Potrzymało mnie tak chwilę. Dość, żeby człowiek ukryty dotąd pod wspornikiem, odwrócił głowę i spostrzegł mnie stojącego bez ruchu. Widziałem go coraz wyraźniej. Wzrok przyzwyczajał się powoli do zmienionego oświetlenia.
To był on. On? Mniejsza z tym. Mniejsza o zaimki.
Wyprostował się powoli i zrobił krok w moją stronę. Na sekundę słońce oświeciło jego twarz. Błysnęła bielą i znikła za granicą cienia. Znieruchomiał ponownie. Dzieliło nas jeszcze kilkanaście metrów kładki. Z lewej, wysoko, krawędź sztucznej wyspy. Na prawo, tuż pod nogami, biegnący ku widnokręgowi gąszcz głowiastych roślin. W głębi, poprzez mosty i kratownice konstrukcji, majaczą zarysy wzgórz.
Szedł teraz, nie śpiesząc się, odmierzonym krokiem jak w czasie marszu przez góry. Zawsze tak chodziłem. I te ruchy ramion, jakby torował sobie drogę w gęstym poszyciu.
Był blisko. Coraz bliżej. Widziałem już tęczówki jego oczu. Kości skroni mocno zarysowane, kapkę zbyt wysokie czoło, wydatny nos, któremu od dziecka miałem sporo do zarzucenia. Lekko wydęte wargi, broda ucięta równo jak nożem nieco poniżej miejsca, gdzie stawała się zbyteczna. Twarz człowieka, który wie, czego chce. Ale byłem ostatnim, kogo mógł zwieść ten jej wyraz.
Doszedł wreszcie i zatrzymał się. Postawił nogę na pierwszym stopniu, pochylił się i oparł obiema dłońmi na kolanie. Potem dopiero uniósł głowę i przyjrzał mi się. Zrobiłbym to kubek w kubek tak samo. I tak samo nie wiedziałbym, co powiedzieć.
Mijały sekundy. Z sekund robiły się minuty. Każdy mimowolny świadek tej sceny zapamiętałby ją do końca życia. Powiedzmy, na długo. Do końca życia to teraz nic nie znaczy.
Gdyby się wspiął na palce, mógł chwycić mnie za nogę. Nie poruszyłem się z tego trzeciego czy czwartego stopnia poniżej powierzchni płyty. Patrzyłem na niego, jakbym przyglądał się własnemu odbiciu w nisko położonym lustrze wody. Ale to nie było odbicie. To byłem ja.
— No? — rzucił wreszcie. Głos. Nie wziąłem pod uwagę głosu. Będzie trudniej, niż mogłem przypuszczać.
Milczałem. Nie przyszedłem mówić. Trudno, żeby o tym nie wiedział.
Zdjął nogę ze stopnia, wyprostował się i niedbałym ruchem ulokował ręce w kieszeniach spodni. Miał na sobie cienki roboczy kombinezon, niegdyś biały. Jego oczy znalazły się na wysokości moich kolan. I nie patrzył wyżej.
— No? powtórzył już innym tonem. Jakby z czegoś zrezygnował. Albo pojął, że zamysł, jaki przez chwilę rozważał, prowadzi donikąd.
Poczułem, że tracę równowagę. Zawirowało mi w oczach. Zachwiałem się i musiałem zejść stopień niżej, żeby nie polecieć do przodu. Upał — przebiegło mi przez myśl. Zaczerpnąłem głęboko powietrza i nagle ogarnął mnie spokój. Moje mięśnie zwiotczały. Uprawy, pomost, konstrukcje, całe otoczenie i on sam, wszystko to zbiegło się do normalnych wymiarów.
— Tak — mruknąłem. — Tak to wygląda…
Dopiero, kiedy usłyszałem te słowa, zdałem sobie sprawę, że wypowiedziałem je na głos.
Obejrzał się. Pożałował czegoś, co zostawił na górnym pomoście. Może o czymś zapomniał.
— Masz robotę? — spytałem. — Nie przeszkadzaj sobie.
Ponownie odwrócił głowę i zmierzył mnie spojrzeniem od butów do czubka głowy. W jego twarzy nie drgnął żaden mięsień. Nie wyrażała nic.
— Właśnie czekałem na zaproszenie — burknął. — Ładnie, że o tym pomyślałeś…
Też bym tak powiedział. Jota w jotę to samo.
Zszedłem dwa stopnie niżej, obejrzałem się i usiadłem. Wyprostowałem nogi lokując je blisko krawędzi, żeby zostawić przejście. Na wypadek gdyby chciał usiąść mi na kolanach. Oparłem się na łokciach i zapatrzyłem.
Tu, na dole, umilkło nawet buczenie i postukiwanie zespołów produkcyjnych. Jest ciepło i cicho. Powietrze nagrzane jak nad prawdziwą łąką, zbiegającą ku rzece. Ale czegoś brak. Coś sprawia, że w tej ciszy narasta osobliwe napięcie. Nawet groźba.
Już wiem. Owady. Nie ma owadów. Nie ma tego wszechobecnego brzęczenia skrzydeł, bez którego nie może się obejść żadna prawdziwa łąka. I które ciszę napełnia spokojem.
— Masz zamiar tu zostać? — dobiegł mnie jego głos.
Czy mam zamiar? Nie mam żadnego zamiaru. Tak, jakby nie wiedział. Ta kpiąca nutka w jego tonie to złudzenie. Autosugestia.
Wzruszył ramionami, rozejrzał się leniwie, po czym usiadł kilka stopni niżej, bokiem do mnie. Nie musiało mu być zbyt wygodnie. Szerokość blaszanych płytek nie przekraczała dwudziestu centymetrów. Ale sprawiał wrażenie, jakby ta pozycja spełniała akurat to, czego od niej oczekiwał. Potrząsnął głową i przygładził włosy. Spadały mu nisko na kark. Były długie. Inaczej niż moje. To znaczy nigdy przedtem ich nie zapuszczałem. Może dlatego mógł tu chodzić bez czapki.
Upał. Musiałem podciągnąć nogi, krawędzie nagrzanych stopni parzyły w łydki jak płomień. Dziwne, że poczułem to dopiero teraz. W zbitym płaszczu roślin nie lśni bodaj kropla wody. A przecież to ocean. Prawdziwy ocean, nie żadna zatoka czy inny atol.
— A gdyby? — powiedziałem z udanym namysłem. — Gdybym, chciał zostać? Zamieniłbyś się?
Zesztywniał. Przez chwilę myślałem, że wstanie, ale wyprostował się tylko. Przymrużył oczy. Pozostały z nich wąskie szparki. Tak to wygląda. Jeszcze jedno rozczarowanie.
— To było świństwo — wysyczał przez zaciśnięte zęby. — Oczywiście wiesz o tym. Przyjechałeś. Myślę, że potrzebowałeś tego, żeby usłyszeć to także ode mnie. No to słuchaj. Przez myśl mi nie przeszło, żeby cię szukać. Ale skoro już jesteś, mogę ci wyświadczyć tę grzeczność i oznajmić, że to było świństwo. Sądzę poza tym — uniósł brwi, posyłając mi z dołu krótkie spojrzenie — że to już wszystko, czym mogę ci służyć. Na twoim miejscu pomyślałbym o powrocie.
— Chcesz mnie odprowadzić? — spytałem zimno.
Milczał chwilę. Wreszcie skinął głową.
— Dobrze — burknął. Wstał, przeciągnął się i zaczerpnął powietrza. Podniosłem się również. Omiotłem wzrokiem otoczenie, zatrzymując się chwilę na widocznych w dali zarysach lądu.
— Tam mieszkasz? — spytałem.
Poszedł za moim spojrzeniem. Jego twarz stężała.
— Tam — warknął.
— Jesteś sam?
Byłem zaskoczony, jak gładko mi poszło. On też.
— A więc po to przyjechałeś — wybuchnął. — Mogłem się był domyślić. Nie krępuj się. Co chcesz wiedzieć? A może już wiesz? Tak, jest tutaj. Zaraz ją zawołam. Zrobimy jej niespodziankę.
Przed oczami stanął mi nagle obraz z mojego snu. Omal się nie uśmiechnąłem.
— Nie będziemy chyba mówić sobie po imieniu — powiedziałem, pozornie od rzeczy.
To go zastanowiło. Przyjrzał mi się inaczej niż dotychczas. Jego wzrok odrobinę złagodniał. Ale tylko odrobinę. Skórę na szczękach miał dalej jak nadmuchaną. Nie znosiłem tego u siebie.
— Nie po to przyjechałem — mówiłem, ważąc słowa. — W ogóle po nic. Nie udawaj, że nie wiesz. Te kwestie możesz wykreślić. Chyba że — zawiesiłem głos i odczekałem chwilę, po czym dokończyłem półgłosem — tym razem ty tego potrzebujesz. Jeśli tak, służę. Nie żałuj sobie.
Odwróciłem się i wyszedłszy na płytę, zacząłem iść w stronę hali. Po kilkunastu sekundach usłyszałem za sobą kroki. Oczywiście. Miał mnie odprowadzić.
Są razem. Nieźle im się przysłużyłem. Co do niej, nie mogłem mieć pewności. Może doszła do wniosku, że tak jest lepiej? Albo przyjęła to po prostu, jak za pierwszym razem, bez roztrząsania i dzielenia włosa na czworo. One to czasem potrafią. Co innego jeśli chodzi o niego. Ten może o sobie powiedzieć, że dostał szkołę. I bierze ją w dalszym ciągu. Jego oczy, kiedy spytałem, czy jest sam. A przecież zrobiłem to bez żadnej myśli, najzupełniej niespodziewanie dla samego siebie. Nie chodziło mi o nic. Poza, być może, jednym: otarciem się o granicę pewnego kręgu w mojej pamięci. Jeśli to miała być próba, wypadła nieźle. Nie poczułem nic. I nagle zdałem sobie sprawę, że tego jednego on nie pojmie nigdy. Że przy wszystkim, co nas łączy, ta jedna jedyna sprawa legła murem między mną a nim, tworząc z nas odrębnych ludzi. Jeśli już sięgać do wielkich słów. Ale tak było naprawdę.