Выбрать главу

– Na co to? – gorączkowała się Maja. – Znowu nam ucieknie.

Ale Hińcz nie podzielał jej obaw. Ze słów chłopa wywnioskował, że Leszczuk jest już zupełnie wyczerpany. Natomiast wydawało mu się niezmiernie ważne poznać dokładnie charakter jego szaleństwa.

– Jest to bardzo ciekawe, że chłop nie umiał określić tego „napierania się”. Tu znów prawdopodobnie mamy do czynienia z czymś, odbiegającym od normy, Niech pani pamięta, że trudności dopiero się rozpoczęły. Póki nie będziemy mieli klucza do jego choroby, nie potrafimy jej opanować.

Jakoż zachowanie się Leszczuka w pełni potwierdziło jego oczekiwania.

Chłop wyprowadził go przed dom jak było umówione i kilkakrotnie przeszedł z nim przez całe podwórze. Leszczuk mógł wzbudzić litość w najbardziej zatwardziałym sercu.

Słaniał się na nogach, był zbity i bezsilny – a jednocześnie ta sama smutna łagodność Jakaś beznadziejność człowieka zgubionego przejawiała się w całej jego postaci, w każdym jego poruszeniu.

I rzeczywiście, jak mówił chłop, „napierał się” w sposób nie ulegający wątpliwości.

Wyglądało to tak, jakby chciał coś powiedzieć temu chłopu, a nie mógł – jakby chciał wejść z nim w jakiś kontakt. Przysuwał się do niego blisko, blisko garnął się do niego, szedł za nim, jakby tajemniczy magnes przyciągał go ze szczególną siłą.

Miało to charakter niezbyt przytomny, ale przejawiało się tylko w stosunku do chłopa. Na jego żonę, która niechętnie przyglądała się tym manewrom, nie zwracał żadnej uwagi.

Chłop był rozśmieszony – coraz zerkał na płot, za którym stał Hińcz z Mają i robił ucieszne miny.

– Nie ma potrzeby go wiązać – mówił powróciwszy do nich – coś sobie we mnie uwidział i pójdzie za mną, jak ten pies.

Stanęło na tym, że Maja pojedzie pierwsza do Połyki i przygotuje wszystko na przyjęcie Leszczuka. Przede wszystkim chodziło o ukrycie tej sprawy przed gośćmi pensjonatowymi.

Hińcz obawiał się zresztą, aby widok dziewczyny nie wywołał w Leszczuku zbytniego wstrząsu. Miał nadzieję, że przy pomocy chłopa uda mu się odstawić go do Połyki bez większych trudności.

Maja pojechała przeto oklep na koniu, drogą na przełaj przez las. I wkrótce potem zajechała przed boczne wejście do dworu połyckiego furmanka, z której wyniesiono Leszczuka i przetransportowano do jednego z pokojów na górze.

Nie mógł już chodzić. Upadał ze zmęczenia. Nie wiedział prawie, co się z nim dzieje. Nie poznał nawet Połyki. Nastąpiła reakcja i chłopak znalazłszy się w łóżku, momentalnie stracił przytomność.

Rozdział XVIII

Przybycie Maji do Połyki wywołało wielkie poruszenie wśród gości pensjonatowych. Zwłaszcza panna Wyciskówna i doktorowa były podminowane tą wiadomością.

– Czy pani wie, kto przyjechał dziś rano? Ochołowska!

– Jak to? Wczoraj wyjechała, a dziś już przyjechała?

Pani Ochołowska dowiedziawszy się z prasy o zabójstwie Maliniaka natychmiast wyruszyła do Warszawy.

– Ależ nie stara! Maja! Widziałam ją na własne oczy przez okno! Gazety rozpisywały się szeroko o tajemniczej śmierci Maliniaka, a nazwisko Maji powtarzało się nie raz w tych sprawozdaniach. Doktorowa była przejęta.

– A czy wie pani, że nie tylko ona przyjechała? Przywieziono kogoś! Wnoszono na górę! Słyszałam przez drzwi.

– Marysia mi mówiła, że wczoraj w Koprzywinie była jakaś bójka.

Ale podniecenie obu pań doszło do szczytu, gdy służąca Marysia zwierzyła im w głębokiej tajemnicy, iż to Leszczuk został przywieziony i umieszczony w pokoju na górze.

Odtąd bez przerwy trwały na czatach w pokoju stołowym, lub na werandzie.

Ale nic się nie działo. Maja nie ukazywała się. Dom zalegała błoga, popołudniowa cisza.

Tymczasem w pokoju na piętrze story były zapuszczone. Leszczuk spał.

Pod wieczór zjawił się lekarz. Hińcz odbył z nim długą i wyczerpującą rozmowę.

– W organizmie nic nie ma. Rany są powierzchowne. Objawy, o których pan mówi, mogą mieć podkład nerwowy. Byłoby wskazane wezwać psychiatrę.

Ale Hińcz by ł innego zdania. Podejrzewał że ta choroba nie była nerwowa, lecz duchowa.

Poprosił doktora o środek usypiający dla Maji i sam także zażył jakąś kojącą miksturę. Należało przede wszystkim odzyskać siły. Tak więc cisza zaległa w Połyce – aż do następnego popołudnia. O tej porze Leszczuk odzyskał przytomność.

– Gdzie jestem? – szepnął, przecierając oczy.

– Niech pan się nie rusza – rzekł Hińcz, który ciągle nie dopuszczał do niego Maji. – Zachorował pan.

– Ale gdzie jestem?

– W Połyce.

Nagle przypomniał sobie wszystko, gdyż usiadł gwałtownie na łóżku.

– Co to ja wyprawiałem? Kto pan jest? Aha, chłopi chcieli mnie pobić? A ja?… Aha.

Znów osłabł i przymknął oczy. Po chwili jednak odezwał się:

– Czy pan jest doktor?

– Nie.

– Niech pan mi powie prawdę. Czy ja zwariowałem?

– Skądże? – odparł Hińcz. – Zachowywał się pan wczoraj trochę, niespokojnie, ale musiał pan być podniecony.

Dołożył wszelkich starań, aby go uspokoić.

Ale chłopak, jak tylko przypomniał sobie dzieje zeszłej nocy popadł w ponurą apatię. Przymknął oczy i milczał.

Hińcz powoli wytłumaczył mu, jak go odnaleźli. Zataił przed nim tylko to, że jest jasnowidzem. Powiedział, że odwoził Maję do Połyki i przypadkowo zaszedłszy do hotelu zastali go w restauracji.

– To ona tu jest? – zapytał Leszczuk.

– Czy pan chciałby się z nią widzieć?

– Nie – odparł ze strachem.

I dodał:

– Wyjadę stąd.

Hińcz wyjął ołówek z kieszeni.

– Niech pan mi powie – rzekł – skąd pan ma ten ołówek?

Nie odpowiedział. Dopiero gdy Hińcz kilka razy powtórzył pytanie, odparł z niechęcią:

– Ten? To wcale nie mój ołówek.

– Jak to nie pański? Niech pan się przyjrzy. O, to są ślady pańskich zębów.

– Ten ołówek? Aha, prawda. Znalazłem go.

– Gdzie pan go znalazł?

– Na zamku. Byłem tam kiedyś i… podniosłem go z podłogi w takiej białej iz…

Nie dokończył. Przypomniała mu się biała izba ze snów.

– To widać ta sama izba, co mi się śniła – mruknął niechętnie i przewrócił się na drugi bok.

– Będę spał.

– Jeszcze chwileczkę. Czy ten ołówek był już pogryziony jak pan go znalazł”?

– Tak.

– A pan go także gryzł?

– Nie wiem. Tak. Mam taki zwyczaj.

Zamilkł i leżał rozwartymi oczyma wpatrując się w sufit. Hińcz poznał, że niczego więcej się nie dowie.

Ale Maję jego relacja bardzo poruszyła. Więc ten ołówek był z zamku? Leszczuk zapewne znalazł go wtedy w nocy, gdy zgubił scyzoryk! Odtąd musiał go nosić w kieszeni.

Ach – i wkrótce potem zsiniały mu usta – wtedy na przechadzce w lesie. I do tego znalazł go w białej izbie – jej także od razu przyszła na myśl ta biała izba ze snu. Już nieraz podejrzewała, że taka izba mogłaby znajdować się na zamku mysłockim.

Czyżby więc naprawdę w tym wszystkim było coś niesamowitego?

Opowiedziała Hińczowi o zamku i o tym strasznym wrażeniu jakie zawsze odnosiła w zetknięciu z jego tajemną, odrębnym życiem żyjącą pustką.

Tak, ta izba ze snów musiała być izbą zamkową. Te odkrycia sprawiły na niej ogromne wrażenie.

Maji nasunął się na myśl Skoliński. Za żadną cenę nie chciała wprowadzać w te sprawy Cholawickiego – wiedziała, iż nienawidzi Leszczuka. Ale Skoliński, jeżeli jeszcze jest na zamku, może potrafiłby udzielić informacji.

Hińcz zgodził się z nią całkowicie. Według niego ten tajemniczy, tak odpychający ołówek mógł się okazać kluczem zagadki. Przede wszystkim należało wyjaśnić tę sprawę.

– Wie pani co? Oboje złożymy wizytę profesorowi. Jestem ciekawy tego zamku. Leszczuka zostawimy pod opieką Marysi. To energiczna dziewczyna, a on jest jeszcze za słaby, aby jej się oprzeć.

Poszli groblą pośród moczarów. Przeszli przez korytarz podziemny i Maja wiodła jasnowidza przez ciemne i puste komnaty.

Miała nadzieję, iż uda się jej dotrzeć do profesora nie zawadzając o Cholawickiego, przed którym chciała jak najdłużej ukryć swoje przybycie do Połyki. Na pierwszym piętrze zatrzymała się. – Tu niech pan poczeka.

Ale z głębi amfilady doszły ich głosy i ujrzeli światło, padające przez uchylone drzwi. Chciała się cofnąć, lecz Hińcz przytrzymał ją.