku samochodu, czekającego teraz na początku szlaku. Wystarczy jedna zapałka, a jaskinia stanie w płomieniach.
Cały gatunek, poza okazami hodowanymi obecnie w laboratoriach Anson Biologicals, wyginie. Hormon wydzielany przez te robaki jest wart fortunę w kontraktach Ministerstwa Obrony, ale jedynie wówczas, gdy pozostanie wyłączną tajemnicą Anson Biologicals.