Выбрать главу

Po zniszczeniu jaskini tylko Anson będzie w posiadaniu robaków. Dla całej reszty świata przyczyna tej i wszystkich poprzednich epidemii agresji pozostanie tajemnicą.

Wyczołgał się ku wyjściu, zostawiając za sobą cienką linię dopalacza. Kucnął w pierwszej komorze, zapalił zapałkę i przytknął płomień do ziemi. Linia ognia spłynęła do wejścia do tunelu, a następnie z głośnym „szuuu” druga komora buchnęła ogniem. Groome poczuł podmuch powietrza, gdy tlen został wciągnięty jako paliwo dla ognia. Wyłączył lampę i przez chwilę przyglądał się płomieniom, wyobrażając sobie, jak robaki czernieją, a ich spalone ciała odpadają od sufitu. Myślał także o ciele Maksa, zmienionym w niedającą się zidentyfikować kupkę kości i popiołu.

Wycofał się z jaskini, zagłębiając stopy w lodowatym strumieniu, i zasłonił wejście gałęziami. Gęsto rosnące drzewa przesłonią blask płomieni. Przebrnął przez wodę i wdrapał się na brzeg. Wciąż był nieco oślepiony ogniem, jego oczy nie dostosowały się jeszcze do ciemności. Włączył lampę, by oświetlić sobie drogę do samochodu.

Dopiero gdy lampa rozbłysła, ujrzał stojących wśród drzew policjantów z wyciągniętą bronią.

Czekających na niego.

Warren Emerson otworzył oczy i pomyślał: nareszcie umarłem. Ale dlaczego jestem w niebie? To odkrycie bardzo go zdziwiło, ponieważ zawsze zakładał, że jeśli istnieje jakieś życie po śmierci, on znajdzie się w ciemnym i okropnym miejscu. Jego egzystencja będzie zaledwie kontynuacją ponurego istnienia na ziemi.

Tu zaś były kwiaty. Całe ich bukiety.

Zobaczył czerwone róże. Orchidee niczym białe motyle, które przysiadły na gałązkach na oknie. I lilie o zapachu słodszym niż najsubtelniejsze perfumy. Patrzył ze zdumieniem, bo nigdy jeszcze nie widział czegoś tak pięknego.

Potem usłyszał skrzypnięcie krzesła przy łóżku. Siedziała na nim kobieta, która się do niego uśmiechała. Kobieta, której nie widział od lat.

Włosy miała bardziej srebrne niż czarne, a wiek wyrył głębokie zmarszczki na jej twarzy. Tego jednak Warren nie dostrzegał. Patrząc w jej oczy, widział jedynie roześmianą, czternastoletnią dziewczynkę. Dziewczynkę, która zawsze kochał.

– Cześć, Warren – wyszeptała Iris Keating. Wyciągnęła rękę i ujęła jego dłoń.

– Żyję – powiedział.

Usłyszała pytanie w jego głosie i przytaknęła z uśmiechem.

– Tak. Niewątpliwie żyjesz.

Spojrzał na rękę trzymającą jego dłoń. Przypomniał sobie, jak wiele lat temu splatały się ich palce, gdy oboje byli młodzi, gdy siadywali razem nad jeziorem. Jak bardzo zmieniły się nasze dłonie, pomyślał. Moje są pełne blizn i stwardniałe; jej powykręcane przez artretyzm. Ale znów trzymamy się za ręce, a ona wciąż jest moją Iris.

Spojrzał na nią przez łzy. I stwierdził, że jednak nie jest jeszcze gotów umrzeć.

Lincoln wiedział, gdzie ją znajdzie, i rzeczywiście tam była. Siedziała na krześle przy łóżku syna. Claire w nocy wstała ze swego własnego szpitalnego łóżka i w szlafroku, i kapciach poszła do pokoju Noaha. Siedziała tu wciąż, otulona kocem, w popołudniowym słońcu wyglądając na bladą i zmęczoną. Niech Bóg strzeże tego, kto odważy się wejść między niedźwiedzicę a jej małe, pomyślał Lincoln.

Usiadł na krześle po drugiej stronie łóżka. Ich spojrzenia spotkały się nad śpiącym Noahem. Bolało go, że Claire wciąż jest nieufna, wciąż mu nie wierzy, ale rozumiał, dlaczego tak jest. Zaledwie dzień wcześniej groził jej odebraniem tego, co kochała najbardziej na świecie. Teraz patrzyła na niego z zaciętym i równocześnie pełnym lęku wyrazem twarzy.

– Mój syn tego nie zrobił – powiedziała. – Dziś rano wszystko mi opowiedział. Przysiągł, że mówi prawdę, i ja mu wierzę.

Skinął głową.

– Rozmawiałem z Amelią Reid. Tamtego wieczoru byli razem aż do po dziesiątej. Potem odwiózł ją do domu.

A wtedy Doreen już nie żyła.

Claire wypuściła wstrzymywane powietrze, a napięcie wyraźnie ją opuściło. Opadła na oparcie krzesła i opiekuńczo położyła Noahowi rękę na głowie. Pod dotykiem głaszczących go po włosach palców otworzył oczy i spojrzał na matkę. Żadne z nich się nie odezwało – ich ciepłe uśmiechy przekazały wszystko, co mieli sobie do przekazania.

Mogłem im obojgu oszczędzić tej męki, pomyślał Lincoln. Gdybym tylko znał prawdę. Gdyby Noah od razu się przyznał, że spędził wieczór z Amelią. Ale on chronił dziewczynę przed gniewem ojczyma. Lincoln znał charakter Jacka Reida i rozumiał, dlaczego Amelia mogła się go bać.

A jednak mimo strachu dziewczyna była gotowa podzielić się prawdą z Claire. Wieczorem, chwilę przed tym, jak wściekłość J.D. wybuchnęła morderczym atakiem, Amelia wyśliznęła się z domu i ruszyła jasną, mroźną nocą do domu Claire. Jej droga wiodła wzdłuż Toddy Point Road.

Koło pochylni dla łodzi.

Wyprawa dziewczyny uratowała życie Claire. Co więcej, Amelia równocześnie uratowała swoje własne.

Noah znów zasnął.

Claire spojrzała na Lincolna.

– Czy słowo Amelii wystarczy? Czy ktokolwiek uwierzy czternastoletniej dziewczynce?

– Ja jej wierzę.

– Wczoraj mówiłeś, że masz dowody. Krew…

– Znaleźliśmy krew także w bagażniku samochodu Mitchella Groome’a.

Znaczenie jego słów dotarło do niej dopiero po chwili.

– Krew Doreen?

Potwierdził.

– Sądzę, że Groome miał zamiar rzucić podejrzenie na ciebie, nie na Noaha, gdy mazał krwią zderzak furgonetki. Nie wiedział, którym samochodem jeździłaś tego wieczoru.

Przez chwilę milczeli. Zastanawiał się, czy tak właśnie skończy się wszystko między nimi – milczeniem z jej strony, tęsknotą z jego. Tyle jeszcze powinien jej powiedzieć o Mitchellu Groomie. Były rzeczy, które znaleźli w jego bagażniku: słoje z okazami i ręcznie pisane przez Maksa notatki. Tak Anson Biologicals, jak Sloan-Routhier wyparły się wszelkich związków z oboma mężczyznami, więc Groome, wściekły z powodu takiej zdrady, groził, że pociągnie za sobą farmaceutycznego giganta. Lincoln przyszedłby opowiedzieć Claire to wszystko i wiele więcej, ale zamiast tego siedział w milczeniu, a własna niedola tak mu ciążyła, że nawet oddychanie wydawało się trudne.

– Claire? – odezwał się z cieniem nadziei w głosie.

Podniosła na niego wzrok i tym razem nie odwróciła go.

– Nie mogę cofnąć zegara – rzekł. – Nie mogę wymazać bólu, jaki ci sprawiłem. Mogę powiedzieć jedynie, że jest mi przykro. Naprawdę bardzo chciałbym znaleźć jakiś sposób, byśmy wrócili do… – Pokiwał głową. – No wiesz, tak jak byliśmy.

– Nie jestem pewna, co to znaczy, Lincoln. Tak jak byliśmy.

Zastanawiał się przez chwilę.

– No, przede wszystkim – powiedział – byliśmy przyjaciółmi.

– Tak, to prawda – przyznała.

– Dobrymi przyjaciółmi. Czyż nie? Uśmiechnęła się słabo.

– W każdym razie dość dobrymi, żeby spać ze sobą. Czuł, że się rumieni.

– Nie o tym mówię! Nie chodzi tylko o spanie ze sobą. Chodzi o… – Spojrzał na nią z bolesną uczciwością. – Chodzi o świadomość, że mamy przed sobą jakąś szansę. Szansę, że będę cię widział co rano po przebudzeniu. Mogę poczekać, Claire. Mogę żyć z niepewnością. Nie jest to łatwe, ale mogę znieść tę niepewność, tak długo, jak długo istnieje szansa, że będziemy razem. To wszystko, o co proszę.

Coś zamigotało w jej oczach. Łzy wybaczenia? Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po twarzy. Była to delikatna pieszczota kochanki. Jeszcze lepiej, był to dotyk przyjaciela.

– Wszystko jest możliwe, Lincoln – powiedziała. I uśmiechnęła się.

Gwizdał nawet, wychodząc ze szpitala. I czemuż by nie? Niebo było błękitne, słońce świeciło, a pokryte szadzią gałęzie wierzb dźwięczały i mieniły się niczym wiszące kryształy. Za dwa tygodnie nadejdzie najkrótszy dzień w roku. A potem dni znów zaczną się wydłużać, ziemia zacznie się obracać ku światłu i ciepłu. Ku nadziei.